Królewskie Ogrody Botaniczne w Peradeniya

Królewskie Ogrody Botaniczne w Peradeniya

zamieszczone w: Azja, Sri Lanka | 0

Dopiero w wieku chrystusowym, podczas podróży po Sri Lance, zrozumiałem jedną istotną prawdę dotyczącą poznawania świata. Ogrody zoologiczne nie są najlepszym miejscem do poznawania lokalnej fauny, ogrody botaniczne zaś są idealne do zaznajomienia się z okoliczną florą. A jeżeli do końca mi nie wierzycie, to spróbujcie się wybrać do okolicznego zoo i policzyć wszystkie gatunki zwierząt, które tradycyjnie występują w naszej ojczyźnie. A żeby utrudnić zadanie, to skupcie się głównie na rybach, gadach czy płazach. Mało, prawda? Tymczasem w ogrodach botanicznych lokalna roślinność, nawet jeżeli jest tylko dodatkiem do tej importowanej, jest obecna w ilościach nieograniczonych. Ale tak naprawdę, to do ogrodu botanicznego w pobliżu Kandy trafiłem nieco przypadkiem…

Po raz pierwszy od dawna leciałem gdzieś zupełnie bez planu. To znaczy był ogólny zarys wycieczki. Kilka dni tu, kilka tam, ale w gruncie rzeczy nawet hotele mieliśmy zamówione tylko na pierwszych parę dni, reszta zaś uzależniona być miała od naszych wrażeń po tych kilku dniach oraz dalszego zapotrzebowania na przyrodę/kulturę/wypoczynek. Trafiliśmy zatem do Kandy, zwanego kulturalnym centrum Sri Lanki, które pojawi się w niedalekiej przyszłości przy okazji krótkiej notki o miastach wyspy. A tutaj jedną z czołowych atrakcji, przynajmniej według TripAdvisora, był ogród botaniczny w niewielkim miasteczku Peradeniya, należącym do aglomeracji Kandy. A dlaczego skorzystałem z TripAdvisora, zamiast pomocy turystycznej? Hah, jakiej pomocy turystycznej? Jakiej informacji? Turystyka skierowana w stronę obcokrajowca na Sri Lance leży jak Szpilka w dziewiątej rundzie walki z Wilderem. Nie ma jej. Nie istnieje. I za bardzo nikt nie próbuje tego zmienić, co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe.

Już po lądowaniu, swoje pierwsze kroki skierowałem w stronę informacji turystycznej. Tak, istnieje na lotnisku taki przybytek, w którym powitała mnie pani ubrana w tradycyjne sari oraz posiadająca nieco mniej tradycyjny wąsik :| Zastanawiam się, czy w moich oczach było dość wyraźnie widać próbę ucieczki i dramatyczne ‚nie patrz na wąsy’, ale pytam o jakieś ulotki, mapki, cokolwiek. I tutaj bardzo zawaliłem, bo gdzieś posiałem otrzymane pomoce naukowe, w postaci dwustronnej ulotki o rozmiarach rzędu 20*25cm. Z jednej strony kilka fotek i parę słów o historii, z drugiej mapa kraju z zaznaczonymi niektórymi atrakcjami. I to jest wszystko! Nie ma innych ulotek, nie ma innych mapek, nie ma opisu poszczególnych regionów. No tak to się zagranicznego turysty nie zdobędzie! A na dodatek wszystko musiałem pokwitować danymi osobowymi, płcią, mailem, wiekiem, podpisem, miejscem, do którego się wybieram, rozmiarem stopy… Masakra!

Przypomnę tylko, że jest to kraj wielki jak trzy polskie województwa! O niemal dokładnie takiej powierzchni jak Gruzja, w której turystyka zapierdziela aż się kurzy i w każdym punkcie informacyjnym dostaniemy szczegółową mapkę danego regionu. Wyobraźcie sobie, że macie zwiedzać województwo dolnośląskie albo lubuskie i dostajecie mapkę z zaznaczonymi Legnicą, Wrocławiem, Świdnicą, Zieloną Górą, Gorzowem, Wałbrzychem i Jelenią. Dla mnie to przekracza granice pojmowania rzeczywistości oraz marnotrawienia pieniędzy w biednym kraju, dla którego zastrzyki finansowe od turystów powinny stanowić solidne wsparcie ekonomii.

Ale ok, pominę już te dywagację około-turystyczne i przejdę do samego ogrodu botanicznego. A ściślej – do zwierząt, bo są tutaj dwa gatunki, które dla Europejczyka są równie egzotyczne, chociaż diametralnie inne. Po pierwsze – małpy. Królewski Ogród upodobało sobie bowiem stado jednego z narażonych na wyginięcie gatunków, czyli makaka rozczochranego. Mnie nigdy nie przestanie zadziwiać, jak bardzo ludzkie odruchy mają nawet takie małpy, jak bardzo podobne w zachowaniu są do człowieka (a pewnie i wielu ludzi przewyższają) oraz z jaką łatwością potrafią posługiwać się prostymi narzędziami. A możliwość obserwacji tych zwierząt w stosunkowo naturalnym środowisku jest niesamowitym doświadczeniem. Jasne, małpy są przyzwyczajone do ludzi, podchodzą do nich, żebrząc o jedzenie, ale czy zupełnie dzikie małpy nie mogły by zachowywać się podobnie? Nie byłem w stanie sprawdzić, chociaż miałem taką okazję, bo zwyczajnie się bałem. I akurat te zwierzęta, nie bez przyczyny tak faworyzowane w kreskówkach czy książkach dla dzieci, nigdy się nie nudzą. Niczym Tytus de Zoo, zawsze mają nowe przygody, kłócą się między sobą, hasają jak koń Rafał, a obserwacja ich to taka fajowa namiastka Big Brothera.

Przejdźmy zatem do nietoperzy, bardziej dostojnych zwierząt, którymi zafascynowałem się od czasu gdy miałem 8 lat i otrzymałem pierwszy komiks z Batmanem, wydany przez legendarne TM-Semic. Oszczędzę Wam zmiany tematu na komiksy, bo pewnie popłynąłbym strumieniem świadomości i kompletnie skradł główny temat tego bloga. Tak czy siak – nietoperze lubię, nietoperzy się nie boję i uważam je za symbol szczęścia. W Europie zaś przyjęło się, że jest synonimem czystego powietrza i ogólnie pozytywnych zmian w środowisku. A ja na przykład nie pamiętam kiedy we Wrocławiu powietrze było tak zanieczyszczone i jednocześnie nie pamiętam kiedy było u nas tyle nietoperzy. Zresztą, jak zwykle, wszystkie zabobony związane z tymi ssakami, mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. My, Europejczycy przyjęliśmy uważać nietoperze za stworzenia złe, wzbudzające strach, powiązane z czarną magią i okultyzmem, głównie ze względu na nocny tryb życia, wydawane odgłosy czy zupełnie chaotyczny sposób poruszania, bo przecież nietoperz nie szybuje jak majestatyczny orzeł, a chaotycznie zmienia kierunki, jakby był chory psychicznie. Ale wróćmy do Azji.

Zanim na dobre dotarliśmy do drzew, będących siedliskami tych zwierząt, z olbrzymim zaskoczeniem wypatrywaliśmy pojedynczych egzemplarzy. Bo przecież to a) nietoperze i b) latające w dzień. Zatem podwójny fenomen. Gęstość wiszących w koronach drzew nietoperzy powoli rośnie, aż do kulminacyjnego punktu, gdzie wszystkie drzewa w pobliżu są po prostu upstrzone dziećmi nocy. Posiłkując się danymi internetowymi, szybko odkrywamy, że chociaż nietoperze stanowią 20% wszystkich ssaków, żyjących na Sri Lance, to jednak lwią część populacji tego rzędu zwierząt stanowią rudawki wielkie, bardziej znane w Polsce jako latające psy, być może dzięki angielskiej nazwie indian flying fox. I, jak w wielu innych krajach mniej ucywilizowanego świata, są uważane za szkodniki. Żywią się bowiem owocami (co akurat jest plusem, bo w ten sposób roznoszą nasiona) i podczas jednego żywienia, potrafią zjeść wielokrotność swojej – jakkolwiek niewielkiej – wagi. Teraz spójrzcie na fotkę, zobaczcie ile nietoperzy wisi na drzewie i wyobraźcie sobie stado siedzące na kilku drzewach. Oj, potrafią zjeść, potrafią. W gospodarce biedy, gdzie dieta bywa oparta o owoce rosnącego nieopodal drzewa, nie ma co się ze szkodnikiem patyczkować.

I znów pewien dysonans poznawczy, bo przecież dla mnie – jako tako wykształconego Europejczyka – nietoperze są niemal zupełnie pod ochroną. Tymczasem tutaj, poza ogrodami zoologicznymi/botanicznymi i rezerwatami, stara się je wyplenić, na całe szczęście bez użycia „broni chemicznej”, być może ze względu na biedę i brak takowej. Śmieszna sytuacja, bo pod drzewami, wśród których wypoczywały latające psy, skupiali się Europejczycy, zaś Lankijczycy zupełnie nie zwracali na nie uwagi. Bo czy ty, gdy idziesz do zoo w Europie, zwracałbyś uwagę na wróbla, gołębia czy szczura? No właśnie…

I w ten oto sposób, w połowie wpisu o ogrodzie botanicznym, przechodzimy do roślin. Chociaż nie, może jeszcze co nieco o historii tego miejsca? Dlaczego królewskie ogrody? Zanim powstała zjednoczona Sri Lanka, mimo stosunkowo małej powierzchni, wyspa podzielona była na kilka stref wpływu, z których jedną było Królestwo Kandy ze stolicą w, jak nietrudno się domyśleć, mieście Kandy. Królestwo istniało aż do 1815, gdy cała wyspa stała się protektoratem brytyjskim, a do tego czasu ogród był połączony z siedzibą królewską i świątynią, zburzonymi przez Brytyjczyków. Kilkadziesiąt lat później Brytyjczycy reanimowali ogród botaniczny, który przetrwał do dziś, a że w Wielkiej Brytanii i jej koloniach, wszystko było królewskie, stąd i ta nazwa, doskonale pasująca również do wcześniejszej historii Kandy. Zresztą nie brakuje innych nawiązań do historii, w postaci drzew zasadzonych przez rozmaite ważne postaci. Gdzieś tutaj macie fotkę drzewa zasadzonego przez Jurija Gagarina, poza tym przeważają tabliczki informujące o nasadzeniach wykonanych przez ważne persony Azji – królów i członków rodzin królewskiej, prezydentów bądź premierów czy generałów.

Pierwszą nietypową roślinką, o której napiszę jest cannon ball tree, a po polsku czerpnia gujańska. Drzewo to pochodzi z Ameryki Południowej, jak zresztą łatwo wywnioskować z nazwy i do Azji przybyło dość niedawno. Z nieznanych do końca przyczyn, zostało przez Lankijczyków uznane za sal tree, czyli drzewo pod którym miały miejsce narodziny Buddy. W związku z tym jest namiętnie sadzone przy większości świątyń. Aby jeszcze bardziej zwiększyć problematykę i nomenklaturę dla Europejczyka, część Lankijczyków próbuje wmówić, że jest to bodhi tree, inne święte dla tubylców drzewo, pod którym Budda doznał oświecenia. Nie, nie jest to bodhi tree, ale nie warto się wdawać w dyskusję z tubylacmi, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie. Bodhi tree wygląda ZUPEŁNIE inaczej i doprawdy nie wiem jak można je pomylić. Czerpnia gujańska w Azji ma jedno zastosowanie – piękne kwiaty, które są składane w ofierze w świątyniach, świadcząc o mocnym miksie hinduizmu (kwiaty czerpni rzekomo przypominają nagi – hindyskie bóstwa) i buddyzmu na wyspie. Skomplikowane? Jak cholera! Wygląda na to, że zapożyczono kupę różnych wierzeń, mitów, zwyczajów i połączono w swój własny twór, ignorując biologię, geografię i zdrowy rozsądek.

Poza pięknymi kwiatami, w natywnym środowisku, czerpnia gujańska rodzi również owoce. Podobno niejadalne dla ludzi, ze względu na zapach. Świnie, tak dzikie jak i domowe, nie mają problemu z aromatem i owoce wcinają jak się patrzy. Sęk w tym, że na Sri Lance o owoce czerpni trudno, bo są problemy z zapylaniem kwiatów przez nietoperze (dlaczego? pisałem wyżej). Stąd przepiękne i cudownie pachnące kwiaty czerpni znajdziecie przy prawie każdej świątyni, ale wyglądające jak kule armatnie owoce już prawie tylko w ogrodach botanicznych.

W ogrodzie znajdziemy też sporych rozmiarów plantację przypraw i ziół, bo jednak jest to kultura, w której medycyna naturalna nadal ma spore znaczenie, być może nawet większe niż cała chemia, którą faszeruje się nas na Starym Kontynencie. I wiecie co? To działa! Aloes naprawdę ratuje życie! Żaden filtr, żaden olejek, żaden balsam, nic nie da takiej ulgi po poparzeniach, jak świeży aloes. Wiem, pierwsza reakcja gdy ktoś da ci zielsko żebyś się nacierał wygląda mniej więcej tak: ‚a co mi będzie małpiszon opowiadał, mam swoją chemię z Niemiec!’. A potem okazuje się, że jednak chemia z Niemiec nie jest najlepsza. Aloes daje wytchnienie i jeżeli zaprzyjaźnicie się z jakimś kierowcą tuk tuka, poproście żeby znalazł. Albo w ogóle zlokalizujcie sobie krzaczek w pobliżu, szczególnie jeżeli mieszkacie poza centrum miasta. Aloes jest bardzo wydajny i jedna gałązka/pęd (czy jak tam to nazwać) starczy na parę dni. A spędzając dnie w temperaturze 30+ i pełnym słońcu, na pewno się poparzycie.

W Królewskim Ogrodzie Botanicznym w Peradeniya można spędzić cały dzień. Nie przesadzam. Jest to powiew nowości, stojący w kontrze do skostniałych miejsc tego typu w Europie, często prezentujących tylko odmiany lokalnych drzew, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Jasne, infrastruktura turystyczna leży, ale to jest poważny problem dotyczący całej Sri Lanki, o którym jeszcze nieraz wspomnę. Warto mieć ze sobą butelkę wody albo jakąś drobną przekąskę, bo jest gdzie usiąść, a nawet się położyć i odpocząć, ale z zaopatrzeniem się już może być problem. Tym niemniej, bilet do ogrodu to naprawdę jedne z lepiej wydanych przeze mnie 1100 Rupii na Sri Lance.

Zostaw Komentarz