Czy polski craft przestał zjadać swój ogon?

Czy polski craft przestał zjadać swój ogon?

zamieszczone w: Felietony | 0

Jeszcze nie tak dawno, pewnie kilka miesięcy temu, ten artykuł nazywałby się ‚o tym, jak polski craft zjada swój ogon’. Cóż się zmieniło? I w ogóle skąd na blogu wpis nie dotyczący podróży? I czy będzie ich więcej? Co ja w ogóle wiem o piwie? Odpowiedź na te, i inne, pytania poznacie w następnym odcinku. A teraz z zupełnie innej beczki… Nie, nie będzie innej beczki, będzie właśnie ta. A nawet keg, a nie beczka.

Zacznę odpowiadając na powyższe pytania, żeby sprawnie przejść do meritum. Co wiem o piwie? Coś niecoś. Znam proces produkcji, znam większość stylów, rozpoznaję nieco więcej niż piwo dobre/niedobre (choć w gruncie rzeczy powinno być to jedyne kryterium oceny złocistego napoju), potrafię wymienić jakieś tam gatunki chmieli i, co najważniejsze, dużo piwa piję :) Bakcyla ‚rzemieślniczego’ połknąłem już jakiś czas temu, chyba w okolicach 2009, kiedy w supermarketach po raz pierwszy sięgnąłem po coś innego innego niż koncernowy lager. O ile dobrze pamiętam było to Piwo Żywe albo Koźlak od Ambera, bo w owych czasach właśnie leżący opodal Gdańska browar był symbolem piwa rzemieślniczego. W przeciwieństwie do wielu osób, moja metamorfoza w beer geeka nie trwała długo, bo w 2008 w ogóle zacząłem spożywać alkohol – zatem od razu rzuciłem się na głęboką wodę doznań sensorycznych.

Tak naprawdę to koncernowy lager i w ogóle lager/pils jako gatunek nigdy mi nie smakowały. Będąc na Malcie, gdy wszyscy zachwycali się ichniejszym Ciskiem, ja musiałem wlewać w siebie limoncello i inne likiery. Potem, będąc już na Wyspach, rozkochałem się w cydrze. Bo w brytyjskich marketach były tylko flagowe koncernówki z różnych krajów (Chang, Cobra, nasze Żywce, Heineken itd.), a wówczas craft wyspiarski był jeszcze tak słabo zaawansowany, że o dystrybucji w marketach nie było mowy. A coś trzeba było pić, bo przecież podczas wyjścia do pubu i grania w spoof (bo granie w spoof w każdej wolnej sekundzie to jakiś fetysz brytyjskich bukmacherów, zaraz po nim jest tryktrak czy tam backgammon) nie będę przecież walił cięższych trunków. A cydr po prostu mi smakował. I, jak prawdziwa miłość, od 8 lat smakuje mi niezmiennie, a nawet każdego dnia coraz bardziej.

Czy wpisów mało związanych z podróżami będzie więcej? Tak. Dużo? Nie. Maksymalnie jeden tygodniowo, a raczej jeden na okres, który Brytyjczycy tak pięknie określają jako fortnight. I postaram wmieszać się tutaj wszystkie moje pasje – raczej tylko w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Pozostaje pytanie – po co? Bo zawsze lubiłem pisać, nawet jeżeli nie potrafiłem, zgodnie z zasadą ‚czym się różni amator od profesjonalisty’. W końcu ocena dopuszczająca z języka polskiego zobowiązuje. Taki paradoks, że można pisać do „Przeglądu Sportowego” czy „CD-Action”, jednocześnie nie rozumiejąc, że Słowacki wielkim poetą był. Stąd, czas od czasu, zrobię sobie malutki wpis na temat, którego nie mogę dygresyjnie wpleść we wpisy podróżnicze. Ale bez obaw, ogólny profil blogu się nie zmieni.

Można zatem wrócić do tytułowego pytania. Jeszcze kilkadziesiąt, kilkanaście, a może nawet i kilka miesięcy temu, polski craft (tak, używam hamerykanckiego craft, nie widząc krótkiego polskiego odpowiednika, chyba najbliżej by było scena rzemieślnicza, skrócone po prostu do scena, ale nie będę tu narzucał nowych wyrażeń, gdyż nie jestem trendsetterem… eee… opiniotwórcą ;)) miał jeden zasadniczy i poważny problem – niemal zerową powtarzalność. W zasadzie tylko Pinta potrafiła wypuszczać te same piwa, chociaż miała poważne różnice między kolejnymi warkami (vide Atak Chmielu), a drugi po nich AleBrowar w ogóle miewał długie okresy bez danego tytułu. Ten nawyk zresztą im pozostał.

Pinta jest niekwestionowanym liderem polskiego rynku i należy się poważnie zastanowić, czy jeszcze kwalifikują się jako piwo rzemieślnicze, wziąwszy pod uwagę ilość chmielowej śmietany, którą produkują. Ale to jest raczej dyskusja akademicka z tezą, że craft kończy się w momencie kiedy zaczyna się pokaźny zarobek. Pinta robi świetną robotę propagując rozmaite światowe style, praktycznie nie do zdobycia w Polsce (sahti, sour, biere de garde), a rola edukacyjna zawsze musi być doceniona, nawet jeżeli czasem nagania klientów konkurencji.

Bo w czasach kiedy Pinta miała już ustabilizowaną seryjną produkcję swoich flagowych tytułów, inne obecnie wypływające browary raczej eksperymentowały. W galerii piw, które próbowałem w wersji butelkowanej i uwieczniłem na zdjęciach, znajdziecie mnóstwo tytułów, których już dawno nie ma na półkach lub niedawno zostały wznowione. I teraz miał człowiek wybór – albo kupi w ciemno więcej butelek, bazując tylko na stylu, nie wiedząc czy piwo jest dobre czy nie. Albo następnej warki doczeka się na świętego nigdy.

Warto zaznaczyć, że piszę to z perspektywy mieszkańca Wrocławia, bądź co bądź, metropolii w skali Polski z wieloma sklepami specjalistycznymi. A jeszcze we wrześniu zeszłego roku, gdy szukałem porterów, to dostałem ledwie osiem czy dziesięć różnych, spędzając kilka godzin, jeżdżąc po wszystkich sklepach. Obecnie zaś aż miło wejść, bo półki uginają się od różnorodności i CYKLICZNOŚCI. Browary mają w końcu na tyle mocy przerobowych i, jak przypuszczam, płynności finansowej, by regularnie wypuszczać popularne pozycje, jednocześnie eksperymentując z nowymi stylami. Może nie zawsze dostaniesz Panakeję z Olimpu, a żeby dostać ciekawsze tytuły trzeba mieć znajomości w sklepie, żeby pani, niczym za komuny, odłożyła butelkę, ale mam wrażenie, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

No, prawie wszystko. Nadal są bumelanci, którzy potrafią rozlać zepsute piwo i sprzedawać jakby nigdy nic, zupełnie nie zwracając uwagi na negatywne opinie w necie (hello Ninkasi, macie dożywotni banhammer za tworzenie chujowego piwa). Są browary kontraktowe, które robią piwo zupełnie poza stylem, nawet jeśli bardzo dobre i zamiast zmienić etykietę, sprzedają pod inną nazwą. W zasadzie nawet nie wiem jak to określić, ale na pewno jest to wprowadzanie klienta w błąd i także zasługuje na banhammer. Chociażby tymczasowy. Są też browary opłacające blogerów, którzy ‚we współpracy z’ produkują recenzje, ale tylko pod warunkiem, że recenzje są zgodne z oczekiwaniami sponsora. Tak, chodzi między innymi o ten browar z Wrocławia i tego blogera mieszkającego w pobliżu ;) Tego samego, który tak bardzo obnosi się ze swoim chrześcijaństwem, ale nie zna znaczenia słowa etyka. Tym pozostaje powiedzieć Mat. 7:3.

W końcu są browary, które nie potrafią stworzyć dobrego piwa w stylu, ale dodają mnóstwo zachęcająco brzmiących dodatków, które są ledwo wyczuwalne w smaku czy aromacie. Wrzos, jaśmin, werbena, rokitnik… Chyba każdy zorientowany w temacie wie, o którym browarze mówię. Nie jest on jedyny. Biedny konsument kupi (tak, biednym konsumentem jest podmiot liryczny), wyda 9 zł za butelkę i dostaje coś, co bez problemu mógł nabyć za połowę tej ceny.

Cena to zresztą osobne zagadnienie. Gdzieś ktoś łasi się na gruby hajs. Widać to gołym okiem. Ja pamiętam niezbyt odległe czasy piw rzemieślniczych po 6,00 zł. Naprawdę dobrych piw, nierzadko z browarów, które nadal warzą. Obecnie cena oscyluje raczej powyżej 7,50 zł (czyli 25% wzrostu), ze znikomym skokiem jakościowym. Zresztą stosunek cena/jakość nie rośnie liniowo – po olbrzymim susie z koncernowych lagerów na piwa craftowe, który jest oczywiście skokiem niemal wykładniczym, gdzie za dwa razy wyższą cenę otrzymujemy kilkukrotnie bardzie satysfakcjonujący produkt, potem jednak wzrost ceny niemal zupełnie nie przekłada się na wrażenia sensoryczne. Najlepszym przykładem niech będzie, że do tej pory najsmaczniejszym witbierem na rynku jest, moim zdaniem, ten z Podróży Kormorana, dostępny za niespełna piątaka.

Chyba dalej nie podkreśliłem odpowiedzi na pytanie, więc teraz, jednym słowem – POWTARZALNOŚĆ. W końcu mogę pójść do swojego ulubionego sklepu (dzień dobry, Piwnico), gdzie zostanę wyśmiany kupując krieki, co mnie bardzo zasmuci, ale mam jakieś 83% szans, że to, po co przyjechałem, będzie. I będzie smakowało dokładnie tak, jak tego oczekuję, tak jak smakowała ostatnia warka. I ta przed nią. Że w końcu na polskiej scenie rzemieślniczej jest więcej niż jeden browar, który systematycznie robi porządne piwo. I ciągle ich przybywa.

Będzie warzone :)A wpis stworzyłem z bardzo prostego powodu – dziś z konsumenta stałem się prosumentem. Pierwsza warka jeszcze nie jest nawet w produkcji, ale cały sprzęt jest już gotowy i jak wszystko dobrze pójdzie, już w okolicach święta zmarłych, a pewnie nawet znacznie wcześniej, będzie można się rozkoszować pierwszymi płynami spod znaku DuBrew ;) Zaczynamy od gotowych półproduktów do witbiera, pszeniczniaka i cydru. Jaram się szczególnie tym ostatnim, chociaż zupełnie nie mam pojęcia, jak do tego się zabrać… Darz bór!

Zostaw Komentarz