Egipt – Różne oblicza biedy

Egipt – Różne oblicza biedy

zamieszczone w: Afryka, Egipt | 0

Od czasu kiedy zobaczyłem świat w innym medium niż telewizorek i programy podróżnicze Wojciecha Cejrowskiego (tak, WC podróżnika lubię, WC szydercę w WC Kwadransie lubiłem, WC nawiedzonego katola nie znoszę), zmieniły mi się poglądy na wiele rzeczy. Przede wszystkim na znaczenie słów ‚trzeci świat’ oraz bieda. Biedę inaczej zdefiniuje się w Niemczech, inaczej w Polsce, a inaczej w Tajlandii czy Egipcie. A wiecie, co jest moim zdaniem najlepszym wyznacznikiem biedy i rozwoju cywilizacyjnego? Jak wygląda typowa wieś i żarcie uliczne.

Żarcie uliczne, bo z definicji ma być najtańszym jedzeniem, na które może sobie pozwolić każdy. W Polsce taką funkcję pełnią raczej bary mleczne, bo food trucki, które na zachodzie są definicją taniego żarcia, zostały u nas zdominowane przez rozmaitych hipsterów i, mimo szeregu ulg podatkowych, mają ceny z kosmosu. Przynajmniej patrząc z perspektywy przeciętnego zjadacza chleba. Efektem tego jest zanik kultury jedzenia na mieście, który wytworzył się u nas po czasach okupacji sowieckiej. Stołówki, jako swoisty synonim klasy robotniczej, stały się obciachowe, a w większych zakładach pracy czy szkołach zostały najczęściej zlikwidowane. A jeżeli już były, to ich klientami byli najczęściej okoliczni starsi i samotni ludzie, którym nie opłacało się gotować dla jednej osoby. Ponieważ historia nie lubi pustki i zazwyczaj zatacza koło, teraz w rozmaitych korpo znów zamawia się jedzenie dla pracowników, tyle tylko, że robione jest nie na miejscu, a dowożone. I takie żywienie jest już super, cool i ekstra. Cóż…

Jak zwykle nieco poniósł mnie zefir dygresji. Jak zatem wygląda jedzenie uliczne w Egipcie? Jest brudno i dla przeciętnego Europejczyka, który jest wychowany w krajach Jewrosojuza, taki stan rzeczy będzie absolutnie nie do zaakceptowania. A kuchnia, nie tylko w krajach arabskich zresztą, tak trafnie pasuje do słów Bismarcka, że ludziom nie powinno się pokazywać, jak robi się kiełbasę i politykę. Zresztą podobny styl handlu żarciem ulicznym widziałem w St. Denis w Paryżu jeszcze kilka miesięcy temu. To są właśnie te różnice kulturowe, o których się mówi przy okazji dyskusji o imigrantach i zmiana tych nawyków wymaga POKOLEŃ. Beczka, do której wrzuca się jakiś węgiel czy cokolwiek, co będzie się paliło, by stworzyć prymitywny grill. Leżące luzem kawałki pity, wokół której latają muchy, mięso przechowywane poza warunkami chłodniczymi, miska z brudną wodą pełniąca rolę umywalki do sztućców. To jest tylko lekko podkoloryzowany standard. Będąc w Asuanie, Edfu, Luksorze i Kom Ombo widziałem tylko jeden przybytek, który w Europie kwalifikował by się do miana restauracji. Było to zaraz przy wyjściu z jednej ze świątyń i ewidentnie skierowane pod turystów.

 

I jeżeli już mówimy o jedzeniu, tutaj właśnie wychodzi to, co jest ogólnym problemem obecnego świata, czyli marnowanie żywności. Pisałem już wcześniej, jak wygląda zamiana turystów w tuczniki na promie wycieczkowym (a ja lubię jeść, więc jeżeli narzekam, to wyobraźcie sobie skalę sytuacji), gdzie mamy cztery posiłki dziennie w ilościach nieskończonych. A potem byłem świadkiem szokującej sceny, czyli śniadania/obiadu – czy też jak teraz się to modnie nazywa brunchu – marynarzy z promu, na którym wówczas byłem. W głowie mi się nie mieści, że mając do dyspozycji niemal nieograniczone zasoby przygotowywane dla turystów, marynarze nadal żywili się lokalnymi rzeczami, wprawdzie wyglądającymi smakowicie, ale dla Egipcjanina mało egzotycznie.

O mniejszych, w skali Egiptu, miastach będzie osobny wpis, natomiast, jak już wspomniałem we wstępie, ważnym wyznacznikiem ogólnego bogactwa społeczeństwa, wydaje się być wygląd wsi. Kto był w Niemczech (nawet wschodnich typu Saksonia czy Brandenburgia), ten wie o czym mówię. Zresztą, nie trzeba daleko jeździć, bo jako Polacy mamy naszą ojczyznę, która w stopniu ucywilizowania wsi tak bardzo się różni w zależności od dawnego zaboru. I nie ma co się obrażać, bo takie są fakty i stąd wynika, nadal obowiązujący, podział na Polskę A i B. W Egipcie natomiast sytuacja jest lekko dramatyczna. Nie jest to bieda z niektórych krajów czarnej Afryki, gdzie dzieci nie mają co jeść i umierają na ulicach, natomiast widoczny jest brak pewnych zdobyczy cywilizacyjnych i ogólny brak porządku w przestrzeni publicznej, który często charakteryzuje kraje komunistyczne.

Śmieci są wszędzie. Ot, na środku wioski można rzucić zardzewiałą lodówkę, gdzieś na brzegu Nilu wypieprzyć reklamówki foliowe ze śmieciami, puszki, niedopałki, papierki. Dróg nie ma, chociaż to i tak nikomu nie przeszkadza, bo samochód jest dobrem luksusowym i transport odbywa się na wielbłądzie, a częściej na osiołku, bo z wielbłąda można przecież zrobić atrakcję turystyczną. A taki wielbłąd kosztuje!

A skąd się w ogóle znalazłem na egipskiej wiosce? Otóż jedną z atrakcji wycieczki, była wizyta w domu i wiosce nubijskiej. Oczywiście nie byliśmy jedyną grupą na takiej wycieczce, bez problemu można wykupić je w każdym porcie w Asuanie. Zazwyczaj jest tak, że przewodnik jest z jednym z mieszkańców dogadany, ten dostarcza atrakcji dla turystów, a w zamian dostaje całkiem sporą kwotę. W naszym przypadku jedną z atrakcji była m.in. możliwość potrzymania małego krokodyla, co muszę przyznać bardzo mi się spodobało. Od spodu, krokodyl w dotyku jest zupełnie inny niż sobie wyobrażałem. Taki mięciutki i niemal puchaty :) A potem możesz sobie pochodzić po domu, zobaczyć jak ktoś mieszka, a nawet zrobić zdjęcie z żeńską częścią rodziny, zgodnie z islamskimi zasadami, zamkniętą w innym pokoju :) Panie się uśmiechają, bo pewnie taki mają obowiązek. I teraz wyobraź sobie analogiczną sytuację, że do twojego mieszkania wpadają turyści ze znacznie wyżej rozwiniętego kraju i traktują cię jak… ja wiem… małpę w zoo? Słabo, słabo.

Kolejnym krokiem była wizyta w szkole, gdzie wycieczka ma szybką, i kompletnie bezużyteczną lekcję arabskiego oraz krótką interakcję z dziećmi z wioski. I nawet to wszystko byłoby autentyczne, gdyby nie stragan z pamiątkami postawionymi przed wyjściem ze szkoły, jednoznacznie świadczący, że podobne wycieczki są tu nie tylko codziennością, ale mają pewnie nawet grafik godzinowy. Dzieci oblegają cię i ciągle krzyczą tylko ‚give, give, give’ albo klasyczne ‚bachszisz’. A przewodnik już dzień wcześniej zaleca kupić jakieś drobiazgi albo owoce dla dzieci w sklepie po drugiej stronie ulicy, gdzie zacumował nasz statek. Wszystko ładnie zgrane. Zresztą, nie są to tylko małe dziewczynki, bo i starsze, już ubrane w hijab, też mniej agresywnie próbują coś wydębić od żeńskiej części wycieczki. Żeńskiej, bo przecież islam zabrania kontaktów z mężczyznami i gdy chciałem sobie zrobić zdjęcie, usłyszałem tylko ‚no touch, no touch’. A w zamian trzeba było oddać używaną szminkę. I jaka była radość!

A potem, płynąc łodzią po Nilu, podpływa na kawałku deski jakiś młody chłopak i zaczyna śpiewać ledwie wystając zza burty. I jeżeli ktoś z tej całej żebraczej sitwy zasługuje na zapłatę, to właśnie on. Bo trzeba mieć nie lada jaja, by przepłynąć największą rzekę świata na prowizorycznej tratwie z dwoma drewienkami jako napęd.

Na koniec wypada poruszyć dwie rzeczy – gdzieś tam wyżej wymieniony bakszysz oraz różne poziomy biedy. Teoretycznie bakszysz to po prostu jałmużna. Muzułmanie mają do jałmużny stosunek taki, jaki ma według swoich ksiąg i nauczania chrześcijaństwo, bo wypada wiedzieć, że jałmużna zalicza się do najważniejszych dobrych uczynków (obok postu i modlitwy). Widząc ciebie, jako bogatego turystę, Egipcjanie proszą o bakszysz po prostu dlatego, że masz więcej. A do tego Koran jasno mówi, że oszukanie niewiernego jest czynem chwalebnym (czy jesteśmy traktowani jako niewierni czy jak ludy księgi to już inna rozkmina), więc nawet jeżeli na wycieczkę zbierałeś cały rok, a Egipcjanin się byczył na plaży, to uważa, że bakszysz mu się należy. W Europie mówi się na to zasiłek ;)

Przyjęło się do Egiptu brać plik banknotów jednodolarowych i każdemu dawać po dolarze. Jest to głupota, o ile naprawdę nie masz nadmiaru pieniędzy. Po prostu wyjeżdżając do tego kraju, musisz zacząć wszystkich proszących o bakszysz traktować jak cygańskich żebraków w Polsce. Obchodzić szerokim łukiem, bo grzecznie się łaszą i proszą, a za plecami cię oplują i zwyzywają w swoim języku. Najlepiej udawaj, że nie znasz angielskiego i wybierz sobie jakiś egzotyczny kraj, po którego wymienieniu żebracy i naganiacze zaczną cię omijać (Szwecja, Portugalia, coś w ten deseń).

I w końcu o biedzie. Naprawdę, Egipt nie jest krajem biednym. Jest brudny, nie posiada klasy średniej, ze względu na uwarunkowania geopolityczne jest zacofany pod wieloma względami, ale nikt tutaj na ulicy z głodu nie umiera. Nie zauważyłem tutaj jakiegoś poczucia wartości wspólnej czy przestrzeni społecznej. Przypuszczam, że dopóki nie było telewizji, a jeszcze bardziej internetu, to nawet byli szczęśliwi, bo dopiero potem dowiedzieli się, że jeżeli nie masz najnowszego iPhona, tableta, ciucha, buta czy okularów, to marnujesz swoje życie. Jeżeli jesteś zbyt wrażliwy i spojrzysz na ten kraj z perspektywy dobrobytu Unii Europejskiej, czy dziecka, które się cieszy, że dostało długopis lub owoce, to się zapłaczesz. Tutaj po prostu życie toczy się inaczej i bieda, jak i szczęście, mają zupełnie inną definicję.

Zostaw Komentarz