Ko Phi Phi – Niebiańska plaża

Ko Phi Phi – Niebiańska plaża

zamieszczone w: Azja, Tajlandia | 0

W związku z zimą, zbliżającą się wielkimi krokami, a raczej odczuwalnymi spadkami temperatur, postanowiłem przenieść się nieco w czasie i wrócić myślami do Tajlandii. Małą namiastkę tego można było przeczytać przy okazji wpisu o zoo w Chiang Mai, a będzie kontynuowane mniej więcej do końca roku, z drobną przerwą na wrażenia z miasta narodzin renesansu. I chociaż w planie było przetestowanie 12-letniego Arbeloura, wizytując nowootwartą we Wrocławiu karczmę o sugestywnej nazwie „Phathathai”, tak się obżarłem tajskiego żarcia, że ciągle mam w ustach kokos i kolendrę, zatem szkoda marnować tak zacnego single malta. A chwila rozmowy z kucharzem z Sukhothai wprawiła mnie we wspominkowy nastrój.

Prochu w tym wpisie nie wymyślę, bo po prostu się nie. Kto był na Ko Phi Phi, pewnie podzieli moje spostrzeżenia, a kto kiedyś czytał inne blogi o tych bajecznych wyspach, może pomyśleć że dokonałem tutaj niemal plagiatu. Cóż, trudno o prawdziwych liliputach Morza Andamańskiego napisać coś odkrywczego, bo tak naprawdę wszystko już zostało napisane. Chociaż miłośnicy mojego narzekania pisania na pewno znajdą coś dla siebie.

Phi Phi to grupa wysp na tyle mała, że nawet nie kwalifikuje się do szczytnego miana archipelagu. Samo ko znaczy po tajsku oczywiście wyspa, czego można się domyśleć już patrząc na mapę wybrzeży Tajlandii. Przeciętnego turystę interesują zazwyczaj dwie wyspy – Phi Phi Don i Phi Phi Leh. Pierwsza jest znacznie większa i zawiera całą bazę turystyczną oraz praktycznie całą stałą populację grupy wysp – prawie trzy tysiące ludzi. Dodatkowo w sezonie turystycznym, na wyspę przybywa codziennie niemal tysiąc ludzi. Na Phi Phi Don jest wszystko, czego można oczekiwać po wyspach równikowych, ale jest też mnóstwo rzeczy, których widzieć byśmy nie chcieli. Skoro dziennie przewija się tutaj tak wielu turystów, stanowiących nawet 33% populacji wyspy, naturalnym jest że nastawienie na turystykę jest gigantyczne. Niestety jest to turystyka tak bardzo tradycyjna dla Azji południowo-wschodniej, czyli nachalna i hm… wulgarna. Dziesiątki tandetnych budek obwieszonych chińskim plastikowym gównem w badziewnych kolorowych foliowych opakowaniach, które tak często lądują w wodzie. Nic wartościowego, a wszystko diabelsko drogie w porównaniu do kontynentalnej Tajlandii, nie mówiąc już o regionach nastawionych na rękodzielnictwo.

A skąd ta popularność wysp Phi Phi? Złowieszcza siła dziesiątej muzy. Był sobie taki film z boskim Leonardo Di Caprio „Niebiańska Plaża”. I do realizacji tego filmu wybrano właśnie malowniczą i malutką Ko Phi Phi Leh. A teraz, by parafrazować narodowego wieszcza Kazimierza Staszewskiego – niebiańska plaża syfem zaraża. Bo chyba tylko trochę przesadzę, jeżeli napiszę, że wobec wyspy dopuszczono się odrażającego gwałtu. Na potrzeby miernego filmu, zdewastowano środowisko naturalne pięknego kawałka planety. Na plaże wjechał ciężki sprzęt, by teren jak najlepiej odzwierciedlał swój książkowy pierwowzór. A potem każdy chciał się poczuć jak Leonardo Di Caprio, więc zaczął się napływ turystów. I to najgorszego sortu turystów – bogatych snobów, którzy myślą, że im wszystko wolno.

W cztery lata po filmie „The Beach” w wyspy uderzył huragan. O ile Ko Phi Phi Leh prawie nie ucierpiało, bo przecież przyroda jest przyzwyczajona do takich wydarzeń, tak gdy na Phi Phi Don nadeszła trzymetrowa fala, zmiotła wszelkie ślady cywilizacji z powierzchni ziemi. Może nie dosłownie wszystkie, ale uformowanie wyspy nie pomogła oprzeć się żywiołowi. Phi Phi Don ma kształt podkowy, więc fala tsunami przecięła wyspę jak gorący nóż masło. Było to swoiste szczęście w nieszczęściu dla turystyki Phi Phi Don. Po pewnym czasie zmodernizowano całą bazę, jedną z najdroższych w Tajlandii, i maszyna ruszyła na nowo, z podwójną siłą. Wraz z bogaceniem się Chińskiej Republiki Ludowej oraz jej obywateli (podobno średnie zarobki w Chinach, państwie taniej siły roboczej, już przekroczyły średnią w Polsce ;)), wzrosła turystyka z Chin, której wcześniej nie było.

I jest to kropla, niemała, w końcu pochodząca z najliczniejszego państwa na świecie, która przelała czarę goryczy. Największym bogactwem, które czyniło wyspy wyjątkowymi i przepięknymi, była nie flora, a fauna, zwłaszcza morska. Rafy koralowe, które szybko reagują nawet na najdrobniejsze zmiany w środowisku naturalnym, a także wszystkie zwierzęta z nimi związane. Póki na wyspie żyli głównie cyganie morza (być może popełnię wpis), pływający głównie łodziami o napędzie naturalnym, bądź niewielkimi silnikami, natura była w stanie utrzymać balans. Zmasowana turystyka przyciągnęła ze sobą jachty, motorówki, a nawet statki wycieczkowe. To wszystko zaburzyło wrażliwą biosferę wysp, która ulega stopniowej degradacji.

Jak dostać się na Phi Phi Don? O ile nie dysponujesz własnym jachtem (jeżeli dysponujesz, daj znać, jestem chętny na kurs po Indochinach), są dwa rozwiązania, oba za pomocą łodzi. Albo prom ze wschodu, czyli Krabi, Ko Lanta lub Ao Nang, albo z zachodu, jednego z najpopularniejszego kierunku wycieczkowego – Phuket. Zamiast promu można po prostu zapisać się na wycieczkę, która będzie kosztowało odrobinę więcej (no, nie odrobinę, pewnie ze dwa razy więcej), ale zostanie zapewniony transfer pod sam prom, który oczywiście będzie opłacony. Ma to sens, jeżeli zakwaterowany jesteś po zachodniej stronie Phuket. Jednak nauczony doświadczeniem, nie polecam jednodniowej wycieczki. Jest bardzo męcząca, dojazd i kurs na Phi Phi trwa dłużej niż sam pobyt na wyspach. Lepiej, oczywiście jeżeli ma się czas, spędzić tu dzień lub dwa.

I teraz gorzkie podsumowanie. To przepiękne miejsce, które pewnie niedługo zostanie doszczętnie zdewastowane lub po prostu bezpowrotnie zmienione. Ale nie jest aż tak niepowtarzalne i wyjątkowe, by stanowiło obowiązkowy punkt wycieczki po Tajlandii. Owszem, dla Europejczyka, a już w szczególności Polaka przyzwyczajonego do Bałtyku, plaża może wydawać się niezwykła. Na tle innych miejsce w Azji południowo-wschodniej jest po prostu bardzo dobra. Należy jednak się poważnie zastanowić czy nie lepiej wybrać miejsce, gdzie nie będziemy się czyli przytłoczeni obecnością innych osób. A na wyspach Phi Phi na pewno tak będzie.

Zostaw Komentarz