Děčín – Siedzimy. Nic się nie dzieje.

Děčín – Siedzimy. Nic się nie dzieje.

zamieszczone w: Czechy, Europa | 0

Dlaczego akurat Dzieczyn, jak podobno brzmi polska nazwa? Bo trzeba było wybrać coś umiejscowionego gdzieś na trasie Teplice -> Liberec, a z większych miast czeskich jedynym innym wyborem było Uście nad Łabą. Siłą rzeczy zatem trzeba było Łabę zobaczyć, ale wybrałem Děčín zachwycony zdjęciami, które podrzuciło google. I zobaczyłem dokładnie to, co było na zdjęciach. I nic więcej. Podobnie jak wizytowane wcześniej Teplice, jest to bardzo małe miasto, bo jak inaczej powiedzieć o pięćdziesięciu tysiącach mieszkańców.

Płynąca środkiem Łaba kiedyś dzieliła Děčín na dwa miasteczka. Stary Děčín na prawym brzegu był ważnym ośrodkiem handlowym już od wczesnych lat ubiegłego tysiąclecia, de iure połączony został z prawobrzeżnym miasteczkiem Podmokly przez nazistowskich okupantów w 1942, ale de facto koegzystowały od połowy XIX w., kiedy na prawym brzegu wybudowany olbrzymi dworzec kolejowy, w wyniku czego mała wieś Podmokly w przeciągu kilkudziesięciu lat prześcignęła sąsiada zza wody w liczbie mieszkańców, uzyskując prawa miejskie w 1901 roku. Łaba, ze swoim dopływem Ploucznicą, jest na tyle ważna, że w pobliżu starego mostu znajduje się tzw. Skała Głodu (Hunger Rock), widoczna tylko kiedy Łaba wysycha, uniemożliwiając handel i profity z niego, a co za tym idzie zwiastując głód dla mieszkańców. Na skale widać podobno oznaczenia z 1616 roku. Obecnie rola handlowa Łaby nie jest chyba już tak istotna i została zamieniona na rolę turystyczną. Płyną tędy statki do Drezna z Pragi, często zostając na noc albo w Dzieczynie albo w niedalekich Litomierzycach. Podobno to świetna wyprawa i doskonała metoda na poznanie Saksonii i w takich momentach bardzo żałuję, że Wrocław jest pełen śluz, praktycznie uniemożliwiających podobną turystykę.

Nadszedł ten moment, w którym mogę sobie ponarzekać. Obiecałem powiedzieć co nieco o sytuacji kościoła w Czechach, niniejszym więc to uczynię. Jednocześnie zaznaczam raz jeszcze, nawet jeśli pojawiło się to kilka razy na blogu, że nie jestem praktykującym katolikiem, określiłbym się nawet mianem agnostyka. Ale jestem bardzo wdzięczny kulturze chrześcijańskiej, że znajdujemy się w tym miejscu, w którym jesteśmy. Czesi do religii, a głównie do kościoła katolickiego mają zupełnie inne podejście – tam katolicyzm kojarzy się głównie z niemieckimi ciemiężcami. Laickość czeska jest też zupełnie inna niż laickość francuska, dwóch z bardziej laickich krajów Europy (pewnie i świata). Francuzi są laiccy publicznie, rozmawianie o religii nie jest w dobrym guście (a gust i takt to dla Francuzów rzecz święta) i dlatego wszystkie symbole religijne w przestrzeni publicznej są zabronione. Natomiast nadal jest to kraj głęboko wierzący, gdzie zadeklarowani ateiści to tylko 20% społeczeństwa. W Czechach proporcje są odwrotne – co czwarty Czech określa się jako osoba niewierząca.

Swoją świeckość Czesi wiążą szeroko ze swoją kulturą – Habsburgowie próbowali narzucić zarówno język, jak i religię katolicką, a pielęgnacja języka czeskiego oraz ateizm był sposobem na wyrażanie wolności. Zresztą ta niechęć do katolickich Niemiec wygląda ciekawie na mapie osób wierzących w Czechach – im dalej od granicy z Niemcami, tym więcej zadeklarowanych wiernych. Obecnie problemem jest nie tylko brak funduszy, ale i brak personelu. Czesi importują księży między innymi z Polski. Ale pieniądze to też problem. Wprawdzie wszystkie zarejestrowane wyznania otrzymują dotacje od państwa, ale jest to kropla w morzu wydatków koniecznych na remonty świątyń. A marnują się naprawdę wspaniałe budowle, które często zamieniane są po prostu na obiekty komercyjne lub rozbierane.

A nawet czynne kościoły dostępne są dla zwiedzających tylko podczas mszy świętych (próbka statystyczna wszystkich 8 czy 9 kościołów, które odwiedziłem będąc w Czechach). A msze odbywają się raz na tydzień lub na dwa tygodnie. Jedynie w kościele św. Krzyża w Děčínie msze odbywały się codziennie, czasem nawet dwukrotnie. Ale nie, nie wstałem o siódmej rano żeby zobaczyć wnętrze :). Podobno w Pradze jest inaczej, co jest oczywiste – turystyka, na dostępne publicznie świątynie można też natrafić na Morawach. No i teraz kilka moich przemyśleń – w Polsce coraz bardziej szerzy się laicyzm. To smutne, bo o ile jestem zwolennikiem laickości, to laicyzmu nie, tymczasem u nas niewierzący są zawsze lepsi i mądrzejsi. Czy naprawdę sytuacja w której zabytki liczące setki lat są zamykane, a docelowo także niszczone, jest tak znacznie lepsza? Kościoły czynne tylko jednego dnia tygodnia w określonych godzinach? Strasznie mi, jako turyście i miłośnikowi architektury, się to nie podobało. I uważam, że przez takie zarządzanie zabytkami, Czesi tracą na turystyce. Chociaż dla Czeszek, z którymi udało mi się porozmawiać, moje zainteresowanie budowlami sakralnymi było kompletnie niezrozumiałe i czułem się co najmniej dziwnie.

Swoją drogą, o wojnach husyckich w dość ciekawy sposób pisał mistrz Sapkowski w swoim mniej znanym, bo znacznie gorszym dziele, znanym jako trylogia husycka. Oczywiście wartość historyczna tych książek jest niemal zerowa, ale czyta się lekko i pozwala się wczuć w klimat tamtych czasów.

Zresztą spójrz na googlemaps, wybierz na przykład Děčín i poszukaj na przykład kościoła św. Franciszka (przy Husovo nam.) czy ewangelicznego (Teplicka). Nie są nawet oznaczone. Na planie miasta dostępnym w informacji turystycznej (nie mówią po angielsku) też możesz ze świecą szukać czegoś o kościołach – są tylko małe oznaczenia na mapie. Za to z tyłu mamy opisany aquapark, kemping czy ścieżki dla rowerów… Z tego co widziałem – rzymskokatolicki kościół św. Franciszka przypomina typowe polskie kościoły osiedlowe i specjalnie nie ma czego żałować, chociaż trzeba zaznaczyć, że to jedyny kościół, do którego można wejść. Nawet jeżeli tylko w celu zobaczenia kraty w drzwiach :) Kościół protestancki nie był moim celem, trafiłem na niego szwendając się po ulicach Podmoklego. I od razu mi się spodobał, dopiero później zaskoczyło mniej, że został wybudowany w drugiej połowie XIX w., wygląda bowiem na znacznie starszy dzięki połączeniu neoromantyzmu i neogotyku.

Synagoga w Deczynie to jedyna żydowska świątynia w Czeskiej Szwajcarii, która przetrwała inwazję III Rzeszy. Zbudowana w 1906 w stylu bizantyjskim, wydawała się być jedynym obiektem kultu w mieście czynnym w dni powszednie. Leżąca na lekkim wzniesieniu prezentowała się interesująco, z nietypową kolorystycznie elewacją łączącą beż, cytrynową żółć i błękit. Mimo zapewnień na stronie o dobrowolnej dotacji przy wejściu, na drzwiach ujrzałem karteczkę, że wstęp kosztuje 30 koron (1,1 €). Ok, nic nowego, gdybym był złośliwy, napisałbym że ten naród ma to we krwi. Na szczęście nie jestem. Dzwonię zatem i… NIC! Załamka. No ale nic, się pomyślało, może będzie czynne później. Nie było – ta sama historia. Wielkie rozczarowanie.

Leżący w samym sercu starego miasta, u stóp zamku kościół św. Krzyża to kolejny przykład liberalnego podejścia Czechów do religii. Prosto z kościoła wychodzimy do… ogródka piwnego sąsiedniej restauracji, gdzie witają nas wielkie parasole z logo Gambrinusa. W Teplicach widziałem coś podobnego – knajpa zaraz obok placu zabaw. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce? Chyba nawet przepisy tego zabraniają. A u południowych sąsiadów – pełen luzik. I to akurat mi się podoba. Wnętrze widziałem tylko na zdjęciach, czego bardzo żałuję, bo to obiekt z końca XVII w., zatem na czeskie standardy bardzo stary. Przez chwilę nawet przeszło mi przez myśl by udać się na plebanię i spytać czy można zwiedzić kościół, ale bałem się, że bariera językowa przy domofonie będzie nie do pokonania.

Dzieczyński zamek jest widoczny z prawie każdego miejsca na brzegu Łaby i od samego założenia miasta, czyli mniej więcej XI w., był siedzibą jego władców. Od 1628 roku ziemiami okolic Dzieczyna zarządzał tyrolski ród Thun-Hohenstein. Zresztą na obrzeżach miasta znajduje się kaplica ufundowana przez ród Thunów. W zamku przebywał swego czasu nasz wybitny kompozytor Frederyk Chopin i hrabinie Józefinie Thun zadedykował swojego Walca as-dur z op. 34. Thunowie byli bardzo blisko z Habsburgami, dzięki czemu rola polityczna miasta i zamku rosła w siłę, odbywały się tutaj liczne kongresy, a częstym gościem był powiązany z Thunami dziedzic tronu Austro-Węgier Franciszek Ferdynand, zamordowany w Sarajewie. Jego dzieci otrzymały od Habsburgów tytuły książęce i wychowywały się na zamku dzieczyńskim pod okiem swojej ciotki. Co ciekawe, historycy uważają, że zgodnie z regułami dziedziczenia panującymi wśród Habsburgów, dzieci miały pełne prawa do tronu.

Kilka lat po zakończeniu I wojny światowej, w 1932, podupadający finansowo Thunowie zmuszeni zostali do sprzedania nieruchomości państwu Czechosłowackiemu, zabierając większość dzieł sztuki, mebli i wszystkich innych przedmiotów o jakiejkolwiek wartości. Państwo zamieniło zamek na koszary, więc jeżeli cokolwiek się ostało, zajęli się tym żołnierze. Jeżeli nie czechosłowaccy, to stacjonujący tutaj później Sowieci lub Bundeswehra. Do czego zdolni są żołdacy sowieccy, byliśmy świadkami w Polsce. Dopiero w 1991 pałac został zwrócony władzom miasta, które rozpoczęły renowację. Trwa ona nadal, chociaż budynek powoli odzyskuje dawny blask i gości rozmaite festiwale.

Niestety, nie byłem w środku, gdzie panuje całkowity zakaz wykonywania fotografii. Odstraszyły mnie także ceny (w mniejszym stopniu) oraz konieczność poświęcenia kilku godzin drogocennego czasu na wycieczkę z czeskojęzycznym przewodnikiem. Niestety, obiektu nie można zwiedzać samemu, a za osobę oprowadzającą, która włada angielskim trzeba dopłacić (1€) i poczekać trochę czasu. No, thanks. Barokowego ogrodu różanego, leżącego na murach zamku, odpuścić sobie nie mogłem. Niestety, jest fatalny. Ok, rozumiem że jest już poza sezonem na róże, ale po tak wychwalanym w broszurkach turystycznych i na tripadvisorze miejscu spodziewałem się znacznie więcej. Jedynymi plusami jest lokalizacja (z widokiem na kościół św. Krzyża) oraz rzeźby, których nie zniszczył czas. Po przeciwnej stronie znajduję się zwyczajowe ogrody pałacowe wyposażone w kilkanaście dzieł sztuki nowożytnej, której nie rozumiem i nie podejmuje się ocenić.

Co jeszcze ciekawego jest w tym mieście? Może powinienem tak naprawdę zacząć od Pastyrskiej steny, czyli mniej więcej Pasterskiego urwiska. Część Podmoklego znajduje się bowiem ma wzgórzu o wysokości 150 metrów nad poziom miasta (samo miasto jest najniżej położonym czeskim miastem), na szczycie którego wybudowano restaurację, a na zboczach mieści się ogród zoologiczny. Ale to nic nadzwyczajnego, prawda? Nie do końca – o ile od strony miasta wiedzie w górę droga, trzeba przyznać że dość stroma, to od strony rzeki mamy 150 m. ściany w dół. Oczywiście jest to bajeczny punkt widokowy, lecz to nie wszystko. Ktoś poszedł po rozum do głowy i zrobił jedyną w Czechach naturalną ściankę do wspinaczki w centrum miasta. Piętnaście tras o różnym stopniu trudności, możliwość wypożyczenia sprzętu, pełne zabezpieczenie. Czego chcieć więcej? Mi nogi spociły się na samą myśl, że można tam wchodzić :)

Gotycki most kamienny na Ploucznicy to z pewnością ciekawostka architektoniczna, ale chyba nic ponadto. Rzeźba na moście (1716), jak to większość rzeźb na mostach, przedstawia m.in. sceny z życia św. Jana Nepomucena, patrona rzeka i orędownika od powodzi. Gdzie zjeść? Restaurację ‚Tunel’ bez problemu znajdziesz na trip advisorze i rzeczywiście prezentuje najwyższy poziom oraz szeroką gamę win czeskich, co nie zdarza się często. Lokalna dziewczyna poleciła za to malutką knajpę ‚u Mostu’ w pobliżu ‚starego’ mostu i u stóp Pastyrskiej steny oferuje tańsze jedzenie z typowo czeską kuchnią, szerszy wybór piwa oraz widok na Łabę i zamek. Gdybym miał się gdzieś stołować codziennie, właśnie ta restauracja byłaby oczywistym wyborem.

Jak podsumować Děčín? Raczej pozytywnie. Nie, nie będę tam wracał, bo zwyczajnie nie mam po co, ale nie żałuję wizyty. W porównaniu do Teplic, moim zdaniem, jest to miasto znacznie ciekawsze i oferujące więcej do zobaczenia. Natomiast nie zmienia to faktu, że przy intensywnej turystyce, nie spędzisz tutaj więcej niż jeden dzień, może dwa, jeżeli poświęcisz dużo czasu na zamek.

Zostaw Komentarz