Disneyland – To nie jest miejsce dla starych ludzi

Disneyland – To nie jest miejsce dla starych ludzi

zamieszczone w: Europa, Francja | 0

Zaczynać wpis o Disneylandzie od cytatu z „Memento” mogło by się wydawać nie na miejscu. Mroczny film Christophera Nolana w zestawieniu z tak radosnym miejscem jak Disneyland. Cóż, ten cytat po prostu bardzo dosadnie oddaje wszystkie moje uczucia związane z tym miejscem i postaram się wyjaśnić dlaczego. Ach tak, ale do czego piję? „Wspomnienia mogę zmienić kształt pokoju; mogą zmienić kolor samochodu. Wspomnienia mogą być zniekształcone. Są interpretacją, a nie dokładnym zapisem. I są kompletnie bez znaczenia jeżeli masz dostęp do faktów.” Co bystrzejsi powinni już się domyśleć o co mi chodzi. Tak, byłem w Disneylandzie za dzieciaka, dokładnie w 1997. I miałem naprawdę cudowne wspomnienia. Stąd przy okazji wizyty w Paryżu, nie mogłem sobie odpuścić największego (?) parku rozrywki w Europie. A na pewno najbardziej znanego.

Niestety, jak łatwo domyśleć się z tego cytatu, wspomnienia zostały brutalnie zweryfikowane przez rzeczywistość. Pamiętałem bardzo wiele, bo w końcu słonie nigdy nie zapominają, a było to jedno z największych przeżyć mojego okresu dorastania. Przypominam, że to nie były czasy powszechnego internetu czy komórek, a komputer z procesorem Pentium był dopiero w planach. Tak, jestem już tak stary :(. Zatem dzieciak nie mógł wszystkiego sprawdzić w necie, w telewizorku było dziewięć kanałów (wliczając trzy czeskie) z dość marnymi programami, a największe podróże odbywało się dzięki książkom. Zresztą to ostatnie aktualne jest do dziś.

Zacznę może od tego, co się w Disneylandzie zmieniło. Będzie to krótki akapit, bo zmieniło się niewiele. Bardzo niewiele. Jeżeli pominiemy detale, których nie jestem w stanie zapamiętać, to powstały chyba tylko dwie czy trzy nowe atrakcje, oczywiście kosztem poprzednich. Oczywiście poza zasadniczym Disneylandem, powstał jeszcze drugi park – Walt Disney Studios Park, a trzeci jest obecnie tworzony. Ceny zależą od mnóstwa czynników – w dni powszednie jest taniej, poza sezonem jest jeszcze taniej. Przez internet znów taniej. Dwa parki w jeden dzień? Tak, zgadłeś, TANIEJ! No to jeżeli wszystko jest tak bardzo taniej, to pewnie we wtorek we wrześniu bilet musi być jak za darmo? O, panie, tak dobrze to nie ma! O ile dobrze pamiętam najtańsze wejście do jednego parku 65€. Bilet na oba parki w ostatnią sierpniową niedzielę, kupowany w kasie, to prawie 100€. Auć.

Na pytanie czy można oba parki zobaczyć dokładnie jednego dnia, odpowiedź jest tylko jedna – jak najbardziej – pod warunkiem, że jesteś osobą dorosłą. Przejście z jednego skraju Disneylandu na drugi to 5, może 10 minut. Niestety, głównym wrogiem są kolejki. ‚All the lines, lines, LINES!’, jak mówił Eric Cartman w odcinku ‚Cartmanland’ South Parku. Stoisz 20 minut, jedziesz 2 minuty, stoisz 15 minut, jedziesz 2 minuty, stoisz 50 minut, jedziesz 3 minuty, idziesz na fastpass. Niestety, większość czasu spędzonego w Disneylandzie to stanie w kolejkach. Które są wszędzie i do wszystkiego.

Są oczywiście fastpassy, czyli jak sama nazwa wskazuje, szybkie wejścia. Wtedy stoisz w innej, krótszej kolejce ;). Generalnie sytuacja, wyjaśnię tym którzy nigdy nie byli, wygląda tak, że stajesz w kolejce do automatu wydającego przepustki na określoną godzinę po zeskanowaniu biletu. W zależności od atrakcyjności, może to być 30 minut bądź dwie godziny. Wtedy wracasz pod to miejsce i zamiast stać w normalnej kolejce, przechodzisz dużo szybciej. Tak, przyspiesza to zwiedzanie. Nie, nie możesz nabrać ilu chcesz fastpassów, jest między nimi jakiś czas karencji. Atrakcji z fastpassami jest ograniczona liczba i warto je brać zawsze. Ja w przeciągu ośmiu godzin wykorzystałem pięć.

O której iść? Jak najwcześniej. Park otwierają o 10 i warto już wtedy być u bram, by w szaleńczym pędzie dostać się do najważniejszych miejsc. Tak, wiem, brzmi absurdalnie i cebulacko, ale w tej sposób człowiek oszczędza nawet kilka godzin. Warto? No raczej. Z innych ciekawostek organizacyjnych – czasy gdy po parku kręciły się postaci z bajek Disneya, z którymi można było sobie zrobić zdjęcie, odeszły bezpowrotnie. Myślisz, że spotkasz Donalda i Mickey? O nie, nie. Przez 8 godzin widziałem tylko Goofy’ego. Raz. A może to było krzywe zwierciadło? ;)

Park podzielony jest na pięć stref tematycznych, reprezentujących różne miejsca i strefy czasowe. W typowo bajkowy sposb. Wchodzisz przez amerykańskie miasteczko z początku XX w., gdzie jedynymi atrakcjami są rozmaite stragany. Oczywiście o ile w cenie biletu dostajesz darmowy wstęp na atrakcje, to już makijaż, fryzjer czy każda inna usługa jest płatna. I to słono. Ceny jedzenia na miejscu? Zaskakująco niskie. Pamiętam, że kilkanaście lat temu były przerażające. Dziś? Ceny w samym Paryżu i Francji poszły tak bardzo do góry, że Disneyland specjalnie się nie wyróżnia. Jabłko na patyku, lód, woda czy cola to mniej więcej 3€ z małymi (do 10%) wahaniami. W czasie niektórych rollercoasterów robione są nam zdjęcia, które potem można kupić. Tutaj już ceny są kosmiczne.

Discoveryland to jedna z dwóch stref bardziej atrakcyjnych dla starszego odbiorcy. Co nie znaczy, że bardzo atrakcyjna. Pamiętam jak w ’97 wyświetlany w kinie 3D był film z Michaelem Jacksonem. Jakie to wrażenie robiło. Że to magia, że coś takiego nie może być, tylko w Dinseylandzie takie atrakcje. Świat poszedł do przodu, pojawiły się komputery, amfetamina, samoloty… I telewizory 3D w każdym domu. I kina z 3D i ból głowy po takich seansach. Dziś zamiast Michaela Jacksona, który z wiadomych przyczyn chyba nie jest już zbyt pożądany u Walta Disneya, puszczany jest pięciominutowy trailer Ant-Mana… Naprawdę?!!? Podobny dysonans jest przy porównaniu wspomnień z Nautilusa do obecnej wizyty, trwającej jakieś dwie minutki. Juliusza Verne’a uwielbiam, chociaż bardziej za ‚Tajemniczą Wyspę’ niż za powieść przedstawiającą losy Ostrza Oceanu. Ale wydawało mi się, że na Nautilusie spędziłem kilkadziesiąt minut, a ośmiornicę walącą w bok łodzi podwodnej pamiętałem do dziś. Tymczasem obecnie jest tylko kupa rozczarowania.

Zresztą ‚Star Tours’, czyli podróż statkiem kosmicznym w uniwersum ‚Gwiezdnych Wojen’ to kolejny przykład lipy. Nie tylko dlatego, że jestem trekkiem, staram się bowiem być jak najbardziej obiektywny, ale… Znów prawie godzina czekania. Star Tours to jedna z najbardziej obleganych atrakcji, bo każdy fan Lucasa chce to przeżyć i zobaczyć. Bardzo dobrze wspominałem lot nad lodowym Hoth czy awarię pojazdu w hangarze. Tymczasem jestem włożony do trzęsącego się bolidu (z braku innej nazwy), a przede mną film na ekranie niewiele większym niż mam w salonie, ale o jakości dość dobrze przypominającej stare ‚Gwiezdne Wojny’. I w tym przypadku taki styl retro to nie jest komplement. Space Mountain jest jednym z niewielu w Disneylandzie roller-coasterów z prawdziwego zdarzenia, dla bardziej wymagającego klienta. Niestety, jazda jest bardzo krótka. Nie wiem nawet czy trwa minutę.

Adventureland to kraina łącząca wszystkie filmy przygodowe ze stajni Disneya i kolejny świetny, chociaż krótki rollercoaster, czyli Indiana Jones i Świątynia Niebezpieczeństwa (Peril nie Doom). Jest za to pętla pionowa 360 stopni, co jak na standardy tego parku zabaw jest prawdziwym ekstremum. Zaraz obok statyczne sceny z filmu ‚Alladyn’, obejrzenie których zajmuje znów minutę, może dwie. Całe szczęście, że tym razem nie ma kolejki. Po środku tej części parku znajduje się olbrzymie drzewo, to samo na którym żyła rodzina Robinsonów, z niezbyt popularnego w Polsce filmu, książki i serialu. Pod nim między innymi labirynt oraz wodospad ze statkiem pirackim. Takie małe preludium to Piratów z Karaibów, jednej z najważniejszych atrakcji w historii Disneylandów, która zapoczątkowała całe uniwersum i stworzyła ekscentrycznego Jacka Sparrowa. A jak wygląda atrakcja? No płyniesz sobie łódeczką :) A raczej jedziesz wagonikiem zanurzonym nieco w wodzie. Od czasu do czasu przyspieszasz spływając z kąta jakichś 45 stopni, więc woda pryska. I koniec. Ach tak, dookoła są plastikowe szkielety i skarby.

Fantasyland to już klasyczny Disney z wielkiego i mniejszego ekranu. I średnia wiekowa potencjalnego odbiorcy spada już grubo poniżej poziomu gimnazjum. No bo komu, kto nie jest dziewczynką w wieku 8-12 lat, może się podobać zamek Śpiącej Królewny? Albo jaskinia plastikowego smoka u stóp tego zamku? No, to akurat było niezłe, ale to ze względu na moją dragonofilię.Tutaj też czekały największe rozczarowania i przegrzanie mózgu ze stwierdzeniem do samego siebie, najczęściej wyrażanym za pomocą trzech literek – WTF. No bo czekasz na przykład na podróże Pinokia. I czekasz i czekasz, aż sobie uświadamiasz, że jesteś jedyną osobą mająca więcej niż 20 lat w kolejce bez dziecka przy boku. Słabo. A potem jedziesz pociągiem o prędkości około 10 km/h i patrzysz na statyczne obrazki. I nagle sobie myślisz, że stanie w kolejce przed chwilą było bardziej emocjonujące.

Do filiżanek szalonego Kapelusznika od Alicji nie zmieściłem i musiałem spędzić jazdę w pozycji półsiedzącej, jednocześnie licząc czy mam wszystkie klepki. Bo tutaj poziom i skomplikowanie zabawy to, mniej więcej, poziom większej karuzeli na placu zabaw przy podwórku. Mało? No to na sam koniec wzięliśmy sobie fastpassa do Space Mountain (tak, po raz drugi, tyle jest atrakcji w Disneylandzie, że na niektórych byłem po dwakroć) i poszliśmy zrobić zdjęcie z Myszką Miki. Bo przecież jak już się jest w Disneylandzie, to zdjęcie trzeba zrobić. 55 minut w kolejce!?!?!?!?! Bo nikt nie pomyślał żeby dać dwóch ludzi przebranych za myszki i kierować ludzi do dwóch pomieszczeń. No Chryste Panie!! Nie wiem, czy mógłbym być bardziej rozczarowany.

Na koniec zostawiłem Frontierland, czyli Dziki Zachód. Nawiedzony Dom, pełen plastikowych szkieletów, odblaskowych duchów, błyszczących oczu. To wszystko mnie przerażało, gdy miałem lat kilkanaście – teraz boję się zupełnie innych rzeczy ;) No i bezapelacyjnie najlepszy rollercoaster w całym Disneylandzie, czyli Big Thunder Mountain, gdzie wyjeżdżamy z kopalni złota na skalną wyspę na środku jeziora. Bardzo fajne, bardzo się podobało, nie ma specjalnie karko- i żołądkołomnych wygibasów, ale jest kilka szybkich spadków i zakrętów, które robią robotę.

Disneyland uświadamia bardzo smutną rzecz. Że czas nie płynie, wbrew temu co śpiewał Stachura. Czas zapierdala do przodu jak Usain Bold. Niestety, jestem już za stary na takie atrakcje. Nie to, że nie potrafię złapać OCB i wczuć się w klimat lub dobrze się bawić. Z podziwem patrzyłem na 20+ letnie dziołchy poprzebierane w błękitne sukienki i chodzące w uszach Myszki Miki. Z zażenowanie na rodziców, którzy przy 33-stopniowym upale poubierali dzieci w te plastikowe badziewia rodem z chińskich horrorów, które mają wyglądać jak z bajek Disneya. Ale nie mój cyrk, nie moje małpy.

Po prostu wszystkie przejażdżki nie oparte o roller-coaster są nudne i przeznaczone dla odbiorcy poniżej 15 lat. Osoba starsza może najwyżej skalować czy nudzić się będzie bardzo, czy tylko trochę. Czy zatem warto wydać tyle pieniędzy na wyjazd? Na pewno nie warto jechać do Paryża tylko do Disneylandu, o ile nie ma się gromady dzieciątek i skarbca niczym Sknerus McKwacz. A przy okazji? Tak, ale zdaj sobie sprawę, że to bardzo przereklamowane miejsce, które niemal na pewno nie spełni Twoich oczekiwań. Te 100 € można wydać w Paryżu lepiej, a dzień spędzić w bardziej pożyteczny sposób.

Zostaw Komentarz