Eilat – Timna Park

Eilat – Timna Park

zamieszczone w: Azja | 0

Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem pustyni, ani skalnych parków krajobrazowych. Ot, piasek albo skały po horyzont. I wymyślne formacje skalne, które mają przypominać coś, czego zupełnie nie przypominają. Albo miasteczka skalne w Czechach czy Szwajcarii, które w skrócie można opisać – zobaczyłeś jedno, zobaczyłeś wszystkie. Może trzeba być miłośnikiem geologii, bo szeroko pojętej natury jestem, a sam wyjazd do Timna Park specjalnie mnie nie ekscytował.

Ale jako że mieliśmy samochód, a okazało się że, poza leżeniem na plaży, w Eilat nie ma specjalnie co robić, TripAdvisor przyszedł z pomocą – druga największa atrakcja w pobliżu to, leżący około trzydziestu kilometrów na północny-zachód od miasta, Timna Park oraz znajdujący się nieopodal Czerwony Kanion. I teraz klasyczny wywód, zdarzający się od czasu do czasu, który może nawet się już gdzieś przewinął. Małe kraje mają zazwyczaj małe atrakcje. A że także chcą zarobić na turystyce, to pompują ich wartość, tworząc nie do końca zasłużony szum. Koronny przykład tego miałem na Cyprze, nie inaczej jest tutaj.

Broszura opisuje to miejsce, jakby należało niemal do cudów świata. Pierwszym zaskoczeniem przy wjeździe jest rozmiar tego miejsca. O ile nie jesteście zapalonymi rowerzystami (te są do wypożyczenia na miejscu), podróże piesze między poszczególnymi interesującymi punktami potrafią być, nie bójmy się tego słowa, nudne i długie. Pamiętajcie też, że nie ma tutaj żadnej komunikacji, więc poza dojściem do celu, trzeba także wrócić. Ale wróćmy do wejścia. Bilet kosztuje 45 szekli (studencki 35) i jest, to istotne, ważny trzy dni. Wystarczy zatem dogadać się na przykład z kimś w hostelu i już macie coś taniej. A zanim zaczniecie krzyczeć o cebulactwie – w kraju, w których średnie zarobki to 250% naszych średnich, odrobina cwaniactwa nie zaszkodzi. Wypożyczenie roweru za 10 szekli za godzinę ma nieco sensu, ale główny szlak (15 km) potrafi być w kilku miejscach uciążliwy, szczególnie jeżeli jeździcie głównie po mieście. Bo tutaj nie mamy do czynienia z klasycznym off-road’em, ale też nie poruszamy się tylko po asfalcie.

Samochodem zaś to niemal klasyczna podróż od punktu do punktu, wysiadka, fotka i jazda dalej. Od czasu do czasu można dostrzec rozmaite zwierzęta i jest to jeden z najjaśniejszych punktów całej imprezy. Nawet jeżeli tych zwierząt nie ma aż tak wiele i ich egzotyka nie poraża, przyjemnie jest poczuć się niemal jak na safari (tutaj przypominam – tolerujemy safari tylko z obiektywem!). A samo dostrzeżenie zakamuflowanych zwierząt już samo w sobie jest nie lada wyczynem.

Jeszcze może o samej infrastrukturze miejsca, bo prędzej czy później dojedziecie do końca wycieczki, czyli oazy. W sumie trudno powiedzieć, czy to początek czy koniec, osoby zostające „na dłużej”, tutaj właśnie mogą rozbić namiot. Tutaj także zaczyna się kilka szlaków oraz wycieczek z przewodnikiem. Miejsce namiotowe oczywiście nie jest za darmo, ale warunki wyglądają całkiem znośnie. Jeżeli chcesz spędzić noc na pustyni w kontrolowanych warunkach – to dobre miejsce. A dla miłośników luksusu są też pięciogwiazdkowe namioty z mięciutkimi materacami rozmiarów królewskich, toaletami, prysznicami z ciepłą wodą. Na bogatości! Tylko po co…

Samo jezioro jest tworem sztucznym. No, podobno kiedyś była tu prawdziwa oaza, ale jeżeli rzeczywiście zniszczono ją, powiększono i stworzono sztuczny zbiornik na potrzeby turystyczne – to barbarzyństwo. Nawet jeżeli służy dzikim zwierzętom jako wodopój, a ludziom do pływania rowerami wodnymi (swoją drogą rowerami wodnymi się jeździ czy pływa? :|). Zaraz obok jest restauracja, gdzie za darmo dostaniecie herbatę miętową, a za ciężkie pieniądze posiłek. W niedalekim sklepie jest do kupienia spora gama biżuterii i rozmaitych przedmiotów z miedzi oraz kamienia. Dzieci (oraz dorośli) mają także do dyspozycji cztery kolory piasku, który można sobie wsypać do otrzymanej plastikowej buteleczki i zachować na pamiątkę. Fajna zabawa, jeżeli masz osiem lat ;)

A same formacje skalne na ternie całego parku? Bez dwóch zdań najbardziej urzekły mnie Słupy Solomona. Głównie ze względu na swój ogrom i wygląd, który przypomina wejście do zapomnianej krainy, tajemniczych podziemi czy samego Hadesu. Wysokie na jakieś czterdzieści – pięćdziesiąt metrów (chociaż przyznam, że w tej dziedzinie straszna ze mnie noga, nigdy nie potrafię ocenić wysokości budynków). Według legendy, miało to być wejście do kopalni króla Solomona, które prawdopodobnie nigdy nie istniały i dla odkrywców z XIX i XX w. pełniły podobną rolę, co El Dorado dla konkwistadorów. Kopalnie były spopularyzowane głównie dzięki książkom H. Ridera Haggarda, twórcy postaci Allana Quatermaina, którego osoby w moim wieku mogą znać także jako Seana Connery’ego w Lidze Niezwykłych Dżentelmenów. Akustyka Słupów jest niezwykła, dzięki czemu latem odbywają się tutaj koncerty oraz pokazy świetlne.

Dalej na północ znajdziecie prawdziwe kopalnie króla Solomona, przynajmniej w teorii najbardziej pasuje to do legendarnych opisów. Są to niemal na pewno najstarsze kopalnie miedzi w historii ludzkości, datowane na – w zależności od źródeł – nawet do ponad tysiąca lat przed naszą erą. Miedź pełniła wtedy naprawdę istotną rolę, bo była bardzo kowalnym metalem, a jej złoża były bardzo rzadkie. Stąd możliwość kucia miedzianych narzędzi (i broni) dawała przewagę nad sąsiednimi plemionami. Epoka żelaza dopiero się rozpoczynała, stąd możliwość korzystania ze sprawdzonych stopów pozwoliła właśnie królom Salomonowi i Dawidowi zbudować Królestwo Izraela. Obecnie kopalnie są częściowo udostępnione dla zwiedzających i mogą tylko śmieszyć, bo czymże jest kopalnia na głębokości kilku metrów, ale jeżeli spojrzeć na to z perspektywy czasu…

W kilku miejscach są inne pozostałości archeologiczne. Między innymi resztki kapliczki egipskiej bogini Hathor, w skrócie egipskiego odpowiednika wenus, bogini uciech i muzyki, która w pewnych miejscach pełniła inne role – właśnie nad Morzem Czerwonym funkcjonowała jako opiekunka kopalń. Znajdziemy też hieroglify na skałach, bardzo trudne do odczytania bez odpowiedniego światła, ale nieocenione źródło wiedzy o historii i życiu dawnych ludzi.

Podróżując po kanionie można dostrzec też szereg twarzy i sylwetek wytworzonych przez naturę w skałach. Grzyb, Krokodyl, Leżący Lew, Kaczka, Sfinks, Kielich oraz największa atrakcja parku – Łuki (the Arches) to tylko część kształtów, którym nazwy nadaje ludzka wyobraźnia i ciekawą zabawą jest gdy do partnera mówisz ‚ej, a to nie wygląda trochę jak słoń?’ i w odpowiedzi słyszysz ‚ty to jednak głupi jesteś’.

I teraz podsumowanie, które już gdzieś w tekście padło. To jest geopark na miarę możliwości. Najlepsza atrakcja – poza plażami – jaką okolica jest w stanie zaoferować. Tak naprawdę ani unikatowe, ani wybitnie piękne, ani naprawdę ważne z historycznego punktu widzenia. Można przyjechać, ale jeżeli macie specjalnie w tym celu wynająć samochód – nie warto.