Granada pozostawiająca niedosyt

Granada pozostawiająca niedosyt

zamieszczone w: Europa, Hiszpania | 0

Jestem bardzo niezadowolony, że w Granadzie byłem tylko przez jeden dzień. Z tego też powodu będzie to chyba jedyna w blogosferze relacja nie obejmująca Alhambry. A przecież Alhambra z Granadą jest niemal tożsama. Nie wiem jak wymyśliłem żeby pojawić się w jednym z kluczowych miast Andaluzji tylko na niecałą dobę. A gdy jeszcze okazało się, że łóżko było nadzwyczaj wygodne, a hotel w bocznej uliczce z dala od hałasu i z klimatyzacją, znaczną czas swojego pobytu, niestety, przespałem. Czas poświęcony na dojazd z Malagi i dojście do hotelu zupełnie nie był warty tych kilku godzin spędzonych w uliczkach, poszukiwaniu poleconej na tripadvisorze restauracji, która była remontowana oraz wycieczki objazdowej, która tylko narobiła mi na to miasto smaka. Ale po kolei.

W Alhambrze nie byłem, ale próbowałem się tam dostać. Tak naprawdę to był mój główny cel jeżeli chodzi o Granadę, stąd też jestem dość rozczarowany sposobem dystrybucji biletów i obłożeniem miejsca, w którym kręcono sceny ‚Gry o tron’ dziejące się w Dorne. Aby dostać się bez uprzedniej rezerwacji trzeba pod bramą biletową ustawić się około 6 rano (sic!) lub odczekać kilka godzin w kolejce. Cóż, jeżeli – jak ja – jesteś w mieście tylko przez jeden dzień, od razu wykluczasz tę opcję. Około południa musiałem udać się w dalszą podróż, a poprzednie dni spędziłem na intensywnym zwiedzaniu i piwkowaniu w towarzystwie, zatem powyższe opcje w ogóle nie wchodziły w rachubę. Ale znajomi Hiszpanie już wcześniej mnie wyedukowali – gdzieś na głównej ulicy jest księgarnia i w tej księgarni można kupić bilety. Bez kolejki, bo niewiele osób wie o takiej możliwości. Wtedy na szczycie zamiast czekać w ogonku jak japoński turysta, wchodzisz z uprzednio nabytym biletem. Rzeczywistość zweryfikowała ten plan. Bilety były, owszem, ale na pojutrze… Sympatyczna Hiszpanka (tak, sympatyczna, nie ładna, właśnie sympatyczna :)) powiedziała, że i tak mam szczęście, bo zazwyczaj trzeba się zaopatrzyć na trzy dni do przodu… MHM… Tyle tylko, że to magiczne ‚pojutrze’ to ja spędzałem na Gibraltarze. Czyli klops. Nie wiem czy w oczach miałem łzy, ale Hiszpanka powiedziała „I’m really very sorry”, zatem minę musiałem mieć nietęgą. Cóż, trzeba było zweryfikować plan wizyty i udać się wszędzie poza Alhambrą. Co także mi się nie udało…

O kościołach napisałem w osobnym wpisie i  mogę tylko raz jeszcze podkreślić, że katedra to majstersztyk i niemal równie istotny punkt wizyty w Granadzie co Alhambra. To chyba jedno z niewielu tak ważnych kulturowo miejsc, które nie ma jednoznacznej tożsamości historycznej oraz dokładnie wyodrębnionego starego miasta. O tym centrum napiszę kilka słów, bo poza tym łatwiej by mi było powiedzieć o wszystkich rzeczach, których nie zobaczyłem. Wiem o nich z dziesiątek ulotek, które przywiozłem ze sobą (zawsze tak robię, żebym wiedział czego mogę żałować i żeby poczytać już w spokoju gdzie byłem). Tutaj uwaga – nigdy przenigdy w żadnym mieście nie korzystaj z ofert na takich ulotkach, chyba że cierpisz na prawdziwy nadmiar gotówki. Zazwyczaj jesteś w stanie wynegocjować lepszą cenę, a gdy na miejsce pójdziesz sam, okazuje się że bilet kosztuje połowę tego, co oferowało biuro turystyczne. Albo i mniej. Trochę inaczej sprawa ma się z przewodnikami. Tutaj warto skorzystać z mediów społecznościowych. Często za piwo dostaniesz lokalnego przewodnika ze sporą wiedzą i anegdotami.

Grenada łączy wszystkie najlepsze elementy architektury arabskiej i europejskiej, często na przestrzeni tej samej ulicy. Mamy piękną medresę (będzie niżej), wspominaną Alhambrę oraz kompleks letni Generalife. Utrzymane także w tym stylu dzielnicę Albaicin, gdzie już powoli widać zmiany w stylu mudejar po rekonkwiście. Sacromonte, przypominające tradycyjne andaluzyjskie białe miasteczka, gdzie niemal każdego wieczora rozbrzmiewają odgłosy flamenco. Przejeżdżając przez te dwie dzielnice takim turystycznym pociągiem (tak, skusiłem się, dałem 8€ za bilet – nie miałem czasu iść samemu, kajam się) oczy chodziły mi na prawo i na lewo i nawet kilka razy chciałem po prostu wysiąść i zaryzykować, że nie zdążę na pociąg do Rondy. Do tego multum bardzo ciekawych graffiti, wielkich parków, małych restauracji (ale tutaj wiadomo – tapas być muszą wszędzie w Hiszpanii), posągów, kwiatów i zmian w poziomie terenu. Trochę żal, że nie ma możliwości wynajęcia roweru, a przynajmniej takiej nie znalazłem.

W ciasnych uliczkach centrum trochę przeszkadza wszechobecny handel, który, na nasze szczęście, nie jest jednak zbyt nachalny. Po mieście z wpływami arabskimi spodziewałem się większej natarczywości sprzedawców, natomiast jest całkiem kulturalnie, może dlatego że żaden nie narzekał na brak klientów. W pobliżu katedry trudno też o porządną, hiszpańską knajpkę z tapas. Wszędzie jakieś wynalazki ze słodyczami, bary arabskie, mnóstwo herbaciarni i kawiarni. Ale na lepsze tapas trzeba się udać w innym kierunku – ja wybrałem południe i było poprawnie. Niestety, trzy polecane przez tripadvisora punkty były zamknięte i zadowolić musiałem się pierwszym lepszym przybytkiem. Oczywiście, jak w Maladze, po godzinie 20:00 jedyny czynny sklep jest prowadzony przez Azjatę… W tym czasie Hiszpanie siedzą w restauracjach, popijają cervezę, zajadają się tapas i rozmawiają dlaczego w kraju jest kryzys i bezrobocie.

Medresa/madrasa to przymeczetowa (jeżeli może być przyklasztorna to może być chyba też przymeczetowa?) szkoła. Ta w Granadzie była wybudowana dość późno, bo w połowie XIV w., więc poza naukami stricte religijnymi i związanymi z koranem, nauczała także matematyki (lub, z arabskiego, al-gebry), medycyny czy logiki. Dawniej były to szkoły czysto teologiczne i ten charakter podobno do dziś pozostał np. w Iranie. Po stu-kilkunastu latach, Grenada została odzyskana – w końcu rekonkwista – z rąk Maurów, ale początkowo pozwolono zachować temu budynkowi charakter szkoły. Jak wiemy jednak z historii, prawie wszystkie religie są źródłami konfliktu, a hiszpańska tolerancja wobec muzułmanów trwała niespełna 10 lat. Przymusowe nawrócenia spowodowały powstanie, w trakcie którego (w 1500 r.) wszystkie księgi spalono, a budynek zamieniono na halę miejską. Czy jest sens komentować kolejną zbrodnię na kulturze w imię religii? Chyba nie, wystarczy przypomnieć słowa nieśmiertelnego Stanisława Anioła, który – cytując z kolei pisarza Sofronowa – powiedział, że mądremu wystarczą dwa słowa, a głupiemu i referatu mało. Kiedy religia niszczy, jest to barbarzyństwo, bez względu na to, którego boga niosą na sztandarach.

Wejście do madrasy kosztuje dwa euro (ze zniżką dla studentów), a w cenę wliczony jest przewodnik. Grupy zmieniają się co 15 minut, więc bywa że mają 2-3 osoby. Niemal prywatny oprowadzacz po takim miejscu za kilka złotych? Jak za darmo i nie żal ani jednego eurocenta. Usłyszycie oczywiście znacznie więcej niż tutaj napisałem. Budynek jest doprowadzony niemal do idealnego stanu i jeżeli, jak ja, nie masz czasu zwiedzić Alhambry, medresa przy katedrze w Grenadzie stanowi dobre, choć malutkie, zastępstwo. Ponadto późniejsze dodatki, już z czasów hiszpańskich, głównie drewniana sala rady miejskiej również zasługują na uwagę.

Tak jak napisałem we wstępie – Grenada mnie urzekła i jestem zły na siebie, że spędziłem tam tylko dobę. Z drugiej strony mam nauczkę – to nie jest miejsce do odwiedzenia w lipcu. W godzinach późnego popołudnia, termometry potrafiły pokazać 40 stopni, a ja miałem wrażenie, że jestem jedynym idiotą na ulicy, który właśnie zwiedza. Przypuszczalnie maj, kiedy temperatura jeszcze nie przekracza 30 stopni i nie spada poniżej 20 jest idealny. Można samemu wejść na Sacromonte, zgubić się w uliczka Albaicin czy spędzić cały dzień w Alhambrze i poczuć się jak książe Oberyn Martell. Lub Żmijowe Bękarcice. To piękne miasto, pełne historii i zieleni i, jeżeli chodzi o Europę oraz pomijając mordercze temperatury, chyba byłoby moim wyborem do życia, gdybym musiał opuścić piękną, chociaż niewdzięczną, Polskę. Zabrzmi to dość ckliwie, ale Granadzie nie powiedziałem ‚żegnaj’, tylko ‚do zobaczenia’. Być może nawet wkrótce…

Zostaw Komentarz