Alicante – Miasto świateł nocą

Alicante – Miasto świateł nocą

zamieszczone w: Europa, Hiszpania | 0

Z arabskiego Alicante oznacza miasto świateł, jeżeli wierzyć wikipedii. Cóż, Arabowie w ósmym wieku naszej ery nie mogli wiedzieć, że miasto o tak atrakcyjnej lokalizacji nigdy nie stanie się metropolią na skalę Dubaju czy Dohy. Wynika to z setek różnych uwarunkowań, ale od niedawna miasto przeżywa kolejny renesans, prawie potrajając ilość mieszkańców od lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Ech, wychodzi ze mnie starzec i zgred i łezka się w oku kręci, kiedy na lata zaczynające się cyferkami 1 i 9 muszę mówić ubiegłe stulecie.

Podzieliłem moje wrażenia z Alicante na dwa dni, bo wydaje mi się, że miasta basenu Morza Śródziemnego ulegają z zachodem słońca jakiejś przemianie, a pamiętać trzeba, że Hiszpania leży (w większości) jakieś piętnaście stopni długości geograficznej na południe od Polski, więc mają bardziej zbalansowany czas trwania nocy i dnia. A sami wiecie, że jakoś tak przyjemniej się siedzi z piwkiem po zmroku niż w promieniach słońca. Z piwkiem, bo mimo że panuje przekonanie o Hiszpanii jako kraju wina, to równie często, jeżeli nie częściej widzimy wielkie szyldy z napisem ‚cerveza’. Tak naprawdę w całym Alicante widziałem chyba tylko jedną bodegę z prawdziwego zdarzenia.

W pełni zasługując na swoją arabską nazwę, Alicante jest bardzo dobrze oświetlone. I niby, jako cywilizowanego człowieka żyjącego w Europie Środkowej, nie powinno mnie to dziwić, to jednak w moim wspaniałym mieście, które od zawsze poddaje się ostatnie, nadal mamy miejsca, gdzie oświetlone drogi to towar luksusowy. Nieistotne. Są miasta, gdzie oświetlenie nie jest w zasadzie konieczne, bo człowiek i tak czuje się dość bezpiecznie. Są też takie, gdzie nawet sztuczne słońce nie pomoże, bo chodnik jest tak nierówny, że można sobie zęby powybijać. Tutaj jest ład, porządek, relatywna czystość, a do tego mnóstwo światła. Żyć nie umierać. Jeżeli miał bym się do czegoś przyczepić, to zasmucało mnie, że tak wiele fontann było czynnych tylko przez kilkadziesiąt minut wieczorem.

Przejście po promenadzie, a nawet dalej po porcie to absolutny mus. Światła odbijające się w wodzie to coś, co tygryski lubią bardzo i dość wdzięczny temat do fotografii. W porcie jest mnóstwo ławeczek, restauracji, kawiarenek i klubów, więc można spędzić tam kupę czasu. I, jeżeli zdecydujemy się coś zjeść, kupę pieniędzy. Owoce morza, jak to w Europie, są drogie. Za to paelle można złapać już za 5-6 €uro, a grzechem jest być gdziekolwiek w Hiszpanii i nie spałaszować paelli. Chyba nie powinno być problemu też z piwkiem na ławce, bo policji ani razu nie uświadczyłem, a w sklepie z browarami powiedziano, że policja się raczej nie czepia w tym względzie turystów, pod warunkiem, że nie robią zadymy. A właśnie, niedaleko promenady jest malutki sklepik z piwami rzemieślniczymi. Ceny nie zasmuciły nawet mnie tak bardzo jak się obawiałem. Przyzwyczajony do wydania sześciu-ośmiu złotych za naprawdę DOBRE piwko, za przeciętnego pszeniczniaka (i używam tu słowa przeciętny mocno liberalnie) musiałem dać dwa €uro z haczykiem. Szkoda tylko, że nie bardzo miałem gdzie schłodzić, i nawet trzymanie w zimnej wodzie nie bardzo pomogło.

Prawdziwy challenge to dobry punkt widokowy by obejrzeć grę świateł nocą. Kto nie widział nawet średniej wielkości miasta z miejsca górującego nad resztą budynków o kilkadziesiąt metrów, nigdy tego nie zrozumie. W Alicante są trzy ponad stumetrowe drapacze chmur i chyba wiecie jak się dostać w miejsce z najlepszym widokiem ;) A jeżeli nie – porzucę tajemniczość i wyjaśnię – pieniądze są międzynarodowym językiem. Przypuszczam, że widok z Zamku św. Barbary byłby równie interesujący, ale jest on zamykany na noc. A jeżeli ktoś nie chce szlajać się po dachach, zawsze może skorzystać ze znajdującej się na 23. piętrze hotelu Tryp Gran Sol. Jedzenie, pomimo całkiem sporych porcji, nie jest wybitnie smaczne i w dodatku dość drogie.

Za to obsługa jest przemiła. Przyszedłem sam, a w menu zestaw dla dwojga w postaci przystawki, dania głównego i deseru w cenie normalnego dania głównego, oczywiście pod warunkiem zamówienia dwóch sztuk. Wobec tego pytam czy mogę poprosić o jeden taki zestaw. Pan popatrzył na mnie i musiałem wyglądać naprawdę żałośnie, bo tylko poklepał mnie po ramieniu i powiedział ‚no problem, my friend’. Ale przecież lepiej się najeść wieczorem niż wstydzić rano :) A był to mój pierwszy raz z arroz negro, czyli z potrawą bazującą na ryżu z atramentem i owocami morza, bardzo podobną do paelli.

A na co trzeba nocą uważać? Na dziwki. To nie żart – jak to w miejscowościach turystycznych, cór Koryntu jest mnóstwo, jak to w małych miejscowościach – są brzydkie i, jak to po sezonie, są zdesperowane. Zdesperowana dziwka może zabrać nie tyle serce, co portfel, a to, excuse my French, nie jest chyba wyruchanie, o którym wieczorem marzysz.

Poza tym jest to naprawdę fajne miejsce. Nastawione na turystykę, z dużą bazą noclegową, ale bez tłumów jak na Ibizie czy Majorce. Bardzo spokojne i przyjemne, idealne na krótki wypad.

Zostaw Komentarz