Co jeszcze można zobaczyć w Paryżu?

zamieszczone w: Europa, Francja 0

Tak w zasadzie to wpis o takim tytule i temacie mógłby się ciągnąć niemal w nieskończoność niczym „W poszukiwaniu straconego czasu”, bo nudzić się w Mieście Światła nie sposób. Oczywiście wszystko zależy od upodobań turysty, bo jeżeli ktoś będzie szukał… nie wiem co abstrakcyjnego można dać tutaj za przykład… snorkelingu, żużla albo ptaków pasa równikowego, to zawsze zorganizuje sobie czas. Jest tutaj bowiem wszystko – sztuka, pod różnymi postaciami, mnóstwo architektury, tchnięcie historii, plamy zieleni pośród betonowej dżungli, seks i erotyka, piękne samochody i szybkie kobiety, wyborna kuchnia i topowa moda. Trzeba mieć tylko troszkę czasu i niekończącą się sakwę pieniędzy.

O pieniądzach przy okazji innych wpisów tylko wspomniałem, więc rozwinę temat – żeby swobodnie zwiedzać Paryż przez cały dzień, poruszając się za pomocą komunikacji miejskiej, wliczając jedną lub dwie płatne atrakcje i jeden posiłek na mieście, potrzeba lekką ręką 50€. Oczywiście na osobę. Jeżeli w ogóle już zaczynamy mówić o finansach, to kilka faktów – lecąc z Polski tanimi liniami, trafia się na lotnisko Beauvais. To miasteczko leżące jakieś 80 km od Paryża i jeżeli ktoś się spodziewał, że wyląduje nad Sekwaną, będzie miał zaskoczenie. Na transport oficjalnym autobusem trzeba wysupłać kilkanaście euro. Są alternatywy w postaci prywatnych busów transportowych, jednak wyjątkowo podejrzanej jakości. Ach, tak jak z prawie każdym innym biletowanym wejściem w Paryżu, jeżeli wejściówki nabędziesz przez internet, będą tańsze. Nieznacznie, bo zazwyczaj jest to jakieś 10%, ale chyba lepiej mieć niż nie mieć. Tym bardziej, że w przypadku takiego Disneylandu 10% to już kilka Euro.

Jak się poruszać po mieście? Na to pytanie odpowiedziało już Stare Miasto – metro, autobus, tramwaj i znowu. A najlepiej pieszo. Owszem, w kluczowe miejsca trzeba dojechać metrem, chyba że stać nas na noclegi w Ritzu czy innym hotelu w centrum. Metro jest bardzo dobrze oznaczone, kursuje często i poruszanie się nim przebiega bardzo sprawnie. Chociaż, jak to metro, pozostawia sporo do życzenia jeżeli chodzi o wrażenia sensoryczne, ale przecież zależy nam na czasie. W momencie gdy wysiądziesz w kluczowych punktach miasta – w pobliżu Sekwany – wszystko inne jest w zasięgu Twoich stóp. No, prawie wszystko. Znacznie bardziej oddalone od Paryża atrakcje, jak Wersal czy Disneyland są także dostępne metrem, a raczej kolejką podmiejską, ale bilet na nie kosztuje już kilkanaście Euro. Normalny bilet na metro to 1.80€, w pakiecie 10 sztuk 14€, można oczywiście kupić też dniówki.

Wielkość Luwru, dawnego pałacu królewskiego, widać na jednym ze zdjęć, które wykonałem na szczycie Montparnasse. Zresztą nie na darmo jest to jedno z największych muzeów świata i na dokładne zwiedzenie takiego kolosa, trzeba poświęcić pewnie cały dzień. Chociaż nie ma co się rzucać na głęboką wodę. Jeżeli w rodzinnym mieście/kraju nie chodzisz po muzeach czy galeriach, to kiedy nagle trafisz do jednego z największych zbiorów sztuki na świecie, nie będziesz w stanie tego docenić. A wejść tylko po to żeby zrobić sobie selfie pod obrazem Leonarda da Vinci (tak, także tym najbardziej sławnym), Rafaela czy Delacroix jest, nazwijmy to wprost, żenujące i prostackie.

Dość długo można się też zastanawiać nad pochodzeniem części eksponatów. Przecież nie znalazły się tutaj z dobrej woli twórców, ani nie zostały kupione na wolnym rynku. Najczęściej były zdobywane podczas licznych francuskich podbojów – zarówno przez kradzież, jak i część traktatów pokojowych, zatem sensu stricte, również kradzież. Trudno oczekiwać by kilkadziesiąt tysięcy eksponatów z dorzecza Nilu czy Bliskiego Wschodu znalazło się w zbiorach Luwru przypadkiem lub dzięki badaniom archeologicznym. Z drugiej strony, widząc co dzieje się obecnie na terenach opanowanych przez ISIS, może to i lepiej, że dziedzictwo kulturowe homo sapiens znajduje się wśród bardziej ucywilizowanych przedstawicieli gatunku?

Z trzeciej strony… Chyba większość podróżników (a skoro jesteś na tym blogu, to masz chyba w sobie coś z odkrywcy) ma w sobie ukryty pierwiastek Indiany Jonesa. I możliwość odwiedzenia prawdziwej Świątyni Zagłady rajcuje znacznie bardziej niż rzeźby czy malowidła w muzeum. Nawet rekonstruowane w XX i XXI wieku zabytki w pierwotnym środowisku, działają nieporównywalnie szerzej na wyobraźnie, niż najważniejsze dzieła sztuki zamknięte w sztucznej aranżacji, otoczone setkami ludzi, z których znakomita większość nie jest w stanie ich docenić i przybywa do British Museum, Ermitażu czy Luwru tylko celem zrobienia check-in’u na fejsie. Co gorsza, ten trend raczej rośnie niż spada.

Nie powinno dziwić, że jako naród z tak bogatą historią, z której jest bardzo dumny, Francuzi wypełnili swoją stolicę rozmaitymi świadectwami tej historii. W centrum miasta, rzeźby są w zasadzie wszędzie i nie ma skrzyżowania ani uliczki by na jakąś nie natrafić. W parkach, nad Sekwaną, przy mostach. Nigdzie nie widziałem takiego natłoku. A raczej bogactwa, bo natłok budzi negatywne skojarzenia.

Jednym z największych skupisk rzeźb jest Most Aleksandra III, powstały pod koniec XIX w., jako , którego nazwa nawiązuje do rosyjskiego cara Aleksandra III, sygnatariusza sojuszu francusko-rosyjskiego z 1892. Kamień węgielny pod budowę mostu wmurował panujący ówcześnie syn Aleksandra III, Mikołaj II Romanow, ostatni car Rosji. Nie bez przyczyny most jest uznawany za najpiękniejszy w Paryżu. Secesja gwarantuje bogate zdobienia i niezliczone detale, z których każdemu można poświęcić osobny akapit. Szczególną uwagę należy poświęcić personifikacjom rozmaitych okresów Francji oraz najważniejszych cech tego państwa (handel, nauka, sztuka, przemysł) czy Nimfom Newy. Miedziane nimfy znajdują się na środku mostu, a analogiczne odlewy można zobaczyć na zaprojektowanym przez Eiffla Moście Trójcy rozciągającym się nad Newą w Sankt Petersburgu.

Z nietypowych personifikacji, warto wspomnieć o kobietach symbolizujących najważniejsze miasta Francji przy placu de La Concorde (Bordeaux, Brest, Lille, Lyon, Marsylia, Nantes, Rouen i Strasbourg). Rozrzucone po mieście postaci istotne dla historii Francji nie dziwią ani trochę – Karol Wielki na koniu pod Notre Dame, kilka pomników Joanny D’Arc, królowie, głównie z rodu Burbonów, a także bardziej nowożytne postacie w charakterystycznych pozach – Georges Clemenceau, premier Republiki Francuskiej w czasie I Wojny Światowej czy gen. Charles de Gaulle. Nie brakuje też postaci ważnych dla historii świata – Simon Bolivar przy moście Aleksandra, Thomas Jefferson nad Sekwaną, George Washington w 16. dzielnicy (co łączy te trzy postaci? z jednej strony – wolność, z drugiej strony – prztyczek w nos kolonialnym rywalom), a także Winston Churchill, co jest zaskakujące, wziąwszy pod uwagę niechęć Francuzów do sąsiadów zza Kanału Brytyjskiego (chociaż skoro piszę o Paryżu, powinienem mówić kanału La Manche ;)).

A potem człowiek trafia na Champs Elysee. I chociaż nazwa Elizjum w obliczu historii pewnie może być interpretowana na różne sposoby, to marna iskra poety, która zamieszkuje gdzieś tam we mnie głęboko i nie została jeszcze uduszona przez dławiący rytuał codziennego życia i lata szkół wbijających schematy, widzi tutaj kilka warstw, kilka analogii, kilka kolejnych dowodów na cykliczność historii. Tak jak greckie Elizjum, tak samo paryskie Pola Elizejskie mogą być dla wielu ludzi końcem życia, namiastką szczęścia po wypiciu wody z Lete, którą tym razem będą pieniądze lub inne formy przyziemnego zaspokajania własnego ego.

Owszem, jest tutaj kilka teatrów czy kabaretów, a na chodnikach można spotkać ulicznych artystów, ale wydaje się to być tylko produktem ubocznym dwóch największych bolączek obecnej ludzkości – kultu pieniądza i zakupoholizmu. Jeżeli nie masz sklepu na Champs Elysee, nie istniejesz na francuskim rynku, a pewnie także na europejskim czy światowym. Są tu marki typowe dla Francji – olbrzymie, wielopiętrowe salony Citroena i Renaulta, co oczywiste, oferujące znacznie więcej niż tylko samochody. W Renault był bolid Formuły 1, a w Citroenie wielopiętrowa ślizgawka, zupełnie nieadekwatna do tematyki salonu.

Oczywiście są też rozmaite marki ze świata mody. Na tyle globalne, że znam je nawet ja, mimo że od prawie dwóch lat nie kupiłem żadnego ciucha i dawno już wyrosłem z przekonania, że magiczny znaczek nike czy adidasa na ubraniu dodaje estymy. Chociaż nadal uważam, że może znacząco podbić samoocenę. Jest sklep Abercrombie&Fitch, którym moja siostra była zachwycona. Francuskie marki jak Louis Vitton czy Lacoste i popularne marki globalne jak Tommy Hilfiger czy Hugo Boss, jak i sklepy z ekskluzywnymi towarami – Tissot, Tiffany & Co czy Cartier. A także gigantyczny, piętrowy sklep z kawą Nespresso, na pewno największy sklep dedykowany kawie, który widziałem w życiu.

Rozczarował mnie sklep Paris Saint-Germain. Jedyny liczący się paryski klub (w ogóle to fenomen, bo w każdym zaawansowanym futbolowo kraju, stolica ma co najmniej dwóch reprezentantów w ekstraklasie, często walczących o najwyższe laury; jasne, Niemcy są wyjątkiem, ale to wydaje mi się jest bardziej związane z dawnym podziałem finansowym na RFN i NRD) ma piętrowy sklep na polach elizejskich i jest to chyba jeden z gorszych sklepów klubów piłkarskich jakie widziałem. Cóż, nie widziałem ich sporo, ale PSG od kiedy zostało przejęte przez Katarczyków odcięło się od wszystkich grup kibicowskich i stało się mekką „pikników”. I sklep wydaje się do tego nawiązywać, bo mało w nim historii, a sporo obecnej komercji. Pamiętam sklep Celticu Glasgow, który był również, w pewnym sensie, lekcją historii. Sklep PSG, poza jedną tapetą na schodach, z historią ma niewiele wspólnego. Ma sprzedawać koszulki i tyle. Słabo.

O Sekwanie napisałem kilka słów już przy okazji poprzednich wpisów i w zasadzie mógłbym to tylko powtórzyć. O ile Sekwana jest rzeczywiście dość malownicza i ma bardzo liczne mosty, które chyba wszyscy ludzie bardzo lubią, może jako zwycięstwo sił człowieka nad naturą. Popłynąłem? Chyba troszkę :) Większość mostów jest oczywiście zawalona kłódkami. Ba! Na niektórych siedzą ludzie z markerami sprzedający kłódki, chociaż takich handlarzy widziałem już także we Wrocławiu. I zupełnie nie rozumiem na czym polega fenomen przypięcia kłódki z inicjałami czy pełnymi imionami na most i dlaczego jest to dużo lepsze niż przypięcie na barierkę uliczną, do latarni czy barbarzyńskie wydrapanie w korze drzewa.

Łuk triumfalny zostawiłem jako swoisty deser swoich opowieści dziwnej treści o Paryżu. Genezę samych łuków triumfalnych, sięgającą początków naszej ery, zna chyba każdy, kto nie spał na lekcjach historii lub oglądał/czytał jakiekolwiek dzieła dotyczące Cesarstwa Rzymskiego. Od czasu zakończenia podbojów rzymskich, nowe łuki pojawiały się przez wieki incydentalnie, powróciły pod koniec XVI w., głównie jako ozdobne bramy miejskie, a w roli dziękczynnej/pamiątkowej zaczęły się pojawiać w drugiej połowie XVIII w..

Najbardziej znany łuk Paryża (są bowiem jeszcze dwa – jeden, klasyczny, przed wejściem do Luwru, drugi już bardzo nowoczesny w dzielnicy La Defence) miał uczcić wszystkich poległych i zasłużonych dla Francji Rewolucyjnej oraz podbojów napoleońskich. Sam Napoleon Bonaparte, główny pomysłodawca, nie miał możliwości zobaczyć ukończonego łuku, a kiedy ze swoim austriackim hołdem, Marią Ludwiką, wracał do Paryża w 1810, musiał paradować pod drewnianą namiastką późniejszego dzieła. Do najciekawszych legend związanych z łukiem należy na pewno ta o ostrzu reliefu „Masylianka”. Jeden z czterech reliefów na łuku przedstawia mniej więcej to samo, co obraz Eugene Delacroix, czyli Wolność wiodącą ludzi w czasie Rewolucji Francuskiej. 21. lutego 1916 roku, kiedy rozpoczęła się bitwa pod Verdun, złamało się ostrze miecza Wolności. Na kolumnach łuku wypisane są miasta największych triumfów wojsk napoleońskich oraz oficerów największego wodza Francuzów. I w obu przypadkach znajdziemy oczywiście polskie akcenty.

Krótkie podsumowanie, bo po co strzępić język nad oczywistymi faktami. Paryż zobaczyć trzeba. A może raczej – wypada.