Herbata na Sri Lance

Herbata na Sri Lance

zamieszczone w: Azja, Sri Lanka | 0

By zakończyć wszystkie zmagania z florą i fauną Sri Lanki, muszę jeszcze powiedzieć o flagowym produkcie łzy Indii, czyli herbacie. Bo chociaż herbata do Indii i na Cejlon zawitała dopiero w XIX w. i nie ma tradycji tak długich jak w Chinach czy Japonii, to jednak właśnie herbata cejlońska jest dla Europejczyków synonimem słowa herbata. Nie jestem herbacianym freakiem, aczkolwiek wiem pewnie znacznie więcej o tej szlachetnej roślinie, jej typach i sposobie parzenia niż przeciętny człowiek, a pewnie i więcej niż statystyczny pijacz herbaty. Natomiast do rzeczywistej elity – ludzi prowadzących herbaciarnie z prawdziwego zdarzenia – jest mi bardzo daleko.

Herbatę na Cejlon sprowadzili Brytyjczycy, w gruncie rzeczy z przymusu, w obliczu fiaska uprawy kawy czy kakaowca, a także chęci utarcia Chińczykom w kontekście wojen opiumowych. I w zasadzie dopiero niedawno, grubo po drugiej Wojnie Światowej, Lankijczycy zaczęli paczkować herbatę we własnym kraju. Podczas wizyty w sercu Sri Lanki, na pewno zostanie wam zaoferowane zwiedzanie fabryki lub plantacji herbaty. Kluczem przy takiej wycieczce jest znalezienie odpowiedniego przewodnika, a także – w optymalnej wersji – osoby pośredniczącej, czyli na przykład kierowcy tuk tuka. Bo poziom angielskiego, mimo że jest językiem urzędowym, waha się na wyspie od podstawowego do komunikatywnego. Odpowiedni przewodnik robi różnicę między łażeniem po magazynie pełnym dziwnych maszyn, a poznaniem pełnego procesu powstawania najpopularniejszego napoju świata.

Co może być pasjonującego w produkcji herbaty? Szczerze – nic! To nie jest wycieczka, na którą wybierasz się, żeby zobaczyć coś niepowtarzalnego czy zaskakującego. Odwiedzenie fabryki herbaty jest nastawione czysto na wiedzę, tak jak destylarni whisky w Szkocji, kopalni soli w Wieliczce, niemieckich browarów czy każdego innego zakładu produkcyjnego. Po prostu, choć to może być tylko moja odosobniona opinia, pewne rzeczy dotyczące artykułów codziennego użytku wiedzieć wypada. Wypada wiedzieć, że piwo nie powstaje z chmielu, że szkocka whisky musi dojrzewać w beczkach co najmniej trzy lata. I że to, co dostajemy w torebkach od Liptona czy Tetleya, to najgorszej jakości szrot i niemalże herbaciane odpadki, które na Sri Lance, a przypuszczalnie w innych herbacianych krajach również, praktycznie niczym nie różnią się od herbacianego kompostu.

Bo herbata nawożona jest właśnie w taki kanibalistyczny sposób. Jeżeli do tej pory tego nie wiedzieliście, to herbata może osiągnąć wysokość nawet kilkunastu metrów – my znamy ją ze spopularyzowanego w Europie widoku plantacji, na których utrzymywana jest do poziomu pasa człowieka, by ułatwić ręczne zbiory. Natomiast w tropikach zawsze może gdzieś zaplątać się jakiś dziki krzak, który wywołuje zdziwienie turystów, bo jest po prostu olbrzymi. Co jeszcze z takich ważnych faktów o herbacie? Mięta, rooibos, lipa, herbaty owocowe na bazie hibiskusa to nie herbaty! To napary rozmaitych roślin, ale jedyne co mają wspólnego z herbatą, to nazwa. W przeciwieństwie chociażby do super-popularnej, a w mojej opinii nawet najsmaczniejszej, earl grey (czyli z dodatkiem bergamotki) lub mnóstwa innych aromatyzowanych herbat. Co ciekawe, na Sri Lance nie spotkałem się z nietypowym aromatem – może mango jest bardziej powszechne niż u nas, a na samej plantacji mieli ciekawe specyfiki (herbata o aromacie kawy), ale w sklepach już było bardzo europejsko.

Rodzaje herbaty powstają w zasadzie z tej samej rośliny i różnią się tylko procesem produkcji. Na Sri Lance produkuje się głównie herbatę czarną i zieloną oraz śladowe ilości białej, przypuszczalnie dlatego że bardziej opłaca się ją eksportować. I, jak w każdej innej dziedzinie, komputeryzacja i automatyzacja doszła do tego stopnia, że człowiek w zasadzie wciska guziczki i dostaje gotowe pojemniki z herbatą. Szczerze mówiąc, byłem nieco zaskoczony, że wpuszcza się turystów (ZA DARMO!) do działającej fabryki bez żadnego fartucha czy innego zabezpieczenia. I że herbatę sypie się do brudnych plastikowych pojemników i traktuje jak kartofle. Z drugiej strony – o podejściu do higieny na Cejlonie pisałem nieraz, zaś będąc czwartym producentem herbaty na świecie, trudno by traktować tę roślinę z pietyzmem. W końcu to tylko towar.

I jeżeli ktoś myśli, że na Cejlonie napije się naprawdę dobrej herbaty prawie wszędzie, w końcu to kolebka tej używki, to mocno się rozczaruje. Herbata jest często przeparzona – sam byłem świadkiem zalewania herbaty zielonej wrzątkiem i daleko Lankijczykom do ceremoniału parzenia herbaty, z którego znane są Chiny czy Japonia. Do herbaty dostaniemy też dodatki – czasem nawet jeżeli sobie ich nie życzymy. Geneza dodawania mleka wiąże się oczywiście z latami spędzonymi pod butem brytyjskim, a dlaczego Brytyjczycy dodawali mleko polecam sprawdzić samemu (i to wcale nie dlatego że nie wiem ;)). Poza tym często wrzucane są plasterki świeżego imbiru (co czasem sam robię w domu), a także dostaniemy posiekaną w kostkę limonkę. Tak, limonkę, bo o żółtą cytrynę trudno, przypuszczalnie trzeba importować, a limonka rośnie przecież za oknem. To jest pewien problem, bo jako Europejczycy jesteśmy przyzwyczajeni do cytryny. Dodanie do herbaty innego smaku, mimo że cel ma podobny powoduje jednak pewien… dysonans.

W fabryce Geragama (w ogóle przepraszam, że nazwa pojawia się po raz pierwszy, dość nieprofesjonalnie), dostaliśmy za to specyficzny słodzik. Kithul pochodzi z pnia karioty parzącej, rodzaju palmy i do herbaty dodaje spożywa się go w formie krystalicznej, trochę przypominającej kryształy brązowego cukru, jednak znacznie bardziej miękkie. Wkładamy taki kryształek kithulu do buzi i pijemy gorzką herbatę, która w ustach nabiera słodyczy od rozpuszczonego kithula.

O samych stopniach jakości czarnej herbaty możecie poczytać na internecie, zarówno polsko-, jak i anglojęzycznym. Tak w skrócie – herbaty dzielimy najpierw w zależności od stanu liścia – jeżeli jest cały, jest bardziej ceniony i, w zależności od rozmaitych cech, takich jak długość, grubość czy stopień zamknięcia, jest mniej lub bardziej ceniony. Optymalny liść jest bardzo długi, powywijany i cieniutki – daje wtedy delikatny, jasny i bardzo aromatyczny napar. Połamane liście dzieli się również według tych cech – od tych w prawie idealnym stanie, do określanych mianem pyłu. Oczywiście pył nie jest najgorszą jakością herbaty, natomiast w fabryce przyznano, że różnica między pyłem herbacianym, a odpadami używanymi jako nawóz, jest niemal niezauważalna. Pył trafia niemal wyłącznie do torebek i do Europy, bo spełnia swoją rolę i jest tani.

Herbata to idealny prezent ze Sri Lanki, świetna pamiątka i możliwość zaimportowania czegoś niemal unikatowego, bo 100 gram lankijskiej herbaty z określonego regionu kosztuje u nas tyle, co na Sri Lance dwa zestawy po pięć sztuk. A czasem są to po prostu rzeczy niemożliwe do zdobycia w Polsce.

PS. Przepraszam za tak częste używanie słowa herbata, ale… cóż – nie ma synonimu. W ramach rekompensaty, proponuję hymn herbaciany:
Ja noszę termos
I nie ważne, że ludzie krzywo patrzą;
Ważne, żem w dobrą herbę zaopatrzon.
Na czczo, na ulicy, na zaś, wiadomo w czym rzecz
Dobra herbata walczy ze złym złem.

Zostaw Komentarz