Gruzińska Droga Wojenna

Gruzińska Droga Wojenna

zamieszczone w: Azja, Gruzja | 0

Łącząca gruzińskie Tbilisi z rosyjskim Władykaukazem droga od tysięcy lat jest kluczową trasą dla całego Kaukazu. A na dodatek jest przepiękna. Słyszałem porównania do Szwajcarii i Alp. Cóż, nie byłem, ale bazując na zdjęciach, mogę jak najbardziej potwierdzić to porównanie. Czyste powietrze, woda w postaci potoków i strumyków, przełęcze, wąwozy, wodospady, pasące się zwierzęta, samotne kościoły… Wszystko dosłownie zapiera dech w piersiach i jedyną przeszkadzajką są ciężarówki, jadące do Rosji (najczęściej z Turcji).

Gruzińska Droga Wojenna jest bowiem jedyną trasą na północ Gruzji, czyli zgodnie ze wszystkimi kaukaskimi standardami. Nie ma także zbędnego bogactwa – w każdą stronę wiedzie jeden pas z nielicznymi tunelami zamykanymi w lecie. W kilku miejscach droga asfaltowa zmienia się w szutrową, w kilku jest naprawiana w bardzo leniwym tempie przez zdecydowanie zbyt małe zasoby ludzkie :). Czasem napotkamy pojedyncze krowy lub całe stado. Owce, jako bardziej zdyscyplinowane zwierzęta, już rzadziej. Natkniemy się oczywiście także na przydrożnych handlarzy (wino i czacza przy drodze – żaden problem!) oraz punkty widokowe. Nie spotkamy za to toalet, nie będziemy także co chwilę mijać wiosek ze sklepikami, stąd lepiej zaopatrzyć się przy wyjeździe w góry.

Oczywiście, co trzeba brać pod uwagę czytając ciąg dalszy tej relacji, piszę z perspektywy samochodu, a nie marszrutki. I jest to trasa, w której przewaga własnego pojazdu nad marszrutką jest bezapelacyjna. Pokonując ponad 130 kilometrów z Mcchety, zatrzymywaliśmy się 5-6 razy by zrobić fotki lub coś zobaczyć. Przy jeździe marszrutką nie ma mowy o takim luksusie. Owszem, kierowca zatrzyma się gdzie sobie tylko zażyczycie, ale nie oczekujcie, że poczeka aż zrobicie zdjęcia, pójdziecie do sklepu czy w krzaki. A następny transport będzie… nie wiadomo kiedy.

Około czterdziestu kilometrów, czyli po pół godzinie od wyjechania z Mcchety, napotkamy na pierwszą atrakcję – Zbiornik Dżinwali z tamą i hydroelektrownią. Niby nic specjalnego, Gruzini nawet nie wymieniają tego jako atrakcji turystycznej, bo w zasadzie takową nie jest. Zresztą by dostać się na samą tamę, z której widok musi być przepiękny, należy dokonać drobnego objazdu i przyjechać na rzekę po przeciwległej stronie głównej drogi. Podobno gdzieś jest jakiś przejazd, ale nasz kierowca nie umiał (lub nie chciał) go znaleźć. Dziesięć minut później, przejechawszy fantastyczny most, dojeżdżamy do Ananuri. Twierdza wybudowana w malowniczym, ba!, BAJKOWYM miejscu przez Zuraba Argaveliego, lokalnego watażkę, który na liście swych osiągnięć, poza licznymi wojnami i najazdami, może odnotować oślepienie brata. I tu znów napotkamy klasyczny przejaw gruzińskiej myśli turystycznej. Poza jednym kościołem, obiekt jest całkowicie opuszczony i pozostawiony w stanie postępującego rozkładu. Nie będę, po raz kolejny, powtarzał co sądzę na ten temat. Jedynym plusem jest darmowy wstęp. Schodząc w dół i mijając twierdzę, dotrzemy na plażę. W sierpniu była dość mocno uczęszczana przez tubylców.

Miejscem docelowym naszej wyprawy jest Stepantsminda, dawniej Kazbegi, miasteczko u podnóży góry Kazbek, po drodze jednak zatrzymujemy się jeszcze w kilku miejscach. Przede wszystkim przy punkcie widokowym, wypełnionym malowidłami, będącymi podobno pomnikiem przyjaźni rosyjsko-gruzińskiej. Podobnie jak ta przyjaźń, odrapane i wypłowiałe obrazy są już raczej cieniami przeszłości i smutnym świadectwem minionych czasów. Natomiast sama lokalizacja punktu widokowego na urwisku to kolejny majstersztyk na trasie. Nawet zdjęcia nie są w stanie oddać pełni piękna tego miejsca. Widoczność na setki metrów, gdzieś w dole płynie rzeka, jest jeziorko z azurową wodą, znów pasą się owce, tym razem wydaje się, że niemal w nieskończonej ilości. Bajka!

Kilka kilometrów dalej, David zatrzymuje samochów i mówi „coś wam pokażę”. Są to nasze pierwsze kilometry z kierowcą, który nie porozumiewa się w cywilizowanym (z naszego punktu widzenia) języku. Na łuku drogi widzę sprzedawców i myślę – no tak, wiezie nas do kolegów żeby wcisnąć pamiątki. Ale jestem w błędzie. Przechodzimy na drugą stronę ulicy i zaraz przy wjeździe do tunelu znajduje się coś, co Monty Python zdefiniowałby jako z zupełnie innej beczki. Skały wapienne ociekające wodą. Miniaturowe strumyczki i wodospady, które wyglądają jak armie przezroczystych mrówek wędrujące po skałach. Szok? Może nie, ale na pewno zaskoczenie. Nie potrafiłem dowiedzieć się, czy jest to unikat w skali całej Gruzińskiej Drogi Wojennej. Biorąc pod uwagę skalę terenu – wątpię. Ale na pewno jest to miejsce najlepiej dostępne.

Pod wieczór, czyli w okolicach 16:30, dojeżdżamy do Stepansmindy. Nie mamy gdzie spać, nie mamy co jeść, nie mamy atrakcji na wieczór. Ale to żaden problem. Tutaj to my jesteśmy atrakcją i każdy od razu próbuje nam zaoferować swoją pomoc. Za wjazd do Kościoła Świętej Trójcy, największej i najbardziej malowniczej atrakcji w okolicy chcą nas skasować 50 GEL za trzy (cztery, bo jedzie z nami przecież nasz kierowca) osoby. Mówimy, że nie chcemy bo drogo, a poza tym mamy ochotę tam dotrzeć na zachód słońca. Koniec końców okazuje się, że musimy pojechać teraz, bo za kilkanaście minut się ściemni tak, że Kazbeku nie będzie wcale widać. A poza tym idzie burza i chmury. Ok. Plus jest taki, że zbijamy cenę do 40 GEL. Niby niewiele, ale lepiej mieć niż nie mieć. W międzyczasie podjeżdżamy do zorganizowanego miejsca na nocleg. Typowy dom, prysznic jest, ale gospodyni mówi, że toaleta zepsuta, a działający wychodek jest na zewnątrz… Koncepcja wychodzenia w nocy na siku dwadzieścia metrów nie cieszy. Jeszcze mniej cieszy, że kibel to po prostu dziura w ziemi spłukiwana wodą ze strumienia… Ale nie mamy wyboru. Umawiamy się na 105 GEL za trzy osoby (znów kierowca niby śpi gratis… no, no…), w cenę wliczone mamy posiłki. WiFi (bo przecież to nawet ważniejsze niż toaleta) jest, ale nie działa. Czyli nie ma :D Ale telefony bez problemu łapią maksymalny zasięg jakieś sieci za hasłem. Ktoś nas chyba nie lubi… Cóż, ruszamy w górę!

Kościół Świętej Trójcy (Cminda Sameba) znajduje się na wzgórzu na wysokości 2170 m. n.p.m. Dojazd trwa niewiele krócej niż dojście. Co lepsi piechurzy potrafią podobno ten dystans pokonać w godzinę, a gorszym kierowcom wjazd zajmuje trzy kwadranse. Oczywiście możecie zapomnieć o podróż samochodem osobowym, a nawet SUVem o napędzie 4×4. Tu potrzeba wysokiego zawieszenia i nieoceniony okazuje się flagowy produkt sowieckiej myśli motoryzacyjnej – Łada Niva. Zresztą Łada ta jest bardzo popularna na Kaukazie. Podobno można na niej polegać dużo bardziej niż na nowoczesnych samochodach z elektroniką. Po prostu w starym ruskim dżipie, jak w starym ruskim czołgu, nie ma się co zepsuć. Jakkolwiek… Pod kościół dojeżdżamy w trzydzieści minut i, nie wiem jak inni, ale ja czuję się kompletnie wytelepany. Zupełnie jakby ktoś mnie wsadził do shakera i mieszał przez kilkanaście minut. Z pewnością wypite godzinę wcześniej domowe wino nie pomogło.

Sam kościół doskonale symbolizuje wiele cech Gruzinów. Wzniesienie takiej budowli na takiej wysokości w XIV w. to nie lada wyzwanie. Poza oczywistą funkcją religijną, Cminda Sameba był także skarbcem Gruzji w czasie zagrożenia – tutaj przywożono przedmioty m.in. z Mcchety. W środku nie ma niczego, czego nie widziałem w dowolnym innym monastyrze w Gruzji, ale trzeba zaznaczyć, że nie zobaczyłbym wnętrza, gdyby nie rozmowa Davida z mnichami. Gdy próbowałem wejść sam – nie dało rady, dopiero po interwencji naszego kierowcy kazano mi opuścić spodnie tak by zasłaniały kolana (jak rozumiem widok moich gaci obraża boga dużo mniej niż widok kolan :)) i wszedłem. Tylko po to, by zobaczyć, że gdybym nie wszedł, nic bym nie stracił. Taki paradoks. Największym plusem tego monastyru jest lokacja. Dżwari fantastycznie góruje nad Mcchetą, Motsameta jest otoczony z trzech stron stromymi urwiskami, Sapara jest oddalony od ludzkich siedzib, ale to widok na Kaukaz robi robotę.

Niedaleko było widać rozbite namioty i przyznam, że widząc jak słońce zaczyna powoli zachodzić i rozpoczyna się złota godzina, ogarnęła mnie zazdrość. Bo nocleg w takich warunkach, z buteleczką gruizńskiego wina i innymi lokalnymi przysmakami to jest coś. Najbliższe źródła światła to klasztor i leżące w kotlinie poniżej Kazbegi, do tego cisza, fantastyczne górskie powietrze, gwiazdy, woda ze strumieni, możliwość bliższego kontaktu z niedźwiedziem w czasie nocnego wyjścia z namiotu na siku ;). Niepowtarzalne wrażenia.

Nie jestem alpinistą, nie stałem nawet koło żadnego i nie było czasu, by nawet spróbować podejścia na Kazbek. Lodowy Szczyt to nie miejsce dla turysty w kapciach, który przyjechał zwiedzić cały kraj, a wówczas miałem dokładnie taki status. Wygląda fajnie, natomiast kompletnie nie jest to mój klimat turystyczny, stąd nie będę nawet próbował się wymądrzać. Na internetach jest mnóstwo stosownych przewodników.

Zjeżdżamy z powrotem do Stepancmindy, a w połowie drogi łapie nas deszcz. Na szczęście nie ma monstrualnych rozmiarów (tego doświadczymy niemal równo za 24 godziny w Borjomi), ale daje do zrozumienia jedno – w górach Gruzji, nawet w sierpniu, wieczorami zaczyna się robić chłodniej. Nie jest to zły chłód, jest to fantastyczna odmiana po dotychczasowych upałach i chyba najlepszy sen, który miałem podczas pobytu na Kaukazie. Czy miała na to wpływ domowa kolacja (pstrąg, chaczapuri, bakłażany, pomidory, ogórki)? Pewnie tak. Czy pomogła domowa czacza? Dużo bardziej! Poranne i wieczorne chłody dają pewien wyznacznik, co tutaj musi się dziać zimą. Ale latem pogoda jest doprawdy przednia. Było to jedyne miejsce w całej Gruzji (no, może poza jaskinią Prometeusza), w którym nie narzekałem na upały.

Zostaw Komentarz