Jacy są Lankijczycy

Jacy są Lankijczycy

zamieszczone w: Azja, Sri Lanka | 3

Lubię pisać o ludziach, których spotkałem, mieszkańcach obcego kraju, zupełnie innych kulturowo, czasem dziwnych, czasem tak bardzo obcych, a mimo to w wielu aspektach bardzo podobnych do nas. Lubię o tym pisać, bo jest to jeden z niewielu momentów na blogu, kiedy nie muszę robić dogłębnego przygotowania do tekstu, bo przelewam jedynie swoje emocje i doświadczenia. Zdradzę bowiem teraz jeden sekret – informacje w wielu wpisach nie biorą się bowiem tylko z mojej głowy. Tak, wiem, szokujące. Wikipedia, google, książki – to mój chleb powszedni ;) Stąd nie mogę sobie pozwolić na tworzenie w pracy czy podczas chwilki wolnego czasu – potrzebuję pełnego skupienia.

Zacznijmy od tego, że demokratyczna i wolna Sri Lanka istnieje tylko teoretycznie – armia i wysocy notable nadal mają istotny wpływ na wszystko, co tylko może dać synekury oraz rozmaite możliwości korupcyjne, czyli budowy, kontrakty, import/export, cła, słowem wszystko. Według niezależnych badań, w rozmaitym stopnie upaństwowione jest około 75% przemysłu, prasa jest koncesjonowana do stopnia, który zakrawa o cenzurę, a prawa człowieka – w europejskim rozumieniu tej definicji – niemal nie istnieją. Jak wiemy, wszystko, co państwowe, jest niczyje, więc łatwe do rozkradania, a władza korumpuje i deprawuje, władza absolutna korumpuje i deprawuje zatem absolutnie.

I tak w sumie tutaj jest, jest to odczuwalne na każdym kroku – pełna kontrola, inwigilacja i dokumentacja wszystkiego, prawie jak u nas za komuny. Kompletna korupcja wśród urzędników – im wyżej tym większa i tylko fakt, że ktoś (poniekąd słusznie) uważa turystykę za przyszłość Sri Lanki, chroni turystów przed rabunkiem, w postaci wymuszania łapówek, na każdym kroku. Wszystko zaczyna się już na lotnisku, oczywiście państwowym, chociaż to akurat norma. Wizę kupujemy na miejscu lub wcześniej przez internet (35$), ale, jak się za chwilę okazało, nawet wówczas trzeba wypełnić mały druczek na lotnisku. Podchodzę do okienka, w którym siedzi żołnierz, z myślą że skoro mam zatwierdzony wniosek wizowy przez net, wszystko jest już ok. No nie jest, muszę wypełnić druczek – ok, trudno, odchodzę od stanowiska, pokonany przez biurokrację. „Wait, wait!” – słyszę za sobą. Myślę – zlitował się, chce pomóc i wszystko załatwić. „Mogę Ci pomóc” – mówi do mnie. „Ok, spoko. Pomóc w jaki sposób?” – pytam. „No wiesz, Ty mi pomożesz, to ja Ci pomogę” i uśmiecha się szelmowsko, a ja już wiem, że trzeba posmarować. „Nie, dziękuję” – odpowiadam, odchodzę i słyszę za sobą „wracaj, tylko 10 funtów”. 10 funtów za wypełnienie druczku, który wygląda tak: imię, nazwisko, numer paszportu i numer wniosku wizowego. Naprawdę? Wypełniłem, poszedłem do innego okienka, dostałem wizę. Niesmak pozostanie na zawsze.

W ogóle sytuacja, która przydarzyła nam się na lotnisku, to cała administracja państwowa w pigułce, więc przytoczę całą historię, nawet jeśli nie spodoba się to głównemu winowajcy :) Moja siostra pomyliła się na lotnisku i zabrała cudzą walizkę, zupełnie nie sprawdzając dokładnych detali, więc podobieństwo dwóch przedmiotów zmyliło prostą kobietę (o, zobacz, taki sam samochód jak twój, tylko inny). Oczywiście wszystko wyszło na jaw już po wyjściu z hali przylotów, ale jeszcze długo przed opuszczeniem terenu lotniska. No dobra, trzeba wrócić i zgłosić zaginiony bagaż, wyjaśnić nieporozumienie, cokolwiek. Tylko że ochrona nie chce nas wpuścić i jest głucha na argumenty. No, chyba że ich jakoś przekonamy. Kiedy w końcu udało się ubłagać, by wpuścili jedną osobę (swoją drogą ochrona na lotnisku wpuściłaby cię z bombą, gdybyś dał łapówkę), ale to nie koniec dowcipu. Na stanowisku zaginionych bagaży, język angielski jest na tradycyjnym lankijskim poziomie – lekkopółśrednim. I teraz rozwiązanie, które nam zaproponowano wyglądało tak, że zostawiamy walizkę, którą wzięliśmy (czeska), a jeżeli nasza się znajdzie, to zostanie odesłana ale w promieniu 50km od lotniska, inaczej sami musimy przyjechać po nią. Sęk w tym, że następnego dnia jesteśmy daleko poza tym promieniem, jednak tutaj uśmiechnął się do nas los – Czesi zostawili przy swojej walizce karteczkę z meldunkiem na Sri Lance i było to miasto, do którego następnego dnia się wybieraliśmy. Cóż, wszystko się dobrze skończyło – jedynym problemem było dogadać się z Czechami oraz przekonać ich, że to nasza walizka (niewielki problem, zważywszy że Czech powitał nas w moich spodniach) oraz że po swoją muszą się udać na lotnisko. Pierwszy kontakt ze mną ze strony lotniska miał miejsce po trzech dniach od zdarzenia, kiedy trzeba było wydać Czechom bagaż. Żadnego przepraszam czy dziękuję, nawet jeżeli w 83% była to nasza wina – jakakolwiek pomoc wymagała łapówek lub długich dyskusji – tragedia.

Zresztą korupcji doświadczyliśmy też próbując wejść do portu w Tangalle. Przy bramie stoi jakiś koleś w mundurze i mówi, że wejście kosztuje 200 rupii za osobę. Ok, nie jest to jakaś kosmiczna kwota (niewiele ponad 5zł), ale chodzi o sam fakt – nie ma żadnej budki z biletami, żadnego cennika – gość arbitralnie stwierdza, że nie wpuści turysty dopóki nie dostanie pieniędzy. I komu się poskarżysz?

Dobra, skoro już było o języku angielskim. Angielski jest jednym z trzech urzędowych języków na Sri Lance (pozostałe to syngaleski oraz tamilski), co nie oznacza że każdy napotkany człowiek będzie mówił po angielsku, szczególnie na prowincji. I chociaż z początku bywa to dość zabawne, to z czasem robi się dość frustrujące. A „z czasem” oznacza już po kilkunastu godzinach. Z nikim się nie dogadasz, nikogo nie możesz spytać o nazwy, ogólnie pogadać. I trzeba mocno uprościć swój angielski. Oczywiście jeżeli angielski znasz dobrze, zawsze się skomunikujesz, natomiast po paru dniach, zauważysz pewną prawidłowość – niewskazane tworzenie skomplikowanych gramatycznie form, długich zdań, używanie wyszukanych – ba, nawet wystarczy że rzadziej spotykanych – słów czy idiomów. Może porozumiewanie się na poziomie ‚Kali chcieć jeść’ to przesada, ale trzeba pamiętać także o zupełnie nieznanym dla przeciętnego Europejczyka akcencie. A akcentem hinduskim osoby pracujące w anglojęzycznych firmach spotykają się zawsze na helpdeskach (dis is bery bery sirius) i spodziewałem się coś podobnego usłyszeć na Sri Lance. Gramatyka lankijska jest trochę bardziej murzyńska, a ichni język dość śpiewny i miękki, co w sposób oczywisty przechodzi na angielski.

Płynny angielski to pewien luksus i w zasadzie gwarancja dobrej pracy w turystyce. Luksus, bo uczysz się go we własnym zakresie i nie jest oferowany w większości publicznych szkół. Chociaż i tutaj relacje były różne – jak można się spodziewać, na prowincji dobry nauczyciel angielskiego to towar deficytowy, natomiast w większych miastach (Colombo, Kandy), nie ma z tym problemu, co nie przeszkadza ludziom nadal nie znać języka. Bo szkoły chociaż obowiązkowe są, to tak naprawdę nie są. Jak to? Sytuacja wygląda tak, że państwo zapewnia miejsce do nauki i nauczycieli – reszta jest w zakresie rodziców. A dzieci mają mundurki i szybko rosną, muszą mieć plecak, przybory szkolne, książki, zeszyty. Dojazd gwarantuje też państwo, bo mundurek jest swego rodzaju biletem miesięcznym na autobus :) Ale nawet te podstawowe przedmioty to olbrzymi wydatek i obowiązek dla biednego kraju i wielodzietnego społeczeństwa. zatem większość dzieci z prowincji kończy naukę na szkole podstawowej, czyli w wieku około 10 lat, bo tylko najbardziej zdolne dostają państwowe stypendia, umożliwiające rodzicom sfinansowanie dalszej nauki.

Dlaczego angielski daje pewne zatrudnienie i kasę w turystyce? Cóż, tutaj widać brak jakiegoś zmysłu marketingowego lub po prostu zdrowego rozsądku. Podstawowym środkiem transportu na bliższe dystanse na Sri Lance jest tuk tuk – rodzaj trzykołowego skutera, panoszącego się po całej Azji i, co bardzo mnie dziwi, nie potrafiącego zwojować Europy. Jeżeli ktoś ma ochotę na prawdziwą przygodę oraz zostać bohaterem w każdej mijanej wiosce, najlepszym pomysłem jest wynajem tuk tuka na miesiąc lub dłużej. Daje to olbrzymią mobilność i oszczędności oraz zapewnia mnóstwo interakcji z tubylcami. Sam tego nie doświadczyłem, natomiast – natchniony – poszperałem w necie i wspomnienia uczestników podobnych wypraw budzą olbrzymią zazdrość. Ale jako turysta, jesteśmy przez kierowcę tuk tuka wożeni, a często pełni on także rolę doradcy oraz przewodnika. No i teraz wyobraźcie sobie taką usługę ze strony gościa, który po angielsku umie tylko „hi/hello”. Jeżeli kierowca zna język, potrafi powiedzieć coś więcej niż nazwa miejsce, zawsze dostanie napiwek, pojeździ z wami dłużej, dostanie robotę następnego dnia, a nawet sam załapie się na wycieczkę. A taki, który nic nie rozumie, potrafi nawet wywieźć cię do innego miejsca niż chcesz… I nie miejcie skrupułów w przebieraniu między kierowcami – szanujcie swój czas i pieniądze oraz doceniajcie ludzi, którym się chce, nawet w takim zawodzie.

Nie bez podstawy napisałem też o wielodzietnym społeczeństwie, bo tutaj różnica między Azją, a Europą (w szczególności bogatszymi krajami UE i jej rdzennymi, białymi mieszkańcami) jest najbardziej widoczna. Miałem rozmowy z trzema osobami i każda była w szoku, że jak to w ogóle możliwe, że u nas dwójka dzieci to norma, a powoli nawet zaczyna być luksusem. Cóż, tutaj socjal leży, więc dzieci mają zapewnić bogactwo i utrzymanie rodzicom, więc robi się ich tyle, ile się da.

Co by tu jeszcze? Oh, dziewczyny, kobiety, tinder. W ogóle tylko na potrzeby eksperymentu socjalnego na Sri Lance zainstalowałem sobie tindera, żeby sprawdzić czy to ze mną jest coś nie tak, czy o co chodzi. Generalnie rozumiem, że jestem w dzikszych krajach odbierany przez pryzmat koloru skóry (biały, który tu przyjeżdża musi być bogaty), a do tego pewnie znane jest tambylcom powiedzenie, że duży brzuch jest oznaką dobrobytu :) Nigdzie, nawet w Tajlandii, która jest przecież światowym centrum seksturystyki, nie miałem tyle tak zwanych „eyefucków”. Eyefucków, które jednocześnie nie przeradzały się w absolutnie NIC. Idę ulicą, wchodzę do sklepu, gdzieś na targu, w autobusie… wszędzie. Dziewczyny w wieku produkcyjnym od razu próbują złapać kontakt wzrokowy. Może nie wszystkie, ale nie przesadzę, gdy powiem że 40% (dla porównania w Europie trafia mi się to z max 4% i bardzo sobie zawyżam statystyki ;)). Patrzą głęęęęębooooko w oczy i długo, bardzo długo, namiętnie wwiercają się tymi antracytowymi kulkami, powoli się uśmiechając. Ok, to znak, że czas działać! I wtedy jest koniec mistrzostw – dziewczę od razu głowa w dół ‚sorry, sorry’ i ucieczka. Sytuacja autentyczna: wchodzę do sklepu kupić chyba pastę do zębów, mam w ręce aparat, ale jestem już nieco opalony – widać że turysta, ale nie świeżak. Zza lady dziewczę tak bardzo młode wiekiem łypie na mnie. Runda 1. Pięć sekund kontaktu wzrokowego. Udajemy, że to był przypadek, wiadomo. Runda 2 już po chwili. 10 sekund, uśmiechy. Odwracam się, by nie być wulgarnym. Ale już po chwili jest runda 3. Dalej się patrzy na mnie ze wzrokiem mówiącym ‚najeźdźco, biały bwana, porwij mnie do Europy, do swojego haremu’. Dobra – porywał nie będę, ale fotkę strzelę bardzo chętnie. Ale nie! Wystarczy jakakolwiek próba rozmowy, cokolwiek ponad ten uśmiech z odległości 10 metrów, by dziewczynę speszyć. A akurat rozmowa, w przeciwieństwie do aparycji, to moja mocna strona.

Ok, postanowiłem zatem pójść z duchem czasu i zainstalować tindera. Czy aby rzeczywiście skorzystać? „Sam nie wiem co o tym myśleć” – jak powiedział król Dezmod przyłapany na oszukiwaniu podczas gry w karty. Z jednej strony takie spotkania na tinderze w kompletnie obcym kraju są co najmniej ryzykowne. Z drugiej strony, podstawowa zasada piłkarska mówi, że gol strzelony na wyjeździe liczy się podwójnie ;) Na szczęście sam tinder rozwiał moje wątpliwości. Ustawiając maksymalny przedział wiekowy i odległościowy (80km), nie miałem w wyszukiwaniach nikogo poza turystkami. NIKOGO. Dopiero w stolicy trafiły się dwie wątpliwej jakości starowinki (obie 40+, wyglądające na 60+). Ja rozumiem, że jest to kraj, w którym smartfon jest nadal dobrem luksusowym, ale bez przesady – nie wdając się w głębszą matematykę – lepsze telefony widziałem u jakichś 30% młodzieży, a skoro wcześniej ustaliliśmy że 40% zachowywało się jakby było napalone, to prosta matematyka mówi, że 12% winno być na tinderze :). A nie było nikogo spośród 15+ milionowej populacji żeńskiej Sri Lanki. Dziwne.

Pisałem o dziewczynach uciekających ode mnie i aparatu. Oczywiście może być to kwestia kulturowa – podobnie reagują kobiety w bardziej liberalnych krajach islamskich, bo jednak utrwalanie wizerunku człowieka w jakiś sposób obraża Allaha. I podejrzewałem tutaj coś podobnego, ale mężczyźni i dzieci (także płci żeńskiej) do aparatu lgną. Często byłem zaczepiany na ulicy z prośbą zrobienia zdjęcia. Tak po prostu. Przez ludzi starszych, w średnim wieku. W momencie robienia zdjęcia, każdy facet przyjmuje pozycje modela. Wszystkie zdjęcia z galerii były robione z przyczajki, na bezczelnego lub wybłagane przez tubylcę. Tych ostatnich jest najmniej, bo moje poczucie estetyki nie pozwala mi robić zdjęć byle czemu i byle komu. Spójrzcie jednak na te uśmiechy i przyjazne gesty – wydaje mi się, że ludzi w Europie w większości nie stać na takie zachowanie.

Na swoim facebooku wrzuciłem już jakiś czas temu piosenkę „Hero” Enrique Iglesiasa, w wykonaniu chłopaka, u którego mieszkaliśmy. Siedząc z poznanym na miejscu Baskiem oraz chłopakiem ze Sri Lanki, rozkoszując się – chociaż to dość naciągane słowo – lokalnym piwkiem o pokaźnym woltażu, rozmowa po jakimś czasie zeszła na leżącą w pobliżu gitarę. „Tak, gram”, „tak, sam się uczyłem”, „gitarę dostałem od wujka”. Mi imponują tacy ludzie, bo gitarę mam, uczyłem się grać przez całe 3 godziny i jedyne, co potrafię zagrać, to klasyczne 1 4 5 6 5 4 (dla niekumatych – Nothing Else Matters). A tutaj chłopak sam się nauczył grać, a do tego śpiewa – trzeba przyznać całkiem nieźle. Zatem po przesłuchaniu sporego repertuaru Enrique, pytamy o coś więcej – tym bardziej, że lekko podchmieleni, też chcieliśmy pośpiewać. Bask, jak na Hiszpana przystało, zaczął od klasyki w postaci Paco de Lucia czy Vicente Amigo, ale nazwiska nic nie powiedziały Lankijczykowi, więc przeszliśmy do światowych tuzów gitary. Santana, di Meola, Hendrix… nic. Clapton – tak! Ale tylko „Tears in Heaven”, a przecież po pijaku nie będziemy śpiewać piosenki napisanej z okazji śmierci córki Claptona. Jeszcze „Layla”. No ok, to idziemy w zespoły. Prawdziwy szok – Queen, Led Zeppelin, AC/DC, Guns’n’Rose (potem okazało się, że zna November Rain), Aerosmith, Metallica, Iron Maiden, Nirvana, Beatles… Niczego nie znał. I to nie w sensie, że nie potrafił zagrać – gdy puściłem na zapyziałym lankijskim necie „Nothing Else Matters” i znalazłem tabulaturę, okazało się, że ten kawałek jest zachwycający („awesome” ;)).

Zdaję sobie sprawę, że o różnicach kulturowych pisałem już kilka razy. Ale religia, kuchnia, higiena – to wszystko było dla mnie przysłowiowym pikusiem przy takiej nieznajomości muzyki popularnej. Rozumiem, że można nie znać indywidualnych artystów, bez względu na ich dorobek, bo nie ma się na przykład pamięci do nazwisk. Ale wyżej wymienione zespoły są dla mnie markami globalnymi, takimi jak Coca-cola czy Real Madryt. A tymczasem naprawdę dobrze wykształcony chłopak, mówiący dobrze po angielsku, chciałoby się powiedzieć elita intelektualna Sri Lanki, w dobie internetu nie ma pojęcia o istnieniu Metallicy czy Queen. Pękła mi głowa (z szoku) i serce (z żalu nad jego losem).

W końcu trzeba wspomnieć o biedzie. Bo drogi jest mi Platon, ale jeszcze droższa jest mi prawda. Zawsze gdy jeździliśmy tuk tukami i kupowaliśmy jedzenie czy picie, tudzież braliśmy udział w wycieczkach, staraliśmy się kupić coś dla kierowcy – szczególnie jeżeli władał dobrym angielskim. To niepowtarzalna okazja, żeby chociaż przez chwilę relację klient-konsument zamienić na relację człowiek-człowiek. My nie stracimy majątku, a wymaga tego kultura i dobry obyczaj. I ogólnie rzecz biorąc, w moim mniemaniu tylko po to powstała religia – ludzi, którzy nie rozumieją, że dla innych trzeba być człowiekiem, trzeba było zastrzaszyć Bogiem, Allahem, Yamą, Ozyrysem, Hadesem. Ale tutaj wchodzimy na głębsze rozważania, które szybko utnę kolejnym cytatem z Arystotelesa: „dzięki filozofii robię bez rozkazów to, co inni robią tylko ze strachu przed prawem„. I dzięki byciu dobrymi ludźmi, zostaliśmy zaproszeni do domu jednego z kierowców tuk tuka. Jak się okazało po kilku dniach, miało to za sobą poważne konsekwencje, ale na potrzeby tego wątku są zupełnie nieistotne.

To, co zastaliśmy w środku… Ufff… Gdyby nie tropikalny klimat, trup ścieliłby się gęsto. Upał panujący w pomieszczeniach (okien nie ma, są po prostu otwory w ścianach) jest potęgowany przez blachę na dachu i totalny brak przewiewności. Dom był bowiem w dżungli, nie nad oceanem. Ma to swoje plusy – wychodząc na ogród masz śniadanie czy kolację. Tu rośnie papaja, tu banany, tu kakaowiec, tam maniok, kokos, mango. Wszystko jest w zasięgu ręki i w zasadzie tylko mięsa i ryżu brakuje do pełnej lankijskiej diety. Wszystko rośnie w zasadzie dziko, więc nie wymaga pielęgnacji. Wyposażenie domu? Stare łóżko, stara kanapa, dwa krzesła, stół. Stary, 14-calowy telewizor kolorowy, malutka lodówka, kilka naczyń. Jakieś kompletnie zbędne rzeczy w postaci wykończenia domu? Poręcze? Dywan, wykładzina albo panele? Drzwi między pomieszczeniami lub wejściowe? Nie, to zbędny luksus.

Przygotujcie się na to, że zostaniecie miliony razy naciągnięci na kasę. Że za bilety wstępu będziecie płacić kilkanaście razy więcej niż tubylcy (warto mieć lewą kartę studencką – w Tajlandii wyrabiają takie po 20zł ;)). Że natraficie na propozycje korupcyjne przedstawione bez żadnego zawoalowania. Mimo tego, ciężko Lankijczyków nie lubić. Są zbyt ciepli, zbyt otwarci. Przechodziliśmy koło wesela – zostaliśmy natychmiast zaproszeni by wziąć udział w zabawie. Pytałem o poranny połów ryb – od razu zaproponowano mi bym wstał o 4 rano i wypłynął z nimi w morze (taaa…). Kierowca tuk tuka specjalnie dla nas znalazł świeży aloes i przywiózł do domu, w którym mieszkaliśmy. Małe gesty, świadczące o wielkim sercu, a Lankijczycy otrzymują znak jakości Dutki :)

3 Odpowiedzi

  1. Patrycja
    | Odpowiedz

    świetny tekst, przyjemne lekkie pióro i otwarta głowa

  2. Patrycja
    | Odpowiedz

    mam pytanie – co wypada podarować Lankijczykom których będę odwiedzać? co może ich ucieszyć szczególnie? Czy wypada przywieźć alkohol z Polski?

    • FD
      | Odpowiedz

      Kwestia trochę śliska, ale raczej tak. Dobry alkohol na miejscu jest luksusem sprzedawanym w nielicznych państwowych sklepach specjalistycznych (nawet piwa nie ma w supermarketach) – do tego mocno zalatuje jakimś bimbrem albo czymś równie śmierdzącym. Ja bym się skłaniał w stronę np. Johnnie Walkera – nawet najtańszego czerwonego. Oni znają tę markę, jest u nich dostępne w restauracjach i dość droga.

      Poza tym zależy gdzie jedziesz – jeżeli na wieś i do ludzi, którzy mają dzieci, to zrób jakąś paczkę z artykułami biurowymi, kredkami, flamastrami, jakieś słodycze itd. Dla nich naprawdę jest to towar ostatniej potrzeby, bo dzieci często nie mają w co się ubrać. I chyba lepiej kupić coś takiego niż wódę :)

Zostaw Komentarz