Co warto zjeść na Cyprze?

Co warto zjeść na Cyprze?

zamieszczone w: Cypr, Europa | 0

Jako że wyspa Cypr jest podzielona między Turcję (pod postacią Tureckiej Republiki Cypru Północnego), a Cypr, więc kuchnia jest nieco melanżem tych dwóch kultur. Zresztą śledząc losy historyczne wyspy, o których napiszę przy okazji innego wpisu, nie trudno się zorientować, że miks turecki, grecki oraz arabski z nutami włoskimi, będzie tutaj wszechobecny. W końcu, geograficznie, wyspie jest znacznie bliżej do krajów Lewantu niż zasadniczej Grecji. A zaczniemy, jak zwykle, od alkoholu, bo jest przecież taki pyszny i konsumowanie go to sama przyjemność.

Miałem to szczęście, że pierwsze kilka noclegów w górach spędziłem, dzięki airbnb, u pewnego emerytowanego Brytyjczyka, który – jak przystało na wyspiarza – był gorącym miłośnikiem zarówno piwa, jak i wina. Gdyby nie on, nie wiem czy uwierzyłbym tripadvisorowi i udał się do mikrobrowaru Aphrodite’s Rock, leżącego kilka kilometrów na północ od Pafos. O browarze popełniłem osobny wpis, drugi mikrobrowar znajduje się w Nikozji, niedaleko granicy turecko-cypryjskiej i też o nim wspominam.

W zasadzie o piwie nie mogę za dużo się rozpisywać, bo Cypr stoi winem. Tak, wiem, tak mówi się o większości krajów basenu Morza Śródziemnego, ale tutaj to rzeczywiście prawda. Mało, naprawdę mało jest wyboru w supermarketach, a sprawdziłem kilka, nie tylko wszechobecny Lidl. Przede wszystkim jest Argus, ale trochę inny Argus niż u nas, chociażby dlatego że nie z Van Pura, a warzony w Grecji i, niby, hellenic lager. Czym się ten hellenic lager różni od zwykłego? Pewnie tylko tym, że w upale zimne piwko smakuje lepiej ;) Oprócz tego bardzo popularny jest Lion, a praktycznie wszechobecny KEO. KEO jest w sklepach, jest w restauracjach, na stacjach benzynowych, również jako importer Heinekena czy cydru Kopparberg. A także poza stoiskami z piwem, bo koncern jest także właścicielem marki wody mineralnej ‚Saint Nicholas’, produkuje mnóstwo świetnego wina (o którym będzie przy okazji wpisu o festiwalu wina) oraz cięższe alkohole – brandy (kupiona, będzie testowana), ouzo (nie kupione, bo nie jestem olbrzymim fanem) oraz zivanie.

Czym jest zivania? Krótko i zwięźle – bimbrem z winogron. Pamiętasz, jak przy okazji wpisu o Gruzji i ichniej kuchni pisałem o czaczy? Albo kiedyś będąc we Włoszech spotkałeś grappę? To jest dokładnie to samo. W każdym kraju ludzie chcą się tanio znieczulić, a jak wiadomo, winem i piwem trochę ciężko. Trzeba było wymyślić jakiś destylat. No i jest. Destyluje się wytłoki z winogron i wytrawne wino, uzyskując napój o różnym woltażu. I mało ciekawym aromacie. Produkt ma moc 45%, czyli sporo i jest nie tylko sprzedawany w sklepie, ale, jak to bimber, także robiony w domu. Poznani Brytyjczycy zgodnie stwierdzili, że od domowej Zivanii można stracić wzrok i oszaleć. Cóż, amatorzy :)

Oczywiście po tureckiej stronie jest już nieco inaczej. Zresztą to w ogóle cały problem z tym wpisem, bo nie do końca wiem, jak go skomponować. Ciągłe skakanie między granicami i przypominanie czy właśnie mówimy o stronie tureckiej czy cypryjskiej (o której pewnie odruchowo będę mówił też grecka, za co na Cyprze złapałem kilka niedobrych spojrzeń) może być męczące, ale po prostu nie mam innego pomysłu. Myślałem nad rozmaitymi italikami, czcionką tłustą lub o innymi kolorze, wyznacznikiem akapitów za pomocą flag, jakimiś graficznymi pierdółkami. No ale nie, wygląda to obrzydliwie, stąd będzie sam tekst. Życie. Dobra, wracając do tureckiej części wyspy i podawanych tam napojów. Króluje oczywiście rakı, które jest pite wszędzie i w zasadzie trudno znaleźć męski stolik bez tego napoju, serwowane oczywiście w tradycyjny sposób, czyli w wysokich, smukłych szklankach, w towarzystwie wody. Co ciekawe, często dodatkiem jest piwo.

Zazwyczaj Efes. W ogóle ciężko gdziekolwiek poza naprawdę dużymi supermarketami znaleźć piwo spoza grupy Efes. Raz dorwałem Bomonti, po czym okazało się, że to także należy do tego samego producenta i jedynym zaskoczeniem było, że w Turcji robi się red ale. Podstawowy Efes pilsner nie jest zły, jak na international lagera, może się nawet kwalifikować jako dobry, ale raz jeszcze – w dużej mierze jest to kwestia klimatu – im goręcej, tym zimniejsze piwo jest smaczniejsze. Ach, są jeszcze cydry. O ile obecność cydrów w greckiej części wyspy, która była pod długą protekcją brytyjską, mnie nie zdziwiła, tak już popularność po tureckiej stronie? Co najmniej dziwne. Były oczywiście zarówno produkty szwedzkie (Kopparberg, Rekordelig), jak i wyspiarskie (Strongbow, Magners). I ani razu nie widziałem, żeby miejscowy kupował w markecie czy pił w knajpie :)

A jeżeli alkoholu nie pijesz? Soków na bazie owoców jest dostatek i, jak przystoi na kraj śródziemnomorski, są to troszkę inne smaki niż w Polsce. Granat, cytryna, limonka, jabłko, pomarańcza. Ale drogie, drogie to wszystko w cholerę. I to nawet nie o świeżo wyciskanych, tylko kartonach na bazie koncentratu. Ale drożyzna w sklepach pewnie przewinie się gdzieś we wpisach jeszcze kilka razy. Po tureckiej stronie naturalna jest oczywiście herbata. Specyficzna, diabelnie mocna i bardzo słodzona herbata, pochodząca z Rize i zaparzana w tradycyjnym, piętrowy czajniczku. Ma ona nieco inny smak niż ta z dalekiego wschodu, ale to nadal czarna herbata i chociaż może dziwić podawanie gorącego napoju w wysokich temperaturach, funkcja termoregulacyjna takiego zabiegu jest powszechnie znana. A na śniadanie ayran. Zresztą nie tylko na śniadanie, ale do ayranu trzeba się przemóc, bo jest… dziwny. I to stwierdzenie pada z ust człowieka, który U-WIEL-BIA nabiał. Pod każdą postacią – jogurtu, maślanki, serów, twarogu, śmietany. I kocham mleko. Ale tutaj, ta mieszanka z wodą. Na słono, z ziołami. Nie wiem, nie wiem, nie potrafię się przemóc i gdzieś w głowie zapala się czerwona lampka, mówiąca „hej, ziomek, to ma być słodkie albo neutralne, ale na pewno nie słone!”.

O ile na Bałkanach czy Bliskim Wschodzie meze stanowi pewną zakąskę czy po prostu przystawkę przed daniem głównym, tak na Cyprze urosło do roli dania głównego i w zasadzie zamawiając meze, dostaniecie całościowy przegląd kuchni cypryjskiej, więc chociaż raz jest to absolutna konieczność. Czemu tylko raz? Do miriad innych powodów, które czynią samotne życie niemal bezużytecznym, dochodzi zamawianie meze na Cyprze. Nie da się dla jednej osoby. No po prostu się nie da, nie można, nie, nie, nie, muszą być co najmniej dwie porcje. Trochę jak z paellą w Hiszpanii, chociaż empatyczni Hiszpanie zlitowali się nad samotnym podróżnikiem i dostałem kiedyś całą patelnię arroz negro oraz poklepanie po plecach w pakiecie. Na Cyprze empatia nie istnieje, szczególnie jeżeli wyglądasz na turystę z Rosji, a jednak dla każdego nie-słowianina, Rusowie od Polaków różnią się niewiele.

Są dwa rodzaje meze – rybne (chociaż bliższe byłoby określenie ‚owoce morza’) oraz mięsne (tutaj z kolei niektóre restauracje dzielą na grillowane i kompletne) i oba obejmują przekrój dań oferowanych przez restaurację w postaci malutkich porcji, pozwalających spokojnie zagryzać sobie i delektować się rozmową. I co chwilę donoszone jest więcej. I więcej. I więcej. Przy spożywaniu rybnego meze, kucharze narzucili takie tempo, że w pewnym momencie skończył nam się stół (czteroosobowy dla dwuosobowego meze). Dlatego też optymalnym stosunkiem osób do dań jest 3:2. Meze trzeba zamówić dla 2+ osób, ale spożywać powinno je o 1.5x więcej, szczególnie jeżeli na pokładzie są kobiety. W przeciwnym wypadku można nie dotrwać do końca, a oczywiście warto. Jakiej ceny za meze możemy się spodziewać? Mięsne to od 15 do 20€ za osobę, rybne kilka euro więcej. Tak, bardzo dużo.

Podróż rozpoczyna się podejrzanie spokojnie. Ot, sałatka grecka. No i, zazwyczaj jeszcze ciepła, pita. Zresztą pitę dostajemy zawsze, do każdego zamówienia. Zapamiętajcie to – praktycznie w każdej restauracji, w cenę posiłku wliczona jest przystawka w postaci oliwek/kaparów/okry oraz pity lub chleba z oliwą. Tak po prostu. Zresztą o gratisach na stole jeszcze będzie. Oprócz sałatki, na arenę wkraczają również inne przekąski, w większości dipy, które będą nam towarzyszyły do końca imprezy. I już jest ciekawie. Buraczki marynowane z czosnkiem może nie są czymś specjalnym, ale ja z taką potrawą nigdy się w Polsce nie spotkałem. Ciąg dalszy warzyw z czosnkiem – smażone pieczarki. Takie olbrzymie, pokrojone na płatki. Hmmmm… Grzyby to chyba nie warzywa. Nieważne. To akurat żadna nowość, jedyne co może zaskakiwać, to rozmiar pieczarek – w naszych marketach trzeba by dużo przebierać, by znaleźć takie wielkie. Papryczki to raczej norma i na moje, dość wyśrubowane, normy ostrości, są dość zwyczajne. Ot, papryczki pepperoni w zalewie, dostępne w każdym polskim sklepie w słoiku. No, może trochę bardziej zielone ;) Oliwki… Oliwki to temat rzeka – z oliwkami na południu jest trochę jak… hmmm… z jabłkami u nas? Jest mnóstwo gatunków i każdy inny. I niekoniecznie trafisz na dobry – czasem są za gorzkie, czasem zbyt mdłe, ale duże prawdopodobieństwo, że otrzymasz mięsiste, niezbyt słone oliwki – prawdziwe perełki. Nie muszę chyba dodawać, że z pestkami? :) I jeszcze kolejne dziwactwo – moungra – marynowane kalafiory.

Dobra, nowy akapit, zatem dodatki. Albo ogólnie pojęte hasło dipy, czyli coś na kształt – by pojechać Spejsonem – sosiwa. Hummus zna chyba każdy – jest to bliskowschodni odpowiednik pizzy, jeżeli weźmiemy pod uwagę pewien internacjonalizm. Hummus można, niemalże, kochać albo nienawidzić i jego smak jest trudny do opisania. I o ile pozostałe przystawki rotują w różnych restauracjach, tak hummus jest obecny zawsze. Tzatziki lub po tureckiej stronie cacık jest również powszechny w Polsce. I jednak smakuje znacznie lepiej niż u nas, mimo że przepis jest prostu jak konstrukcja cepa. Bo jak można lepiej zrobić ogórka z jogurtem, oliwą, czosnkiem i przyprawami? Jak widać można – może to kwestia specyficznego jogurtu greckiego? Przejdźmy zatem do czegoś mniej znanego u nas – na przykład taramosalata. Dip, a może raczej, uwzględniając konsystencję, pasta o fantastycznie różowym kolorze, niczym jednorożec Joli Rutowicz. Zazwyczaj robiony z ikry dorsza, puree ziemniaczanego, soku z cytryny oraz oliwy. I dodatków, zależnych od upodobań szefa kuchni. I chyba właśnie te dodatki są kluczowe – w restauracji z najlepszym i naprawdę przepysznym taramosalata, kelner mówił o ‚tajemniczej mieszance’, wcześniej zaś trafiały się naprawdę trefne wersje niemal cuchnące rybą. Dobrze zrobione jest naprawdę przepyszne i byłem zaskoczony, bo ikra rybna jakoś nigdy nie należała do moich ulubionych potraw. Tahini to taka dziwna rzecz, bo funkcjonuje zarówno jako składnik hummusu, jak i samodzielna przystawka. Pasta z prażonego sezamu – spodziewałem się czegoś pokroju masła orzechowego, ale gdybym miał do jakiegoś znanego mi smaku porównać, to raczej prażony słonecznik. I to przepalony – gdy trafiają się ciemniejsze ziarenka i mają taki gorzki posmak, wyraźnie odczuwalny na tle innych ziarenek. Razu pewnego dostałem skordalię, która totalnie mi nie smakowała. Ziemniaki ubite z czosnkiem, oliwą i migdałami na jednolitą masę – tragedia. No bo jak jeść pitę z masą ziemniaczaną :| Po tureckiej stronie bardzo popularny jest kısır, zresztą nie zdziwię się, jeżeli spotkaliście się z tym dodatkiem w polskich kebabach – sałatka z kuskusu lub bulguru z pietruszką, pomidorami, często także cebulą i ogórkiem.

I tak męczymy sałatkę, pitę, rozmawiamy sobie i nagle nadciąga półmisek z mięsem. Kebab czy tam gyros, keftedes, stifado, loukaniko, souvaki, kotleciki z jagnięciny/baraniny oraz kurczaka. Duży wybór i prawdziwa panorama smaków. Keftedes to przepyszne, mocno przyprawiane kotleciki z wołowiny. Mięso głównie łączy się z pietruszką oraz czosnkiem i właśnie te dwa smaki dają tak wyraźny aromat. Kebab to klasyczny adana kebab, czyli grillowany na metalowym mieczu i trudno mi ocenić, jaka jest różnica między kebabem, a innymi souvaki, bo tak nazywa się większość potraw mięsnym grillowanych na mieczu. Loukaniko, rodzaj kiełbasy wieprzowej, dostępny w każdym sklepie, oczywiście przyprawiony inaczej niż u nas.

Moussaka pokazuje kwintesencje różnicy kulturowej między północą, a południem. Oczywiście jest to danie bazujące na bakłażanie, ziemniakach, mięsie mielonym oraz różnych innych dodatkach. Na południu serwowane na modłę grecką, czyli w postaci swego rodzaju ciasta, polanego sosem beszamelowym, z warstwami wyraźnie widocznymi w przekroju. Po tureckiej stronie moussaka jest już zgodna z lokalnymi tradycjami – powyższe składniki, podsmażone na gorących oleju zapieka się z cebulą, pomidorami i papryką, niespecjalnie martwiąc się o warstwy i estetykę, bo przy podawaniu i tak wszystko jest wymieszane i otrzymujemy niemal jednolitą, brunatną maź. Coś na kształt naszego gulaszu. Ale zapewniam – smakuje lepiej niż wygląda :) Dolmades to kolejna potrawa spotykana w całym rejonie morza śródziemnego – odpowiednik naszych gołąbków, czyli liście winogron faszerowane ryżem z mięsem. I bardzo malutkie. U nas jednym gołąbkiem zrobionym ‚po babcinemu’ można się najeść, tam dolmades mają rozmiary męskiego pen… palca. Ale to już zależy od mężczyzny ;) Powiedzmy że około 10cm. I podobno liście polskich winogron też się nadają, są tylko nieco twardsze i bardziej mięsiste, ze względu na klimat.

Ser halloumi zasługuje na osobny akapit. Nie tylko dlatego, że tak będzie estetyczniej i kompozycja będzie bardziej logiczna. Po prostu – gdybym miał polecić jedną rzecz, której należy spróbować na Cyprze, dla której warto tam pojechać, to właśnie byłoby smażone halloumi. Ze względu na specyficzne składniki (ser z mieszanego mleka koziego, owczego oraz krowiego), halloumi ma bardzo wysoką temperaturę topnienia, dzięki czemu idealnie nadaje się do podsmażenie na grillu czy patelni. Potem zaś fantastycznie komponuje się po prostu w kanapkach, czy z grzankami i odrobiną oliwy, jak również w sałatkach. Dla mnie słoność mleka koziego idealnie przełamywała słodycz winogron czy granatu. Klasyczna sałatka grecka z grillowanym halloumi zamiast fety również zyskuje nowego wymiaru.

Teraz mała legenda, która stwarza otoczkę dokoła dania, kompletnie na nie nie zasługującego. Kleftiko. Kleftiko… kleftos… kleptos… kleptoman. Już kojarzycie to greckie słowo? Kleftiko znaczy po prostu kradzione i etymologia pochodzi oczywiście z greckich gór – była to ulubiona potrawa drobnych górskich rzezimieszków i złodziei. Kradli kozę – chociaż obecnie używa się tańszej i smaczniejszej jagnięciny – i po zarżnięciu umieszczali mięso w naturalnym kominie – szparze skalnej lub przygotowanej dziurze w ziemi, wraz ze źródłem gorąca, wejście zalepiając gliną czy błotem. Całość była zostawiona na kilka godzin, piecząc i wędząc się jednocześnie. Obecne grille nie zapewniają tak długiego opiekania mięsa, chociaż nadal w opinii większości restauracji, w dobrymi guście jest posiadać działający piec przed lokalem. Często jest to piecyk nazywany po angielsku beehive oven i rzeczywiście przypominający naturalny ul, znany chociażby z bajek o Kubusiu Puchatku. W środku, miast do miodku, dobierasz się do mięska. Niekoniecznie pysznego.

Szczerze mówiąc – kleftiko, jedzone dwa razy, mnie rozczarowało. Nie jestem ogromnym fanem baraniny – w kebabie bywa wyśmienita, ale trzeba ją umieć przyrządzić. Na dodatek pierwszy raz miałem do czynienia z baraniną (hmmm… chyba nawet jagnięciną) z kości. I mięso było fatalnej jakości. Żylaste, twarde, tłuste. Nie podeszło. Podobnie jak kleftiko, rozczarowało stiffado, druga potrawa flagowa większości restauracji na Cyprze. Miast gulaszu cebulowego z mięsem (na to byłem przygotowany studiując przewodniki) dostaliśmy po prostu kawał mięsa na kości z cebulą w sosie własnym. Słabo to wyglądało, smakowało nieco lepiej niż kleftiko, ale nie zachęciło do mięsa na Cyprze.

Tak naprawdę, już po pierwszym skosztowaniu owoców morza, wiedziałem że mogę w całości się na nie przesiąść, podczas podróży po Cyprze, mięsa próbując tylko w małych ilościach w celach poznawczych. A najbardziej zniszczyły mi umysł ośmiornice pieczone na grillu ze świeżą cebulą. I zanim krzykniesz, że to barbarzyństwo, że jak można ośmiornicę z grilla, która sama w sobie jest wybitna, splamić cebulą. Tak samo zareagowałem. Po chwili zaś spróbowałem i, cytujący panią Stasię z „Klanu” – „bożesz ty mój!”. Jakie to fantastyczne połączenie i orgia smaków – cebula (biała, chyba lekko skropiona cytryną) dodaje ośmiornicy odrobiny ostrości i pikanterii, przyjemnie szczypiąc język. Świetne, świetne.

Ciąg dalszy meze z owoców morza był równie wyborny, bez dwóch zdań moja najlepsza kolacja na Cyprze. Młode ośmiorniczki w cieście, chociaż prawie trzykrotnie większe niż pamiętałem z Andaluzji, oczywiście zrobiły robotę, bo jakże mogłoby być inaczej :) Nie do końca smakowały mi smażone małe kraby, miałem wrażenie spożywania bardzo starych, grubo pociętych chipsów. Smażone krążki kalmarów w cieście, na modłę amerykańskich onion rings, to norma dostępna w knajpach na całym świecie, nawet tych z dala od słonej wody. Interesujące były krabowe klopsiki, czy tam kuleczki, w cieście na gorącym oleju z wystającymi szczypcami jako uchwyt do obgryzania. Jak nie przepadam za mięsem z krabów, to było całkiem smaczne. Ryby to pewnie materiał na osobny artykuł, ale nie miałem okazji wgłębić się bardziej w ten temat. Z tańszych, szeroko dostępne są klasyki Morza Śródziemnego – dorada, barwena, labraks (seabass). Z droższych jest oczywiście wszystko, w końcu przyjeżdżają tutaj bogacze – musi być polędwica z tuńczyka czy homary. Ale kogo na takie ekstrawagancje stać? :)

A co ciekawego z mięs możemy dostać na północy? Wiadomo, kebab! Szczerze mówiąc, po tureckiej stronie skupialiśmy się raczej na przekąskach, bo mieliśmy cudowne mieszkanie z airbnb, w którym dwie kolacje gotowaliśmy sami, a podczas całodobowych wycieczek w 35+ stopniowym upale, nie zaleca się zbytniego obżarstwa. Stąd jedyna ciekawa rzecz, na którą się natknąłem, trafiła się na obrzeżach Nikozji. To znaczy Lefkozji. Przechodzimy z małym głodem wzdłuż głównej ulicy, a tam coś na kształt piekarni. Wiedzeni powszechną dla turysty metodą (dużo tubylców = dobra knajpa), zatrzymujemy się i mamy do wyboru serwowany na kilkanaście sposobów börek. Jesteśmy zatem w börkowni :) Upraszczając – naleśnikarni. Ale to spore uproszczenie, ciasto na börek ma więcej wspólnego z ciastem francuskim, niż naszym naleśnikowym. Ciasto ma rozmaite nadzienia oraz stopnie wypieczenia, a serwowane jest, oczywiście, w towarzystwie gorącej herbaty za grosze. Dosłownie. Za dwie herbaty z dolewkami i trzy różne börki, zapłaciliśmy niewiele ponad 5 Lir tureckich, czyli pięć złotych. Oj, spodobała nam się turecka część wyspy, tym bardziej, że börek był naprawdę smaczny – mnie rozczarował tylko fakt, że nadzienie serowe było na słono. Aż prosi się, by dać tam nieco rodzynek, skórki pomarańczowej i cukru wanilinowego.

Pierwsze dni, co już chyba wspominałem, przyszło spędzić w górach, które latem są niewiele chłodniejsze od plaż, chociaż trzeba przyznać, że wieczorami temperatura spada do poziomów, gdzie dziewczyny narzekają na lekki chłód. I góry żywią, a owoce rosną, dosłownie, na ulicy. Jeżeli dysponujecie samochodem (a skoro jesteście w górach, to pewnie tak jest), to w zasadzie nawet nie trzeba brać kanapek. Winogrona i granaty są wszędzie. I nikt tego nie pilnuje, bo skoro są wszędzie, to nikomu z głowy korona nie spadnie, jeżeli zginie jedna kiść lub kilka owoców granatu. Jak się dobrze rozejrzycie, znajdziecie też cytrusy – pomarańcze rozmaitych kolorów oraz cytryny. Pierwszy też raz miałem okazję zobaczyć, jak rosną migdały i byłem w niemałym szoku. Tyle wizyt na południu i jakoś dopiero dopiero teraz zostałem rozdziewiczony w kwestii spróbowania migdału prosto spod drzewa.

W sklepach i na straganach widać jednak nie tyle inną strefę klimatyczną, co raczej finansową. Jabłka drogie jak cholera, winogrona, mimo że natywne, niewiele tańsze, za to mnóstwo bakłażanów, troszkę inna w smaku cebula (w dodatku bardzo duża). Gdzieniegdzie dostaniemy także okrę, szczególnie nad morzem. Na dobrą sprawę jednak, warzywniaki nie różnią się od polskich, aż tak bardzo, jak się spodziewałem, a dostępnością różnych rodzajów oliwek byłem nawet rozczarowany.

Desery i słodycze po tureckiej stronie to temat rzeka. Ale na południu już nie bardzo. Przede wszystkim mrożony jogurt to absolutny majstersztyk – ja preferuję z miodem, ale niektórzy wolą czysty lub z innymi dodatkami i polewami. Nie dajcie się jednak nabrać na lody o smaku jogurtu – te są niesmaczne, lody je się raczej tylko we Włoszech. Natomiast tradycyjny jogurt grecki, nawet jeżeli jakoś przetworzony, jest smaczniejszy, zdrowszy oraz, co może być w strefie cenowej Cypru najważniejsze, tańszy. Za dużą porcję zapłacimy średnio 4€ – tak, to nadal jest sporo, ale trzeba pamiętać, że operujemy cenami w jednym z najdroższych krajów południa Europy. Dla wielu interesujące może być także shoushouko, czyli orzechy lub migdały oblane lekko zagęszczonym sokiem z winogron i pozostawione na słońcu do wyschnięcia. Znane też w innych krajach, w których dostępne są winogrona – w Gruzji pod nazwą czurczchela lub gruziński snickers.

Przenieśmy się zatem na północ, bo Turcy, jako lud mocno związany i przez lata dominowany przez Arabów, za słodyczami przepadają. Bakłavę dostaniecie w praktycznie każdym lokalu, najczęściej podawaną z lodami waniliowymi i, o ile jest świeża, warta jest każdej ceny. Trzeba jednak uważać, bo nie jest tylko słodka. Jest arcysłodka, w ulepkowy sposób zapychający usta. Stąd lody są dobrym dodatkiem. Cukier, miód, rozmaite orzechy, ciasto – zdrowe to nie jest. Ale jakie smaczne! Anielskie włosy to delikatne i drobne wstążeczki makaronu, znacznie węższe i drobniejsze niż spaghetti, serwowane z podobnymi dodatkami, co bakława – słodki syrop oraz orzechy. Ravani, chociaż tradycyjne dla Grecji, serwowane jest głównie na północy i ciasto z kaszy nie jest często spotykane w naszych rejonach geograficznych. Rachatłukum jest zarówno w Grecji, jak i Turcji, bardziej znane jako lokum. Coś na kształt galaretki, bardzo popularny prezent przywożony do Polski.

Co jeszcze z ważnych lub interesujących ciekawostek, dotyczących kuchni na Cyprze? W grubo ponad 80% restauracji, napiwek jest automatycznie wliczony w koszty posiłku i jest to zaznaczone w karcie. Bardzo wygodna opcja i popularna do tego stopnia, że w pewnym momencie przyjmujemy to rozwiązanie za pewnik i nawet potrafiły się przytrafić krzywe spojrzenia, gdy po wyjściu z lokalu nie zostawiliśmy ani grosza. Skąd takie rozwiązanie? Spora część mniejszych restauracji to biznesy niemal w całości rodzinne. Wita i wręcza nam menu głowa domu i od tego czasu co jakiś czas będzie nas odwiedzał przy stole. Żona i dzieci donoszą potrawy, a gdy już poprosimy rachunek, wraca gospodarz. I okazuje się, że to nie koniec biesiady, bo zaczynają się gratisy. Odniosłem wrażenie, że nikt nie chce, abyśmy opuścili lokal, a jednocześnie, nie wypada żebyśmy siedzieli przy pustym stole. Stąd zaraz po przyjściu zaczynamy od czegoś lekkiego, nawet jeżeli jest to chleb z oliwą, oczywiście za darmo. A pod koniec sypią się ciasta, soki i wino. Domowe, które wcale nie jest domowe. Ale nadal to najlepszy wybór, chociaż mówię to z pozycji amatora, jeżeli chodzi o temat wina.

To by było na tyle, Szanowni Państwo. Rozpisałem się niemożebnie, mam chociaż nadzieję, że dobrze bawiłeś się, czytając te wypociny. Zapraszam do konstruktywnej dyskusji w komentarzach.

Zostaw Komentarz