Czy warto zobaczyć „Kolejkowo”?

Czy warto zobaczyć „Kolejkowo”?

zamieszczone w: Polska | 0

Kiedy zostajesz w mieście na wakacje, chociaż na trochę, bo musisz zająć się swoim życiem, do głowy przychodzą różne pomysły na spędzenie czasu. Dobra, nie było tak, że pewnego dnia obrałem kurs na „Kolejkowo”, zabrałem aparat i akurat tak postanowiłem zapełnić czas w swój cenny dzień wolny. Właśnie tamtędy przechodziłem. Z tragarzami. Znaczy z aparatem. Miałem do zabicia niewiele ponad trzy kwadranse, byłem akurat przy dworcu Świebodzkim, a Chrobry w portfelu bardzo chciał zmienić właściciela.

Ok, najpierw jednak trzeba było się dowiedzieć, jak to jest z tym przybytkiem. Czy można to szybko odfajkować, czy też trzeba spędzić wewnątrz cały dzień. Pan przy kasie pyta czy jestem z dzieckiem. Rozglądam się, żeby się upewnić… No… Nie. A to w takim razie do godziny. Hmmm… No ok, z Chrobrym się żegnam, bo ceny biletów dla niezorganizowanej grupy (w tym przypadku grupy jednoosobowej, prawdziwej one man army) to 19 zł (normalny) i 15 zł (ulgowy). I tutaj się na chwilę zatrzymam i zastanowię na chwilę nad swoistą gradacją wydatków za kulturę i atrakcje, pamiętając że żyjemy w kraju ze średnią jakiś 18 zł za godzinę pracy. I teraz możemy to wydać 40 zł na zoo, w którym spędzimy kilka godzin, wjechać na katedrę za 5 zł, za 25 zł pójść do kina na dwie godziny (plus pół godziny reklam) lub pójść do „Kolejkowa”. Czyli stosunek cena/czas wychodzi najsłabiej. Tak, wiem, to nie jest bardzo dużo pieniędzy. Nawet ciężko za taką kwotę kupić porządny obiad. Ale mamy to szczęście, że kultura u nas jest nadal bardzo tania – na „zachodzie” na żadną katedrę nie wejdziemy za 1€, bo wstydem byłoby drukować bilety na taką kwotę. I korzystajcie, póki możecie! Swoją drogą porównanie cen i jakości kultury do komunikacji miejskiej to jakiś ponury żart, ale… Polska.

I w zasadzie cena nie byłaby to problemem, gdyby „Kolejkowo” rozwaliło mi system. Ale tak nie było. Po prostu nie. Sorry, nie, nie, nie. NIE. I pada to z ust dorosłego, od dawna, faceta, który jest mocno zdziecinniały (z wyboru!), stąd byłem osobą jak najbardziej zainteresowaną tematyką, a przynajmniej tak mi się wydawało. Co by było, gdyby było inaczej? Zanim przejdę dalej, raz jeszcze – ja nie mam pretensji do ceny, bo wszystko weryfikuje niewidzialna ręka wolnego rynku. I skoro „Kolejkowo” działa od dłuższego czasu, znaczy to że co najmniej zarabia na siebie, w tym niemały – zapewne – czynsz.

Dobra, ok, wchodzę i… I prawie każdy dorosły facet zamienia się na moment w dziecko. Nie wiem, tak się jakoś przyjęło, że dorosły mężczyzna przy miniaturowym pociągu zamienia się znowu w nastolatka lub dziecko. I teraz BUM! Zwrot akcji niczym u Hitchcocka! Ja tak nie mam. Wiem, wiem, pisałem w ostatnim akapicie, że jestem zdziecinniały. Tak. I jestem z tego dumny. „Nie chcę dorosnąć, chcę rosnąć do oporu”. Ale akurat kolejki mnie nie bawią. Komiksy, gry, słodycze, alkohol, przyroda, technika, gołe baby. Wszystko, co podoba się przeciętnemu gimnazjaliście podoba się też mi. Poza kolejkami. Bo makiety same w sobie lubię, gry bitewne uwielbiam, bez względu na to czy strzelają się strzałami czy laserami. Ale pociągi?

Najpierw kilka faktów i liczb – 260 metrów kwadratowych powierzchni, 430 metrów torowiska, 15 pociągów, 60 wagonów. Pociągi są nieco większe niż te zabawkowe kolejki, które pamiętam z dzieciństwa, ale pewnie są różne skale makiet. Ludzie są świetnie zrobieni, a ja swoją część miniaturowych figurek w życiu już widziałem. Czy natomiast są to lepsze rzeczy niż w makietach fanowskich? No nie, ale przymykam na to oko, biorąc pod uwagę ile figurek trzeba było zrobić. Pójdę dalej – jest nieźle. Postaci są zrobione z jajem, rozrzucone po makiecie sceny potrafią wywołać delikatny uśmiech, do bardziej ogarniętych klientów jest puszczone oko w postaci polskiej Mount Rushmore oraz kilkunastu perełek z Wrocławia, które pozwolę Wam odkryć samemu. Trzeba tutaj też oddać twórcom, że nie korzystają z gotowych modeli, dzięki czemu figurki są różnorodne i mają dosyć bogatą… ekhm… mimikę :) Pociągi to także odwzorowanie autentycznych lokomotyw i wagonów z dolnośląskich tras. Podobno. Zatem szacun.

Tylko w momencie wejścia do sali rzucasz na wszystko okiem i masz wrażenie, że ktoś Cię oszukał. Jak to? To jest wszystko. Jak stanę na schodach to ogarniam wzrokiem całość? 260 metrów kwadratowych? Aha, to przecież kwadrat o boku 16 metrów. Dziewięcioro ludzi z wyciągniętymi ramionami. Słabo. W dodatku piętrowość obiektu zwiększa uczucie pewnego ścisku. A do tego ma wpływ na tłok. Przynajmniej podświadomy. Co chwilę ganiają piszczące bachory (tak, uwielbiam dzieci) i krzyczące za nimi lub drepczące i bezpardonowo popychające innych, normalnych ludzi, Janusze i Grażyny. To akurat przytyk w stronę polskiego społeczeństwa, a nie właścicieli, ale wprost nie mogłem się powstrzymać. W poniedziałek, w godzinach południowych był tłok. Nie zazdroszczę ludziom, odwiedzającym w soboty czy niedziele.

A dlaczego nie podobają mi się kolejki elektryczne na makietach. Pamiętasz Maxi Kaza? Z piosenek T-Raperów znad Wisły. „Dla mnie monogamia nudna jest do wyrzygania”. A właśnie „Kolejkowo” jest definicją monogamii. Ciągle dzieje się to samo, pociągi jeżdżą wciąż tymi samymi trasami, co przecież można z łatwością zmienić i zaprogramować odpowiednio (chyba), postaci są nieruchome, bo to makieta. Mnie takie rzeczy nudzą niemożebnie. Każdy kto mnie zna, kto przebywał ze mną chwilę, wie że szeroko pojęta zajawka trwa u mnie krótko. Nie potrafię spędzić w tym samym miejscu dłuższego czasu, w sumie chyba tylko książki są w stanie mnie zatrzymać na dłużej przy sobie. Dobre książki. I złe (hello „Oko jelenia”). Bo już nawet filmy mnie tak bardzo nie cieszą jak kiedyś.

Kolejka elektryczna to powtarzanie schematu. To praca w fabryce gwoździ, gdzie dzień w dzień od 8 do 16 napierdalasz to samo, po czym zmęczony wracasz do domu, by rano wstać i udać się w to samo miejsce, tą samą trasą i robić to samo, widząc tych samych ludzi. Już sama myśl o takim spędzeniu życia powoduje, że szukam żyletki i próbuje dostrzec własne żyły i serdecznie współczuję, jeżeli ktoś tak musi zarabiać na chleb. Jedzie sobie pociąg, jedzie sobie tramwaj, jedzie sobie samochód. I tak, kurwa, do zajebania! Owszem, raz jest dzień, raz jest noc. W 40+ minut przeżyłem dwie noce i trzy dni. I miałem dość. Jasne, można się doszukiwać smaczków, szukać kotów czy tam krasnoludków. Tylko ja już nie mam 5 lat!

Czas zatem odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule wpisu. Wszystko zależy od tego, jaką wartość ma dla Ciebie kwota 20 zł, czy tam 15 zł, jeżeli kupujesz bilet ulgowy. To fajne, ciekawe, można nawet powiedzieć, że niepowtarzalne miejsce. Sęk w tym, że nie ma się ochoty ani powodu żeby tutaj wrócić. Zobaczyłem to raz, mam odhaczone i po prostu nie wyobrażam sobie powodu, dla którego miałbym tam się udać ponownie. Nowa makieta? Nowy pociąg? Jakieś globalne (ekhm… w skali Wrocławia ;)) wydarzenie związane z „Kolejkowem”? Może, ale ciężko mi sobie to wyobrazić. Są lepsze sposoby na wydanie pieniędzy w godzinę. Z drugiej strony – są też gorsze :) Ale na zdjęciach macie całe „Kolejkowo” w pigułce. Taki spoiler. Moim zdaniem – jeżeli jesteś turystą – nie warto. Jest mnóstwo lepszych miejsc do zobaczenia we Wrocławiu, zamiast tułać się na Świebodzki na 30-40 minutowe show, z którego zdjęcia będą wyglądały lepiej niż Twoje wspomnienia.

Zostaw Komentarz