Gdzie pić piwo we Wrocławiu?

Gdzie pić piwo we Wrocławiu?

zamieszczone w: Polska | 0

Kiedy zobaczyłem czołówkę google pod hasłem piwo we Wrocławiu, włos nieomal zjeżył mi się na głowie, a gdyby był dłuższy, z pewnością stanąłby dęba. Bo w większości lepiej wypromowanych linków, co oczywiste należących do większych koncernów prasowych albo zatrzymało się w okolicach roku 2007, albo – co jest bardzo popularne we Wrocławiu – produkuje artykuły sponsorowane. Ja skupię się na multitapach, oferujących nieco więcej niż koncernówki, bo przecież zgodnie z definicją, jeżeli knajpa ma cztery krany, a na nich Warkę, Warkę strong, Żywca i Okocim, to podchodzi już pod multitap. Takie lokale obchodzę szerokim łukiem. Wystarczy wejść bowiem w moją historię wypitych piw, by wiedzieć, co mnie interesuje.

Kontynuacja – tutaj wyjdzie moja obiektywność, niezależność dziennikarska oraz uczciwość. Bo „Kontynuację” polecić muszę, mimo że sam ją bojkotuję, zgodnie ze złotą zasadą świadomego konsumenta, czyli głosowania pieniędzmi.

Sam lokal jest o tyle ciekawy, że nawiązuje do bogatej historii Wrocławia. W XIX w. w niemieckim Breslau funkcjonowała prawie setka minibrowarów i większość karczm warzyła własne piwo. Wówczas, pochodzący z Norymbergi, kupiec Conard Kissling, wcześniej handlujący z Królestwem Polskim głównie tekstyliami, zdecydował się importować bawarskie piwo ‚echt Bayrisches bier’ do lokalu na skrzyżowaniu Rynku i św. Mikołaja. Wrocławianie od razu zakochali się w tym piwie, gdyż warzone było zgodnie z Reinheitsgebot – bawarskim prawem czystości piwa, podczas gdy napoje serwowane wówczas w knajpach pozostawiały wiele do życzenia. Nota bene, prawo czystości piwa zabiło wiele niszowych gatunków, które są obecnie reanimowane przez ludzi związanych z kraftem. Piwo od Kisslinga szybko zyskało sławę równą, legendarnej wówczas, Piwnicy Świdnickiej. Bogacący się niemal wykładniczo Kissling przeniósł się najpierw na Junkernstrasse (obecna Ofiar Oświęcimskich) by potem dokupić lokal na jednej z droższych ulic Breslau, co zresztą potwierdza jej nazwa – Konigstrasse – obecnej Leszczyńskiego. Zresztą do tej pory na portalu nad wejściem do tej pierwszej kamienicy znajduje się jego imię i nazwisko. Kisslingowie byli właścicielami majątku w Bagnie, upowszechnili we Wrocławiu omnibusy, a prawnuk Conrada brał udział w nieudanym zamachu na Hitlera (tym samym, na którego podstawie nakręcono niedawno Walkirię).

I stąd nazwa „Kontynuacja”, która ma być kontynuacją tradycji Kisslinga. Lokal nie mieści się w miejscu jednej z dwóch dawnych pijalni Kisslinga, jest na Ofiar Oświęcimskich, kilka numerów bliżej Świdnickiej i jest chyba największym multitapem we Wrocławiu. Zaraz obok znajduje się kilka restauracji serwujących jedzenie, do niektórych można nawet wnieść piwo z Kontynuacji, a jeżeli zdecydujemy się na spożycie przed lokalem, to możemy oglądać śmigające dookoła największe szczury we Wrocławiu ;) 18 kranów na górze, kilka dodatkowych w piwnicy, ale nie zawsze znajdzie się na nich coś ‚ludzkiego’. To nie jest miejsce, w które udajesz się z osobą nie przepadającą za piwną rewolucją. Bo o ile większość innych multitapów poszło po rozum do głowy i zawsze ma w ofercie jakiegoś krieka czy lambica, tutaj się o tym nie pomyśli. Nieraz widziałem wchodzące osoby płci pięknej, które zobaczywszy ofertę, natychmiast wychodziły.

Ale takie jest chyba założenie, przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. Lokal jest jednoznacznie ukierunkowany jeżeli chodzi o światopogląd piwny, stylistyczny i polityczny. I z dwóch ostatnich powodów go bojkotuję. Primo – bo jestem za gruby na hipstera. A wchodząc do ‚Kontynuacji’ mam wrażenie, że trafiam do miejsca, w którym obowiązuje broda, wąsy, szelki, rurki, wifebeater albo inne formy hipsterskiej mody. I hipsterskie poglądy, bo gdy właściciel browaru Ciechan, Marek Jakubiak, potępił pedałów, Kontynuacja jednoznacznie stanęła po drugiej strony barykady. Jasne, marketingowo to ma sens, bo i tak większość piwnej rewolucji to środowiska lewackie, popierające rozmaite dewiacje, które tylko przyklasnęły tej decyzji. Ale pewnie kilka osób się obraziło, tak jak ja. Bo wolę pójść gdzieś, gdzie nie obnoszą się z takimi poglądami, niż wspierać ludzi, którzy zamiast serwować piwo zajmują się polityką.

Ogólnie zatem – jest to multitap z największym wyborem we Wrocławiu i jeżeli nie przeszkadza komuś, że jest ewidentnie antypatriotyczny/prolewacki – powinien tam zajrzeć. W przeciwnym wypadku, jest wiele innych miejsc we Wrocławiu serwujących równie dobre piwo ;)

Marynka – do Marynki nie trafisz przypadkiem, bo lokalizacja tego pubu należy chyba do najgorszych z możliwych. Nie tylko jest poza głównymi szlakami pieszymi, ale żeby dostać się do samej bramy trzeba przejść niemal przez labirynt i poradzić sobie bez nici Ariadny. Idziesz po Kazimierza Wielkiego, skręcasz w ostatnią bramę przed Zamkową, przechodząc ciemną bramą mijasz wiele biznesów nie budzących zainteresowania, gdzieś tam czyha śpiący portier, którego mijasz z uśmiechem, wychodzisz na podwórko i już jesteś na miejscu. W środku bardzo sympatycznie, do dyspozycji osiem kranów plus butelki, a lodówka jest dobrze zaopatrzona. No i jest kuchnia. To znaczy nie wiem czy jest. Niby na facebooku jest, ale przy stoliku już menu nie było. Być może, jak z piwem, trzeba pójść sobie do baru i zamówić – jeżeli tak, jest to bardzo słaba opcja. Przestronność i czystość zdecydowanie na plus. Ilość kranów już nie tak bardzo – mogło być lepiej. Latem, jeżeli mają ogródek, może być naprawdę ciekawie.

Zaraz obok Marynki jest Graciarnia. Ze względu na dym tytoniowy w środku, otrzymuje wielki, murzyński, Sztywny Pal Azji ;) i do zestawienia się nie kwalifikuje. Niech gnije w XX w., gdzie jego miejsce.

4Hops – stosunkowo nowy lokal na wrocławskiej scenie, ale ma przed sobą świetlaną przyszłość. Głównym mankamentem wydaje się być lokalizacja – z dala od wszystkich szlaków pieszych miasta. Znajduje się bowiem przy samym końcu ul. Ofiar Oświęcimskich, niemal zaraz przy połączeniu z Oławską oraz Kazimierza Wielkiego. Ale jak najbardziej warto podejść, bo 16 kranów to chyba drugie miejsce we Wrocławiu, przynajmniej tak sugeruje ontap, a jeżeli ktoś ma pijalnię piwa z kilkoma kranami i nie ma go na ontapie, to chyba nie odrobił zadania domowego. Na kranach zawsze coś owocowego, przynajmniej tak zapewnia barman, zatem olbrzymi plus, a czasem pojawiają się prawdziwe perełki, zamiast standardowych produktów Lindemansa. Zresztą przeglądając fejsa czy ontap, widać że ktoś się stara i robi dobrą robotę. Są eventy, są premiery, jest stała współpraca z najlepszymi polskimi browarami (AleBrowar, Pinta). No i jest kuchnia, a to staje się coraz częściej ważnym elementem przy wyborze multitapu. Bo jeżeli mam pójść gdzieś zjeść i na piwo, to wolę nie zmieniać przybytku uciechy przy każdej z tych czynności. Do tego są, podobno, planszówki. Z utęsknieniem czekam na knajpę, która, na pohybel rządowym skurwysynom, zaoferuje możliwość partyjki w pokera. Wystrój lokalu jest, niestety, skandynawski. Przynajmniej dla mnie, ale na tym znam się tylko troszkę.

Tak naprawdę największym plusem 4Hops jest… samo istnienie. Jeszcze dwa lata temu na wrocławskiej scenie multitapów były chyba tylko trzy lokale, co przy stale rosnącej liczbie premier w  polskim browarnictwie było stanowczo za mało. O ile pamiętam rok temu było ponad, bez kozery powiem, pińćset, a w 2016 ma stuknąć tysiąc. Samych premier, a do tego są jeszcze stałe pozycje o uznanej marce i zagranica. Gdybyśmy zostali przy ok. 40 kranach w mieście, z pewnością byłoby za mało. Zupełnie inną sprawą jest, że nie każde z piw premierowych zasługuje by znaleźć się na kranie, ale to temat na osobny wpis.

Zakład Usług Piwnych – czyli popularny ZUP mieści się w podziemiach Pasażu Mikołajskim. A nawet można to określić lochach, bo atmosfera jest trochę ciężka, światła przebija się niewiele, a sale są raczej słabo oświetlone. Dwanaście dobrze zaopatrzonych kranów jest niewątpliwie sporym plusem, droga do kibla, zazwyczaj będącego w opłakanym stanie, tragiczna, bo z największej sali trzeba się sporo nagimnastykować, co po kilku mocniejszych piwach może się skończyć nieciekawie. Jest to też multitap, który idzie nieco w stronę pubu jest projektor, na których puszczają choćby Ligę Mistrzów. To nadal ewenement wśród multitapów. Ktoś powie – przecież idziesz na piwo o pogadać, a nie oglądać mecz. No, niekoniecznie. Czasem chcesz obejrzeć mecz przy piwie i poza domem. A o to ciężko, jeżeli nie chcesz siedzieć przy koncernowym sikaczu.

Pod Latarniami – nie za bardzo wiem jak zacząć, bo z jednej strony chce mi się od razu zjebać pub, który w swoim opisie na fejsie jako pierwsze zdanie podaje ‚najlepszy pub w mieście’, co absolutnie nie jest prawdą, a szczerze mówiąc to chyba w kategorii multitapów nie ociera się nawet o podium. Z drugiej jednak strony, lokal ma poważną przewagę nad konkurencją – mieści się w sercu miasta (Ruska, zaraz przy pl. Solnym), leje piwo rzemieślnicze, jest czynny do późna i ma kuchnię. No i mieli w ofercie ‚Preparat’ z Artezana, na który czaiłem się od dawna.

Pochwały, jak zapewne wiecie, są nudne, zatem wróćmy do wad. Dostałem ‚Preparat’ w temperaturze około 12 stopni, może nieco wyższej. Ok, przy barley wine jest to do zniesienia i w ramach domniemania niewinności uznam, że było nawet zabiegiem zamierzonym. Ale jeżeli w podobnej temperaturze zaserwowano by mi jakiegoś wita, to knajpa dostałaby karnego członka i wylądowała na shitliście z prędkością Usaina Bolta. No i najlepsze barley wine w Polsce dostałem w szklance do witbiera. Bez komentarza. Dwa – w „Pod Latarniami” są kelnerki, ale zainteresowane klientem nie są. A siedząc przez chwilę dawałem dość wyraźne sygnały oczne oraz gestykulację. Miałem krzyknąć? Być może moja sława kroczyła przede mną i wiedziano, że napiwku raczej nie będzie ;) Bo, i tutaj posłużą nam kluczowe słowa z powyższego filmiku, „words ‚too fucking busy’ shouldn’t be in waitresses vocabulary”. Generalnie z mowy ciała wyglądało tak, jakby kelnerki były w pracy za karę. Zresztą barmanka też. Można się zżymać na hipsterozę Kontynuacji, ale tam jest zawsze z uśmiechem. Oh, „Pod Latarniami” nie ma na ontap.pl, co dyskwalifikuje ten pub w walce o najlepszy pub w mieście, bo mamy rok 2016. A kranów jest tylko osiem, więc update strony nie powinien być trudny.

Podsumowując – jeżeli jest już po północy, chcesz coś zjeść i napić się piwa – idziesz tutaj, bo nie masz wyboru. W każdym innym przypadku, znajdziesz lepsze miejsce w każdym możliwym aspekcie. Nie polecam.
PS. A „Preparat” był co najwyżej średni, szczególnie w kontekście otrzymywanych ocen i hype’u.

Targowa – Craft Beer and Food – Czasem jest tak, że masz tak niskie oczekiwania, że recenzja potem wychodzi nad wyraz pochlebna, mimo że lokal do końca na to nie zasługuje. Pokazuje to też, że nie warto sugerować się recenzjami na necie. Czytając na fejsie co się w Hali Targowej wyprawia, byłem nastawiony raczej sceptycznie. Tym bardziej, że lokalizacja nie zachwyca. Jasne, zaraz obok jest jedno z najlepszych miejsc do parkowania w pobliżu centrum, ale przecież do multitapu nie przyjadę samochodem :) A już z komunikacją miejską jest ciężko, ale to ogólna bolączka Wrocławia. O ile do lokalizacji można się przyczepić, to sam  wystrój jest już jak najbardziej w porządku – wprawdzie mi nie przypadł do gustu kolor ścian, który można określić jako smutnoniebieski, ale słyszałem, że taka teraz moda.

Zacznę od kuchni – w sensie dosłownym. Nie wiem, może ja mam jakieś błękitnokrwiste podniebienie, ale dla mnie jedzenie było co najwyżej poprawne. Ekipa do testowania, z którą byłem, wyrażała się raczej poprawnie, ale jest to chyba kwestia wymagań wobec deski piwnej. Dla mnie masło czosnkowe nie było czosnkowe, było za to niejadalne i smakowało raczej jak czosnkowa margaryna, a chleb pod wieczór na pewno nie sprawiał wrażenia świeżego. Ale przecież nie przyszedłem tutaj jeść. I w momencie wyboru piw, zaczynają się jaja. 12 kranów, ale rotacja raczej słaba. Piwo, które piłem jest nadal, po tygodniu, na kranie, a już wtedy nie było nowością. Ok, być może zamówili dwie beczki, ale wtedy nie daje się ciągle tego samego. A może po prostu „Targowa” nie jest jeszcze dostatecznie znana by serwować imperial stout z browaru typu Evil Twin. I tu płynnie przejdziemy do cen, co zaraz pozwoli mi płynnie przejść do obsługi. Ale po kolei – przy każdym browarze podane były dwie ceny. Standardem w multitapach jest cena za małe piwo (zwyczajowo 0,3l czy tam 0,33l) lub normalne 0,5l. Tymczasem tutaj były ceny za 0,15l i 0,3l. Czułem się nieco oszukany, głównie w kwestii informacyjnej. Tym bardziej, że wcześniej chciałem wziąć deskę piw (5*0,15) i okazało się, że powyższego piwa w desce umieścić nie mogę. Zamówiłem więc inne – kelnerka wraca – tego też dodać nie mogę. Załamka. I nikt nie zaproponował mi – damy panu to piwo za dopłatą X zł. I tutaj przechodzimy do obsługi – pani kelnerka Karolina była bardzo miła, śliczna, sympatyczna, ogólnie przeurocza i, z nieznanych mi przyczyn, ciągle pytała mnie czy jestem szczęśliwy, ale powyższe błędy nie świadczą najlepiej o zarządzaniu w lokalu. Bo od jednej 0,15l droższego piwa w desce chyba „Targowa” by specjalnie nie zbiedniała. A jeżeli z 12 kranów dwa odpadają na piwa spoza oferty ‚deska’, to wybór zaczyna się robić dość wąski.

Natomiast jest jeden plus, który, mam nadzieję, nie jest incydentem – Targowa organizuje wydarzenia. No dwa wydarzenia, a w zasadzie to jedno, bo premiery Przekupki nie zaliczam do wydarzeń. Wieczór hiszpański z prawdziwym Hiszpanem (chociaż już mocno uwrocławionym) i tapas prosto z Półwyspu Iberyjskiego, dostarczanych przez firmę fukcjonującą w Hali Targowej. A ponieważ w Hali podobnych stoisk jest pod dostatkiem, nie obraziłbym się, gdyby analogiczne wieczory stały się wydarzeniami cyklicznymi. Szkoda tylko, że frekwencja nie zachwyciła. Na razie plus na zachętę. A lekko abstrahując, to fejs Targowej jest prowadzony bardzo profesjonalnie i należą się pochwały, bo wyraźnie ktoś się przykłada. Tutaj wielkie propsy.

Ogólne wrażenie raczej pozytywne. Aha – Craft Beer and Food, bo Piwo Rzemieślnicze i Jedzenie brzmi mało europejsko? Hmmm…

Szynkarnia – jeżeli gdzieś wcześniej pisałem o hipsteriozie, to tutaj jest lokal, który jest apogeum tego… hmm… zachowania? mody? choroby? Nie wiem do końca jak hipsteriozę określić. Jakieś produkty typu ser z koziego mleka z dodatkiem pyłku pszczelego albo kurczak z musem z batatów i sałatką imbirowo-porową. W ogóle dziw, że znajdzie się tutaj mięso, bo grupą docelową jeżeli chodzi o żywność wydają się być głównie wege-dziwacy, a ci, jak powszechnie wiadomo, do najbardziej tolerancyjnych nie należą. Ogólnie – to nie jest jedzenie do piwa. I jeżeli przymknie się oczy na menu oraz modę części klienteli, łączącą wygląd beja z ekskluzywnym żigolakiem lub czarodziejki z księżyca z francuską dziwką, to „Szynkarnię” naprawdę wypada pochwalić. Poza 14 kranami jest bardzo duża oferta piwa butelkowanego. To Ol, Brewdog, Evil Twin, Amager, Mikeller. No i oczywiście szeroki wybór polskiego kraftu. Ceny oczywiście z prawie dwukrotną przebitką sklepowych (a sklep kraftowy jest jakieś sto sążni dalej), ale to nic nadzwyczajnego.

Jeden wielki minus – w piwnicy (bo lokal ma trzy kondygnacje) nie ma zasięgu, więc nie można skorzystać z ontapa. Kelnerka nie wie co jest na kranach, a menu jest mocno zdezaktualizowane. Za to można popatrzyć na ludzi pijących piwo przy wyjściu z kibla. Ciekawe jakie aromaty dochodzą do nich ze sniftera ;)

I muszę przyznać, że jest to chyba najbardziej oblegany multitap we Wrocławiu. Łatwiej o miejsce w Kontynuacji niż tutaj. A to o czymś świadczy. Z drugiej strony – nieraz widuje się samotne paniusie siedzące przy 6-osobowym stole, zapatrzone w książkę. Pewnie ciche dni w domu z kotem. A dosiąść się oczywiście nie można, bo będzie foszek i awantura.

Lamus – do Lamusa z kronikarskiego obowiązku wybierałem się przez ponad miesiąc. I nie dotarłem. Ani razu ich ontap nie zachęcił mnie piwem, dla którego specjalnie bym się tam udał. A i lokacja, czyli nasyp, do najprzyjemniejszych wizualnie nie należy. Jeżeli kiedyś pójdę, z pewnością zrobię uaktualnienie.

Academus – Academus jest definicją przeciętności. To niekoniecznie jest wada, ale zaleta też na pewno nie. Spójrzmy na przykład na osiem kranów (dostępnych tylko na fejsie, na ontapie nie uświadczysz) – dwa Ambery, Shepherd Neame, Weisel, Lindemans. Powiedzmy że absolutna klasyka każdego kraju. No, może poza Polską ;). W środku jest raczej ciasno i to nie ze względu na ilość stolików – Academus mieści się w bardzo wąskiej kamieniczce, więc jak ktoś stoi w korytarzu, to już zaczyna się robić mało miejsca. A kiedy niosę piwo, zwłaszcza po wcześniejszej… ekhm… degustacji kilku innych, to wolę mieć większą przestrzeń ;) Wydaje mi się, że to dobre miejsce na randkę i to z dziewczyną, która nie przepada za kraftem. Ale co ja tam wiem o randkach… Jak szukasz kraftowego piwa – nie tutaj.

Włodkowica 21 – Oczywiście nie może zabraknąć też miejsc, w których piwa pić nie należy. A tutaj zdecydowanie przed szereg wysuwa się Pub Włodkowica 21, dumnie błyszczący napisem ‚Doctor Brew’. Mój stosunek do tego browaru znacie, a jeżeli nie, to zaraz poznacie, ale opinia poniższa powstała we współpracy z dwoma innymi piwnymi geekami (wróć, z piwnym geekiem i piwnym Sasquatchem), stąd jest stosunkowo obiektywna.

Złotą zasadą przy ocenach restauracji jest, że poziom czystości toalety można ekstrapolować do czystości innych miejsc w lokalu. W takim przypadku, należałoby Włodkowica 21 natychmiast opuścić. Kibel zapchany papierem, zaszczany i nie tylko i mocno śmierdzący – bardzo dobrze, że poszedłem do niego już po wypiciu piwa, bo inaczej chyba bym go nie dopił. Sam wystrój mocno surowy, ale akurat nie ma to dla mnie znaczenia, jak wyżej zaznaczyłem.

Przejdźmy zatem do najważniejszej części, czyli kranów. No i jest lipa. Multitap dysponuje 12 kranami, z tego trzy były puste, na sześciu Dr Brew (w tym na trzech wg tablicy są butelki, zatem kran znów pusty), a oprócz tego Holba, Litovel miodowy i Wąsosz Pszeniczny. Ok, wybieram sobie piwko, a pani kelnerka mi mówi – przepraszam, ale nie jest podpięte. Aha. Multitap, w którym ponad 50% kranów jest nieczynne. Awesome! Rozumiem, że jest to pub firmowy Dr Brew, więc innego kraftu polskiego się nie promuje, tak? Albo po prostu zamiast inwestować w cudze beczki lepiej zrobić n-tą recenzję sponsorowaną u pewnego znanego blogera, bo ten, odpowiednio zmotywowany, zawsze powie, że piwo jest dobre, albo po prostu nie puści recenzji. Ale jeżeli już jest się tak bardzo w kontrze do reszty polskiego kraftu, może warto dać na krany coś zza granicy południowej lub zachodniej. Choćby Matuske. Albo jakiś ciekawy styl z Niemiec. A tak mamy do wyboru albo takie samo piwo w X odmianach (nie oszukujmy się, piwa Dr Brew są tak przechmielone, że różnice między nimi są nikłe), albo koncern. No to ja wybieram się więcej na Włodkowica 21 nie pojawić, bo obecnie pub nie przyciąga ani lokalizacją, ani ofertą, ani warunkami sanitarnymi. Karny jeżyk.

Browar Złoty Pies – Mający niedawno premierę „Browar Złoty Pies” z trudem łapie się do kategorii multitap. Umiejscowiony w kamienicy na rogu Rynku i Wita Stwosza, nawiązuje do dawnych tradycji browarnictwa, gdy większość pijalni produkowała własne piwo. Niestety, nawiązuje też do tego, że zazwyczaj piwo to było fatalne. Ale po kolei. Wystrój jest fenomenalny – może nieco za ciemny, ale nie można tutaj niczego zarzucić. Może jest trochę za ciemno, ale ten półmrok dodaje klimatu, takiego industrialnego wnętrza browaru. Jest przyjemnie i przestronnie, tylko nie rozumiem dlaczego właściciel nienawidzi swoich pracowników. Uwaga, panie właścicielu/menadżerze, dziewczyny mają cycki! I cycki są fajne. Każdy pijąc piwo lubi popatrzeć na cycki. Nawet inne dziewczyny. A tutaj koszula, kołnierzyk, krawat, szelki. To nie przedwojna. Ale nieważne… Natomiast gdybym miał robić rankingi czystości kibli, to Złoty Pies mógłby z pewnością powalczyć o czołowe miejsce. Nie tylko wśród browarów. Ale żeby pójść do kibla trzeba najpierw coś zjeść lub wypić. I tu zaczynają się problemy.

Bo o ile zjeść można dość smacznie, to na pewno najeść się już nie można. A przynajmniej nie standardowymi porcjami. Jasne, smalec ocierał się o mistrzostwo świata i prawie dorównywał domowemu, ale deska piwna jeżeli miała być dla czterech osób, to chyba jeżeli dwie nie jedzą, zgodnie ze złotą prezydenta, co to tańczył na grobach w Katyniu, że litr wódki na dwóch jest ok, pod warunkiem że jeden nie pije. Ale to browar, więc pożywienie jest tylko dodatkiem do dania głównego. A weizen z Browaru Złoty Pies zdobył srebrny medal na ostatnich Poznańskich Targach Piwnych w kategorii hefeweizen. No i teraz tak – albo na targi poszedł inny browar niż jest lany w lokalu, albo konkurs powstaje, jak modnie się mówi w polskich internetach, „we współpracy” – zresztą polecam sprawdzić organizatorów, albo do konkurencji nie zgłosił się żaden porządny weizen. A tych w tym roku w Polsce wyszło niemało.

W browarze można kupić cztery piwa – czeski lager (12), który jest chyba najlepszy ze wszystkich oferowanych piw, mimo że nie użyto mojego ulubionego Zateca. Marcowe/amber – jak to marcowe, prawie w ogóle niepijalne. Wyżej wymieniony weizen, który jest strasznie wodnisty, w ogóle nie ma ciała i aromatu. Nie umywa się do Paulanera, nie mówiąc o Polskiej Pszenicy z Redena czy Pszenicznej Bombie. No i IPA. Ale to raczej LIPA. Czyli, by nie być złośliwym, light/lager IPA. Nic się nie dzieje w tym piwie. Naprawdę. 60 IBU, nowozelandzkie chmiele, a powstał mocny full. I to przy cenie 14 zł za 0.4l. Seriously? Czyli jakieś 17,50 zł za 0.5l IPY z dolnej półki. Ktoś chyba chce wydoić krowę o wdzięcznej nazwie ‚piwna rewolucja’. Zachłanność ludzi nie zna granic. Jeżeli Pinta może zrobić jedne z lepszych piw w Polsce, pokryć koszty transportu, a puby sprzedają po 12-13 zł za 0.5l i nadal mają zysk, pewnie niemały, to komuś tutaj pieniądze przesłoniły rzeczywistość. I oby mu te monety stanęły w gardle. Bo piwo nie stanie – ma za mało treści.

Złoty Pies będzie jednym z najpopularniejszych lokali w mieście, bo ma dobrą drogę marketingową, którą poznałem trochę od innej strony. Za to na razie nie napijecie się tutaj dobrego piwa. I przypuszczam, że dopóki będzie to właśnie tylko produkt marketingowy nastawiony na przeciętnego piwosza, który wychował się na Żubrze i paluszkach, to jakość piwa się nie zmieni. Bo można serwować półprodukt, a kasować jak za porządny browar rzemieślniczy. Hajs się zgodzi, a przeciętny piwny Janusz i tak nie zauważy różnicy, bo przecież w Spiżu czy Bierhalle leją to samo ;) Ja natomiast w Browarze Złoty Pies byłem dwa razy – pierwszy i ostatni.

Spiż – nie mam zielonego pojęcia, co kieruje ludzi do Spiża, ale na pewno nie jest to dobre piwo. Przypuszczam, że kluczową rolę odgrywa tutaj lokalizacja, bo rzeczywiście jest to samo serce rynku. Sęk w tym, że jak w wielu przypadkach, można chyba nawet powiedzieć, że jest to norma, to co jest w chodliwym miejscu, nie zawsze jest najlepszej jakości, bo ma się sprzedawać masowo. Ponadto dawniej, przed czasami rewolucji piwnej, w zamierzchłych początkach XXI w., Spiż mógł rzeczywiście oferować bardzo dobre piwo, w stosunku do tego, co posiadają na rynku. Obecnie, nie różni się niczym od koncerniaków.

W zeszłe wakacje wyciągnięto mnie tutaj na piwo, chociaż broniłem się rękami i nogami. No ale ok. Siedzimy 5-10 minut, kelnerce nie chciało się podejść, więc sam się ruszyłem, a tam w menu – m.in. piwo czekoladowe. Pytam: „czy to piwo to jakiś stout?”. Kobieta pod mocnym tapirem, wyglądem i zachowaniem przypominającą raczej babcię klozetową niż pracownicę w branży spożywczej patrzy na mnie i mówi: „co?!??”. Tak, w Spiżu właśnie tak odnosi się do klienta. Okazało się, że jest to ciemne piwo z aromatem czekoladowym. No, proszę państwa, browarnictwo najwyższych lotów :) Do tego dostałem kanapkę ze smalcem – foodpairing jak ta lala :D i słysząc „proszę”, poczułem się jakbym dostawał gryczaną w „Wiktorii”.

Och, jeżeli nie smakuje wam piwo ze Spiża, możecie zamienić je na coś z kompanii piwowarskiej, czyli coś jeszcze gorszego :D Mój werdykt jest tylko jeden – obchodźcie ten lokal szerokim łukiem. Słabe piwo i żenująca obsługa to wystarczająco odpychająca kombinacja.

Bierhalle – w zasadzie, gdybym zrobił kopiuj/wklej opisu Spiża, nie miałbym sobie wiele do zarzucenia. No, może poza zachowaniem sprzedawczyni, chociaż w Bierhalle, w której byłem dawno temu, też specjalnej otwartości i ciepła nie uświadczyłem. Zresztą widać, że w Bierhalle żyją przeszłością, po wejściu na jedną z zakładek na ich stronie. „W ciągu zaledwie trzech ostatnich lat piwo Bierhalle otrzymało ponad 50 nagród” – a tutaj nagrody z lat 2008-2011 :D Czy znów mamy 2011? Bo obawiam się, że teraz Bierhalle musiało by stworzyć własny konkurs, by dostać jakąś nagrodę. Ot, zupełnie jak w boksie, gdzie prawie na każdego boksera przypada jedna federacja.

Bierhalle żyje z turystyki i nieświadomych konsumentów. 0.4l w cenie 9 czy 10zł takiego piwa jest niemal kradzieżą. Szczerze odradzam.

Czy coś pominąłem – pewnie tak – rzadko zapuszczam się już w okolice placu Grunwaldzkiego, większość wymienionych tutaj miejscówek jest w okolicach rynku, ale nie ma co się oszukiwać – nikt nie pojedzie specjalnie na piwo na drugi koniec miasta. A targetem tego wpisu są raczej turyści lub osoby nie znające sceny piwnej Wrocławia bardzo dobrze. Nawet taki lekki clickbait, bo przecież każdy pijący kraft doskonale zna większość z tych lokali. I pewnie o większości ma diametralnie inną opinię :)

PS. Okej, wobec Złotego Psa byłem nieco zbyt surowy – ten browar jest level wyżej niż Spiż i Bierhalle, ale nietrudno być orłem na tle kaczek.

Zostaw Komentarz