Eilat – Największa atrakcja, którą możesz mieć za darmo

Eilat – Największa atrakcja, którą możesz mieć za darmo

zamieszczone w: Azja | 0

Eilat stał się ostatnio bardzo popularnym kierunkiem, ze względu na otwarcie lotniska Ovda dla Ryanaira. O samym miasteczku, zdecydowanie nie wartym odwiedzenia, napiszę przy okazji innego wpisu, zaś tutaj o rafie koralowej oraz drugą, według tripadvisora, atrakcją okolicy – The Underwater Observatory Marine Park. Czyli typowym przykładzie, jak niszcząc przyrodę próbuje się pokazywać i chronić przyrodę. Taki paradoks.

Zanim jednak zaczniecie czytać ten tekst pamiętajcie o paru rzeczach – jak pisałem w poprzednim tekście – bardzo cenię wolność. Nie tylko i ludzi, ale również zwierząt, stąd zamykanie ich w klatkach dla naszej uciechy uważam za barbarzyństwo. Nawet jeżeli daje to pozorne przedłużenie istnienia gatunku. Po drugie – mam już ponad trzydzieści lat i coś tam już widziałem, na żywo bądź w telewizorku, zatem nie wystarczy pokazać mi kolorowej rybki w trochę większym akwarium, żebym od razu piał z zachwytu. Tym bardziej, że dzień wcześniej bawiłem się w snorkeling nie dalej niż kilometr od obiektu, będącego tematem tego wpisu.

Na miejsce dojeżdżamy o 10:00 w niedzielę (wbrew pozorom, niedziela jest pierwszym dniem roboczym w tygodniu, nie jest to więc najgorszy wybór), aby zdążyć na pierwsze karmienie mieszkańców akwarium. Akurat jest jeszcze miejsce na parkingu przy ulicy (legalny parking pod obiektem kosztuje 5zł za godzinę) i czym prędzej udajemy się do kasy. Po co? Przecież są bilety online! Tańsze. I dzień wcześniej je kupiłem. No właśnie… nie wiem czy je kupiłem. Bo, i jest to bolączka większości usług w Izraelu, wszystkie komunikaty są w języku hebrajskim, bez możliwości zmiany. Stąd po wyborze odpowiednich biletów, wpisaniu danych karty kredytowej, miałem do wyboru dwa przyciski. Po naciśnięciu jednego z nich, pokazał się zapisany czerwonymi literami komunikat i mogłem już zamknąć okno, bo nie chciałem zaryzykować, że kupię bilet po raz drugi. Przy kasie okazało się, że rzeczywiście, rozpocząłem proces zakupu biletów, ale go nie ukończyłem. Pięć złotych zniżki na bilecie poszło zatem się je… odeszło do valhalli. Trudno.

Ceny biletów zasmucą obywateli nadwiślańskiego kraju. 99 szekli (przypominam, że w zasadzie 1 szekla = 1 złoty) za samo wejście, dodatkowo 35 za rejs łodzią z przezroczystym kadłubem oraz 10 szekli za wejście do oceanarium. To ostatnie w ogóle wybijcie sobie z głowy. Lepiej zobaczyć w domu serię Błękitna Planeta z BBC. Taniej, bardziej komfortowe warunki, bo nie ma wydzierających się bachorów czy włączonej klimatyzacji, która przy 25* na zewnątrz jest po prostu zbędna i w trakcie seansu robi się zimno. Pierwsze cięcie kosztów za nami. Wycieczka łodzią… Hmmm… Część fotek tutaj pochodzi właśnie z tego rejsu, ale nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że było warto. Płynie z nami przewodnik, który na bieżąco opowiada co się dzieje wokół, ale nie słychać go, bo… Tak, zgadliście. Bachory. Drą mordę, machają łapami, chrupią czipsami, szturchają się. No Chryste Panie! I jeszcze jakaś matka do mnie ‚czy mógłby się Pan przesunąć, bo moje dziecko chce teraz oglądać z tej strony?’. ‚Nie, kurwa, nie mógłbym. Bo też zapłaciłem za bilet i też chcę zobaczyć!’ No ja pierdolę. Tak jak w saunariach bywają dni tylko dla pań, żeby mogły sobie swobodnie i bezwstydnie paradować z cyckami na wierzchu, tak w obiektach turystycznych powinny być dni bez dzieci z zakazem wstępu dla osób poniżej 15 lat. Zapewniam, że byłyby oblegane.

O wszystko, co chciałem dopytałem się przewodnika po zakończeniu rejsu. Między innymi o rafę koralową po jordańskiej stronie zatoki. Bo w głowie mi się nie mieści, że ledwie pięć kilometrów dalej, przy analogicznych warunkach, nie powstała rafa. Cóż – rafa na pewno była, prawdopodobnie jest dalej, ale Izrael nie posiada oficjalnych informacji o jej stanie, a mówi się że w Jordanii dużo mniej dba się o środowisko. To akurat może być propaganda, choć z drugiej strony, widziałem notorycznie pracujące kominy na jordańskim wybrzeżu. Może więc jest coś na rzeczy? Pamiętać jednak należy, że także po izraelskiej stronie o ochronie rafy przypomniano sobie dopiero niedawno, kiedy skurczyła się z czternastu do niewiele ponad jednego kilometra łącznej długości. Izrael tak mocno promuje swoją rafę, bo mają jej naprawdę niewiele, podobnie jak Jordania, podczas gdy leżący nieopodal Egipt w ogóle tej rafy nie promuje, bo mając linii brzegowej tyle, co piasku na pustyni, posiada dużo atrakcyjniejsze miejsca do nurkowania. Wracając jednak do rejsu – nie upierałbym się przy nim. Można, nie trzeba, bo to samo widać kiedy zejdzie się do podwodnego obserwatorium.

Bo to właśnie ono jest największą atrakcją kompleksu. I niech posłuży to za ocenę jak atrakcyjny jest cały park wodny. Taras na wysokości około sześciu – ośmiu, może dziesięciu metrów wysunięty, jak cała budowla, jakieś czterdzieści metrów w głąb morza. Widoczki owszem, ładne, można bez problemu popatrzeć sobie na wybrzeże Jordanii, a jeżeli jesteście bystrzy, dostrzeżecie nawet kilka powiewających flag. Rafa z wysokości również prezentuje się naprawdę pięknie i daje przyjemną kontrę do błękitu wody. Ale jest tutaj ciaśniej niż na najwyższym poziomie Wieży Eiffla. A cała akcja wygląda tak, że każdy wchodzi, robi fotkę/selfie i wychodzi. No to schodzimy pod wodę.

I, jak wszędzie indziej, jest bardzo tłoczno. Nie wiem ile tam jest powierzchni, sądzę że niewiele ponad 40 metrów kwadratowych, a na nich co najmniej pięćdziesiąt osób. Możecie sobie zatem wyobrazić, jak trudno dopchać się do jakiekolwiek okna. Myślicie, że zobaczycie na przykład to, co na zdjęciach poniżej? Bo właśnie dwanaście zdjęć na dole pochodzi z podziemnego obserwatorium. A skądże! Te zdjęcia to efekt filtrów w aparacie i późniejszej obróbki w fotoszopie. Na miejscu wszystko jest w odcieniach błękitu i brudu. Najpiękniejsze w rafach koralowych jest bogactwo koloru zarówno wśród koralowców, jak i wśród ryb. Tymczasem zamiast jak Kapitan Nemo, czułem się gdybym oglądał film przyrodniczy na starym telewizorze marki Рубин. Zniekształcenia kolorów, raczej dość ciemno, przy mniejszych okazach nie wiesz czy to brud na szybie czy ryba. No i te wszechobecne dzieci, które wpychają się przed ciebie bez pardonu.

Dramaturgii dodawało to, że dzień wcześniej zaliczyłem prawie wszystkie plaże Eilatu, mając ze sobą maskę i fajkę do nurkowania. I w zasadzie wszystko to, co było pod wodą w pobliżu obserwatorium widziałem na żywo. Błazenki, papugoryby, węgorzyki, fistulki, skrzydlice. A ja ledwo pływam, nie mówiąc o nurkowaniu! Poważnie, to co odpierdalam w wodzie bardziej podpada pod kategorię dryfowanie, boję się zatem zapuszczać dalej niż kilkanaście metrów od brzegu, wszystko robię powoli i niemalże z pietyzmem. Nie trzeba zatem mieć nieprzeciętnych umiejętności, pływać kilkoma stylami, ani posiadać kupę najnowszego sprzętu. I masz to za darmo, bez tłumów (w grudniu, czyli poza sezonem, obawiam się że w czasie sezonu plaże też są pełne), z większym wrażeniem rzeczywistego przebywania z naturą.

Co jeszcze rozczarowuje? Wyjdzie na to, że wszystko, bo także karmienie, łączone z kilkoma słowami od pracowników oceanarium, że tak to ujmę lirycznie – ssie pałkę. Przede wszystkim – jest po hebrajsku, a po angielsku personel tylko powtarza, żeby w razie pytań przyjść do nich po wszystkim i porozmawiać. I to byłoby naprawdę super, ale kiedy podejdziesz zapytać, zazwyczaj dostajesz szybkie słowa sugerujące żebyś się odwalił, bo jeżeli po hebrajsku ktoś nawija przez prawie pięć minut przed akwarium, a tobie odpowiada mniej więcej w ten deseń: ‚nooo, tutaj pływają czerwone rybki, one jedzą glony i już nigdy nie będą większe’, to mam wrażenie że jestem turystą drugiej kategorii. A już doprawdy setnie wynudziłem się przy otwieraniu małży z perłami. Pani przez 15 minut dziamgotała po hebrajsku (z tego połowa to było uciszanie dzieci), po czym wzięła nóż, otworzyła małżę i koniec imprezy! Wooot! Takie atrakcje to ja mogę sobie zorganizować sam po zakupach w makro.

Akwaria w całym kompleksie, bo poza związanymi z rafą koralową Morza Czerwonego są także dotyczące Amazonii oraz żółwi morskich, nie imponują. Nie wiem czy przeskakują znacznie ponad poziom specjalistycznych sklepów dla akwarystów, ale niemal na pewno zostają w tyle za wrocławskim zoo. Ok, można dłużej posiedzieć przy wielkim akwarium z rekinami (także rybami-młotami i płaszczkami) lub przejść tunelem znajdującym się w tej samej hali, ale żeby się zachwycić, musiałaby to być moja pierwsza styczność z rafami.

Ach – jeszcze jedna ważna rzecz – byłem w grudniu, czyli zimą, gdy słonko przyjemnie grzeje i mamy w dzień jakieś 25-28 stopni. I już wtedy w największym akwarium kombinacja wilgotności z kiepską klimatyzacją dawała specyficzną atmosferę. Nie chcę wyobrażać sobie, co musi dziać się latem, przy 40 stopniach.

Wyszliśmy raczej zniesmaczeni. Nie dość, że wydaliśmy ponad 250 złotych za dwie osoby, a zabawiliśmy tam niecałe trzy godziny, to jeszcze wychodziliśmy w zasadzie znudzeni i kilka razy przewinęło się ‚chodź, zostawiamy to i jedziemy na plażę’. Może za połowę tej ceny, wycieczka ocierałaby się o granicę sensowności?

W skrócie – jeżeli nigdy nie byliście w podobnym przybytku, bądź jesteście zatwardziałymi marinistami i nie żal wam stówki za osobę – idźcie. W każdym innym przypadku, po prostu wypożyczcie sprzęt do snorkelingu (cena to zazwyczaj jakieś 25 złotych za dobę) i udajcie się na jedną z plaż, by zobaczyć to samo bez oddzielającego szkła.