Egipt – Kilka uwag natury ogólnej

Egipt – Kilka uwag natury ogólnej

zamieszczone w: Afryka, Egipt | 0

Tak naprawdę od tego wpisu powinienem zacząć cykl reminiscencji z Egiptu, ale jakoś wyszło inaczej. Bo zawsze warto zrobić drobne wprowadzenie, które wytłumaczy co, gdzie, jak i dlaczego. Będzie też parę słów ogólnych odnośnie egipskiej i arabskiej kultury, które nie znalazły się w innych wpisach, o wycieczkach organizowanych przez biura podróży i absurdach turystycznych.

W Egipcie bylem zaraz po wydarzeniach arabskiej wiosny ludów i obaleniu prezydenta Mubaraka, ale przed kilkoma bardziej spektakularnymi zamachami, które spowodowały większe zwrócenie uwagi na świat arabski. Bo przecież chyba nikt nie wątpi, że Mubarak był dyktatorem działającym pod przykryciem demokracji, zgodnie z mniej znanymi słowami Stalina, że ważniejsze od tego, kto w czasie wyborów liczy głosy, jest to, kto dostarcza wyborcom alternatywę. Dyktatury rządzą całym światem Lewantu i Magrebu, a przynajmniej rządziły jeszcze pod koniec poprzedniego wieku i na początku bieżącego, do kiedy panował tam spokój. A, chociaż to zabrzmi brutalnie, nie wszystkie nacje świata dojrzały do demokracji, a zgodnie z wszystkimi zasadami zdrowego rozsądku oraz historią, myślący wolnościowo król/dyktator jest lepszy niż demokratycznie wybrany tyran.

A co to ma wspólnego z państwem nad Nilem? Będąc w Egipcie, trzeba się przyzwyczaić, że jest to kraj policyjno-wojskowy. Przy pierwszej rogatce, widok żołnierzy z karabinami, legitymujących kierowcę autobusu budzi jednak pewien niepokój. Bądź co bądź, mieszkam na zachodzie Polski i z zamkniętymi granicami, bronionymi przez uzbrojonych żołnierzy nie miałem już do czynienia dość dawno, a i widok karabinu budzi raczej nieciekawe skojarzenia. Zupełną abstrakcją są relatywnie nowoczesne czołgi pojawiające się tu i ówdzie, najczęściej przy miejscach strategicznych, które pełnią chyba tylko i wyłącznie funkcję straszaków, bo ich wartość bojowa przy potencjalnym zamachu terrorystycznym jest raczej znikoma. Z czasem przestaje to dziwić, a po kilku latach, widziałem nawyki egipskie przywleczone do Europy i jeszcze kilka miesięcy temu pod Sacre Coeur w Paryżu patrolowali żołnierze w pełnym rynsztunku.

A skąd się wziąłem w Egipcie? Pojechałem na wycieczkę z biurem podróży. Tak! Popełniłem ten błąd. Na wycieczkach z biurami podróży byłem, przytaczając stary dowcip, dwa razy – pierwszy i ostatni. Bo jadąc na taką wycieczkę, musisz zaakceptować, że będziesz częścią grupy i pod nadzorem przewodnika. Z każdym poważnym problemem, który dotyka grupy ludzi. Miałem to szczęście, że grupa była nieliczna, chyba raptem dziesięć osób, a i tak były problemy. No bo wystarczy, że spóźni się jedna osoba i wszyscy czekają. Jedna osoba się zgubi, czekamy, szukamy. Jemy na mieście – jeden ktoś lubi się delektować lub je powoli – wszyscy muszą się dostosować. Jeden gada, gdy przewodnik tłumaczy – nikt nic nie słyszy i przewodnik się wkurwia. To są wszystko autentyczne sytuacje. Tak naprawdę w zorganizowanych wycieczkach, najlepiej być spóźnialskim leserem i socjopatą. Zawsze przychodzisz ostatni, wszyscy się do ciebie dostosowują, a ty masz ich uwagi i tak w dupie. Ponieważ z tych warunków jestem jedynie socjopatą, to bardzo cierpiałem. Do tego stopnia, że na jedną wycieczkę nie pojechałem, a wolałem sobie pochodzić po mieście.

I tutaj szerzej – kiedy warto decydować się na biura podróży? Chyba tylko jeżeli jesteś lemingiem. Jeżeli potrzebujesz kogoś, kto poprowadzi cię wszędzie za rączkę, kupi bilety, przygotuje jedzenie, zapewni nocleg, zawiezie, odwiezie, czasem opowie co nieco. A za wszystko skasuje jakieś 200% tego, co byś normalnie zapłacił. Podczas zorganizowanej wycieczki, wolność jest praktycznie zerowa. Pobudka o określonej godzinie, wyjazd o określonej godzinie, program dokładnie wyznaczony i bardzo napięty, bo często w kilka dni upchane jest za dużo atrakcji, żeby fajnie wyglądało na folderze i zachęcało do zakupu, podczas gdy później na wyjeździe dzień wygląda tak:
06:00 – śniadanie;
07:00 – do autokaru;
13:00 – powrót z wycieczki i obiad;
14:00 – godzina czasu wolnego;
15:00 – do autokaru na następną wycieczkę;
20:00 – powrót i kolacja;
21:00 – impreza zorganizowana przez operatora;
Bywa, że czasu wolnego jest więcej lub mniej, bywa że cały wieczór jest wolny, ale umówmy się, spędzając dziennie kilka godzin w autokarze, wstając skoro świt, wieczorna impreza jest ostatnią rzeczą, o której marzysz. Dla mnie to jest kompletnie nie do przyjęcia, bo nigdy nie dogodzisz całej grupie, a gdy jeszcze widziałem wycieczki 60-osobowe, miałem tylko jedną myśl: MASAKRA! Uważam, że program który zrobiliśmy z 5 dni, powinien być rozłożony na dwa tygodnie lekką ręką – wtedy nie czułbym się jak na spędzie bydła, tylko na wycieczce wypoczynkowej.

Największą atrakcją, i tutaj słowo atrakcja jest jak najbardziej na miejscu, były noclegi. Nie tylko ze względu na to, że nie byłem sam :) Wycieczka odbywała się bowiem promem wzdłuż Nilu. O samej rzece, będzie osobny wpis, bo jak najbardziej na to zasługuje, natomiast teraz kilka słów o promach wycieczkowych i moim pomyśle na Egipt. Nil jest sercem Egiptu, stąd większość miast ma przystań, do której dokuje się by zejść na ląd i ruszyć na zwiedzanie. Promy z zewnątrz wyglądają bardzo topornie, natomiast w środku jest już bardzo fajnie, nawet do przesady. Taki bizantyjski przepych, jakby człowiek był na „Tytaniku” czy innym transatlantyku. Na pokładzie oczywiście leżaki i basen, bardzo przydatny przy panujących w Egipcie temperaturach. Szkoda tylko, że nie za bardzo jest kiedy z niego skorzystać. Tak jak pisałem, przez pięć dni, w sumie takiego wypoczynku na statku było nie więcej niż 6-7 godzin.

Drugim minusem, bądź plusem, zależy z jakiej strony się patrzy, jest kuchnia. Jak jadę do Egiptu, to chcę jeść po egipsku! Tak, tak, słyszałem już opowieści o klątwie faraona i pozostawię je wszystkim, którzy na klątwę ucierpieli. Ja nigdy, nigdzie, nie miałem podobnych problemów. Może dlatego, że gdy zamawiam jedzenie miejscowych, to jem to wszystko co oni, a nie wybiórczo. Tymczasem kucharz na statku bardzo starał się europeizować posiłki. Falafel? Kuskus? Pita? Znane arabskie desery? Nie! Kartofle, makaron, kurczak w X odmianach i ciastka francuskie. Zasmuteczkowało mnie to do tego stopnia, że pod koniec żywiłem się niemal wyłącznie warzywami, którym trzeba przyznać, że smakowały zacnie. To olbrzymi plus wszystkich krajów, które nie mają rozmiarów, kształtów oraz każdego dnia upraw sankcjonowanych przez Eurosojuz. Nieważne czy Gruzja, Tajlandia czy Egipt – warzywa i owoce były jakieś takie pełniejsze smaku i bardziej wyraziste.

Tym niemniej, podróż statkiem jak najbardziej polecam, a nawet jest to słuszna koncepcja na samotną podróż po Egipcie. Z pewnością na takim statku są wolne kajuty, wystarczy z rana udać się na nabrzeże i pogadać z kapitanami lub z kręcącym się gdzieś Arabem, wyglądającym na ogarniętego – będzie wiedział z kim można takie sprawy załatwić. Bo jednak Arabowie to nacja handlowa, jak Żydzi, i wszystko można z nimi wynegocjować.

Z miejsc, które nie znalazły się nigdzie indziej, przytoczę dwa. Pierwsze to Dolina Królów, legendarna nekropolia, cierpiąca na chorobę zakazu filmowania. Nie można robić zdjęć i filmów, najlepiej w ogóle nie wnosić aparatów, bo mogą być problemy. I jak zwykle uzasadnienia brak. „Bo takie są przepisy”. Aha. Jasne, pewnie chodzi o lampy błyskowe wewnątrz starych grobowców i ten zakaz jest jak najbardziej zrozumiały, ale czemu zakaz jest również na zewnątrz? Brak możliwości egzekucji przepisów? Raczej nie, bo byłem świadkiem przypału i tylko dość sowita, jak na warunki egipskie, łapówka uratowała aparat przed konfiskatą. Bo strażnicy (cywilni) cmentarzyska są tutaj sędziami i katami w jednej osobie. Może zatem kwestie religijne i szacunek dla zmarłych? Też raczej nie, a przynajmniej uzasadnienie takie wymyka się wszelkiej logice, bo stosując zasady ortodoksyjnego islamu, to prędzej by te wszystkie malowidła zniszczono, niż zabroniono je fotografować. Jeżeli zatem nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo o co chodzi. Moja teoria jest taka – poza ochroną wnętrza grobowców, chodzi o budowanie tajemnicy, co będzie miało bezpośrednie przełożenie na zainteresowanie obiektem.

Sęk w tym, że Dolina Królów nie należy do najciekawszych miejsc w Egipcie. 64 grobowce różniące się głównie hieroglifami na ścianach i budową. Czyli raj dla egiptologów. Dla wszystkich innych – kompletnie abstrakcyjna sprawa, trudna do ogarnięcia i rozróżnienia. Zwłaszcza że większość grobowców jest rozkradziona przez najeźdźców starożytnych lub nowożytnych. Wchodzisz zatem do pierwszego pomieszczenia i jesteś przytłoczony świadomością otaczających cię ponad trzech tysięcy lat historii. Potem kolejne i kolejne i zaczyna się już robić diabelsko powtarzalnie. Na stropie gwiazdy, na ścianach trudne do rozróżnienia malowidła. I jeszcze ten ciągły wzrok chodzących za tobą strażników. Irytujące.

Drugim intrygującym miejscem był przydrożny warsztat, w którym wykonuje się alabastrowe ozdoby. Podobno. Bo wystarczy wejść na alibabę, by „egipskiego” alabastru kupić pod dostatkiem. I, jak powiedział król Dezmod, gdy przyłapano go podczas oszukiwania w grze w karty, „sam nie wiem, co o tym myśleć”. Tak naprawdę najbardziej skuteczną metodą powinna być próba porysowania przedmiotu, ale lokalni sprzedawcy rzadko się na to zgadzają. Może ze strachu. Co można zatem jeszcze zrobić – kupować przedmioty o jak najbardziej nieregularnym kształcie, bo będzie to świadczyć o ręcznej, a nie maszynowej robocie. Maszyna nie jest w stanie się pomylić i z dwóch kawałków skały zrobi identyczny wazon czy świecznik. A zostałem przywieziony właśnie do tego ‚warsztatu’, bo przewodnik dostał właśnie stąd odpaloną działkę i aż wstydziłem się to napisać, w obawie, że obrażę wasz intelekt :)

Na koniec zostawiłem sobie kolejną kluczową atrakcję, czyli wielbłąda. Myślałem, że przejażdżka okrętem pustyni będzie najgorszym wydarzeniem w życiu dla moich klejnotów, dopóki nie wsiadłem na słonia ;). Bo tak naprawdę tylko wsiadanie i zsiadanie z wielbłądów jest mało komfortowe, potem jest już luz, powiedział bym nawet, że dość przyjemnie, chociaż cały czas chodzi się tempem mocno spacerowym. W końcu zwierzak nie ma pasów bezpieczeństwa, turysta może spaść i złożyć pozew. Nie za bardzo wiem przeciw komu, pewnie tylko z biurem podróży można się sądzić, ale zawsze jest to jakaś opcja.

Tak krótkie podsumowanie mojej całej wycieczki po Egipcie – jeżeli chcesz zobaczyć prawdziwy Egipt, to tutaj tego nie uświadczysz. Dostaniesz namiastkę, chociaż oczywiście znacznie więcej niż w przypadku dwóch tygodni spędzonych na plaży w Sharm-el-Sheikh z jednodniowym wypadem do Kairu. Musisz pogodzić się z pewną sztucznością (którą w kilka momentach da się obejść) i spojrzeć na wszystko przez palce. Taki wyjazd pozwoli ci też zdecydować, czy ciągnie cię w stronę samoorganizacji, czy też chcesz mieć wszystko podane na talerzu. Ja, po raz wtóry, polecam pierwsze rozwiązanie.

Zostaw Komentarz