Kreta – Białe Góry i Wąwóz Samaria

Kreta – Białe Góry i Wąwóz Samaria

zamieszczone w: Europa, Grecja | 0

Takim swoistym paradoksem było, że z najbardziej popularnych kierunków wycieczek, miałem zaliczony tylko Egipt. Większość rodaków ma taką świętą listę do odhaczenia – Złote Piaski, Antalya, Kanary, Sharm, Majorka, Chorwacja i Grecja. No to hop, skoro Ryanair lata na Kretę, żalem było nie skorzystać. O samej Chanii napiszę jeszcze przy okazji innego wpisu, natomiast tutaj o czymś zupełnie innym. Czego absolutnie nie oczekiwałem po wyspie na Morzu Śródziemnym.

Można się teraz śmiać z mojej (nie)znajomości geografii, ale jednak po kilkunastu latach od ostatniej lekcji w szkole, człowiek odwyka od map fizycznych świata. Mapa polityczna? Zawsze bez problemu i z palcem w d… nosie. Ale fizyczna – jakoś nigdy nie byłem jej fanem. Owszem, bez problemu nazwę i umiejscowię większość pasm górskich świata, wiem gdzie panuje mniej więcej jaki klimat, gdzie są jakie rzeki, ale w wyspy śródziemnomorskie to się jakoś specjalnie nie zagłębiałem. Dlatego byłem nie lada zaskoczony, gdy po dotarciu do Chanii, daleko w tle portu ukazały się mym oczom białe szczyty gór.

Ja nie jestem jakimś wielkim miłośnikiem gór, a już na pewno nie miałem w planach chodzenia po górach podczas wypadu do Grecji. Nawet jeżeli nie są to najwyższe szczyty Krety (te sięgają 2500 m n.p.m.), ale wycieczka zaczyna się od jakoś 1250 m n.p.m.. Trzeba było się zatem udać w stroju raczej plażowym i zdecydowanie standardowym podczas wycieczek. Całe szczęście, że New Balance to absolutne creme de la creme obuwia. Firma ta nie sponsoruje bloga (jeszcze, zachęcam do kontaktu ;)), ale z kronikarskiego obowiązku muszę wspomnieć, że jeszcze niedawno tworzyła najlepsze buty o przeznaczeniu ogólnym/sportowym, razem z Asics. Szczególnie w cieplejszych rejonach. Jeżeli ktoś twierdzi, że Nike czy Adidas są lepsze, nie miał jeszcze zaszczytu wystawić tych butów na cięższą próbę. Śmiem twierdzić, że po tym, co moje NB przeszły w Wąwozie Samaria, z wielu innych znanych marek nie byłoby czego zbierać na drugi dzień. NB potrzebowały tylko wyschnąć, co nie zajęło im długo. Kozaczków na Giewoncie nie było, ale zalecanego obuwia trekkingowego też na sobie nie miałem.

Dlaczego wcześniej napisałem, że podróż po Samarii to wycieczka? Bo w zasadzie ma to bardzo dużo wspólnego z rozmaitymi wycieczkami fakultatywnymi. A przynajmniej tak to wygląda jeżeli człowiek jest leniwy i sam wcześniej nie ogarnie tematu. Na szczęście różnica jest niewielka – wyjazd z biurem podróży czy tam agencją turystyczną kosztuje tylko kilka euro drożej niż samodzielny wyjazd. Ma też swój plus albo minus, zależy jak kto się na zapatruje na wczesne wstawanie. Zbiórka jest bowiem około szóstej rano. Wziąwszy pod uwagę, że Grecja leży w Eastern European Time Zone, czyli godzinę przed nami, to na polskie warunki jest to piąta rano. A o piątej to ja się częściej spać kładę niż wstaję. Bleh! Przez to/dzięki temu następnej nocy na wyspie Midasa spałem niczym zeusowskim gromem rażony.

Teraz tak koszt takiej wycieczki w agencji turystycznej to 20 €. Jest opcja, że autokar odbierze was spod hotelu, ale na liście są chyba tylko droższe hotele, a jak kogoś stać na droższy hotel na Krecie, to równie dobrze może sobie taksówkę na dworzec zamówić i wyjdzie na to samo. Przejazd indywidualny z dworca kosztuje 14.50 € (wg wiki), ale odbywa się ponad godzinę później. Ma to oczywisty minus – znacznie mniej czasu na zwiedzanie kanionu, bo trzeba się załapać na ostatni statek powrotny. Statek, gdyż schodząc kanionem dochodzimy do wioski, z której statki odchodzą do innej wioski, w której czekają autobusy. Skomplikowane, wiadomo, ale jest to chyba optymalna opcja transportowa. Rejs też kosztuje – 8€. Samo wejście do parku narodowego to kolejne 5€. Łącznie ponad 30€. Cóż, bywało taniej.

Kto nie jest w stanie wytrzymać ośmiu godzin bez jedzenia, niech lepiej zaopatrzy się w suchy prowiant. Kto nie jest w stanie wytrzymać ośmiu godzin bez wody, niech się nie martwi, w najgorszym przypadku niech zaopatrzy się w pustą plastikową butelką, bo co kilkaset metrów napotykamy źródło zimnej wody pitnej, a na dodatek większość część wędrówki pokonujemy wzdłuż strumienia. Naturalnie o ile nie przeszkadza Wam, że inny turysta mógł w tej wodzie przed chwilą moczyć nogi. Byłem świadkiem jak Włosi się nawet nad tym potokiem opalali w samych, typowo włoskich, slipkach typu speedos ;)

Chyba pierwszy raz mam okazję pisać o swoim udziale w zorganizowanej wycieczce, więc kilka słów o tym jak się zachować żeby zrobić fotki z jak najmniejszą liczbą turystów. Są zatem dwie metody – zalecana przez zespół – idź przodem oraz, skoro jesteśmy przy porównaniach z czasów dobrego polskiego rocka, bądź ostatni. Jeżeli idziesz jako pierwszy musisz być bardzo szybki. Na tyle żeby cały czas być przed grupą, mieć czas na przygotowanie dobrej fotki, którą zazwyczaj można zrobić tylko ‚przed siebie’, bo z tyłu jest wycieczka, która bezczelnie wchodzi w kadr. Trochę słaba opcja, o ile nie idzie się tylko i wyłącznie po to, żeby zrobić zdjęcia. Dlatego warto zostać z tyłu. Zawsze staram się czekać aż wszyscy pójdą. Tu miałem tą przyjemność, że grupę zamykała przewodniczka, z którą miałem okazję zamienić kilka słów i która była bardzo wyrozumiała wobec mojej taktyki. Wyobraźcie sobie, że razem ze mną wchodziło jakieś sześćdziesiąt osób – trzy średnio napakowane autokary – a większość kadrów wygląda jakbym był zupełnie sam :) Metoda ostatni gasi światło ma też jedną podstawową zaletę – za nami nikogo nie ma, więc mamy czas na spokojne podziwianie widoków czy odpoczynek. Bo przecież nigdy zorganizowana wycieczka nie wyjedzie bez wszystkich uczestników i lepiej być leserem, na którego wszyscy czekają niż samemu siedzieć i się nudzić.

Dobra, jeszcze trochę szczegółów technicznych – przy wejściu do wąwozu jest chyba schronisko. W przypadku kontuzji można skorzystać z osiołka, ale jakoś nie wyobrażam sobie jazdy po takich stromych miejscach na ośle. Czy tam koniu, nie jest to prywatny przytyk do tych sympatycznych zwierząt, tylko mój ogólny brak zaufania do większości fauny. W dwóch czy trzech miejscach jest też lądowisko dla helikopterów, ale nikomu nie życzę żeby musiał sprawdzać czy, a jeśli tak, to ile taka usługa kosztuje.

Trasa to ponad szesnaście kilometrów, ale trzeba pamiętać, że ostatnie dwa-trzy to już prosta wiejska droga, sam parów to jakieś trzynaście kilometrów, które wytrawni podróżnicy są w stanie bez problemu pokonać pewnie w cztery godziny. Na trasę z biurem podróży przeznaczone jest ponad dwa razy tyle, stąd pośpiech nie jest wskazany. Wąwóz Samaria to rezerwat przyrody, w którym występuje kilka endemicznych gatunków roślin i zwierząt, między innymi koza kri-kri. Do tego jest to najdłuższy nie-rzeczny wąwóz w Europie.

Zaczynamy, jak już wspominałem, od płaskowyżu Omalos, czyli wysokości 1250 m n.p.m., by zejść po bardzo stromych schodach do około 600 m n.p.m., a następnie kontynuować dużo mniej stromym wąwozem sensu stricte. Mniej więcej w połowie kanionu znajdują się pozostałości po wiosce Samaria oraz kapliczka Ossia Maria, od której zresztą pochodzi nazwa wąwozu. Podobno w kapliczce znajdują się XIV w. freski, ale dowiedziałem się o tym poniewczasie, bo nie odmówiłbym sobie przyjemności zajrzenia do kościółka na takim zadupiu :) Cały spacer jest bardzo przyjemny i nie męczy, chociaż na trasie widziałem starsze osoby, mające drobne problemy. Cóż, prawda jest taka, że w kilku miejscach trzeba skoczyć z kamienia na kamień, kilka razy pewnie but skończy w wodzie (stąd zalecam zabrać skarpetki na zmianę, true story!), jest ślisko i nie jest to asfaltowe przejście ‚odtąd dotąd’. Z drugiej strony – jeżeli chodzi o zwinność chyba bliżej mi do słonia niż kota, a na pewno niedźwiedzia, jeżeli chodzi o kondycję też nie jestem kenijskim maratończykiem, a całość przeszedłem nawet specjalnie się nie męcząc. Owszem, na początku to strome zejście daje w kość naszym łydkom, ale potem jest to naprawdę spacer.

Ostatnie trzy kilometr to okazja zapoznania się z wiejską częścią Krety. Ok, Chania czy Heralkion to nie są metropolie, ale jednak leżąca na wybrzeżu Morza Libijskiego i licząca kilkudziesięciu mieszkańców Agia Roumeli to zupełnie inny świat. Kozy na ulicy, ubita droga szutrowa, gęsi, indyki, gaj oliwny (cholera wie czy to oliwki, tak strzeliłem, myślicie że wiem z odległości kilkunastu metrów jak wygląda gaj oliwny). Inna strona Krety – nie mniej interesująca i sympatyczna. Jedynym sposobem by dotrzeć do tej wioski jest podróż piesza lub rejs statkiem. W samym Agia Roumeli można, w okresie letnim, czyli kiedy czynny jest Wąwóz Samaria, skorzystać z bazy hotelowej oraz wziąć lekcje kuchni greckiej czy przejść się do ruin pobliskich twierdz tureckich.

Pozostaje jeszcze kwestia terminu – ja byłem 2. maja. Zaraz po otwarciu wąwozu (teoretycznie otwierany jest 1. maja, ale w tym roku ze względu na deszcze opóźniono otwarcie o jeden dzień, a turyści musieli pocałować drewnianą bramę i udać się do innego kanionu, których w górach Krety jest mnóstwo). W związku z tym nie było bardzo gorąco, ale na tyle ciepło, że mi w stroju dość plażowym – widać to na kilku fotkach – zimno było tylko na początku wycieczki. I jak na początku żałowałem, że nie wziąłem ze sobą bluzy, tak już po kilkudziesięciu minutach byłem bardzo dumny z tego wyboru. Natomiast jestem sobie w stanie wyobrazić podróż Samarią w lipcu czy sierpniu, gdy na Krecie panuje klimat bardziej podzwrotnikowy niż śródziemnomorski. Tym niemniej – bardzo polecam – warte jest każdego z wydanych na wycieczkę 30+ Euro.

Zostaw Komentarz