Co jeść, pić i jak rozmawiać w Czechach?

Co jeść, pić i jak rozmawiać w Czechach?

zamieszczone w: Czechy, Europa | 0

Z Czechami to taka trochę śmieszna sytuacja, którą można najprościej opisać jako ‚najciemniej jest pod latarnią’. Bo tak jak Rosjanie mówią ‚kurica nie ptica, Polsza nie zagranica’, tak Czechy dla mieszkańca Dolnego Śląska nie są jakąś egzotyką, a dojazd potrafi zająć nie więcej niż dwie godziny. Czyli krócej niż do Katowic przez A4. Ok, drogi po polskiej stronie są naszpikowane radarami, błędnym oznakowaniem, dziurami niczym leje po bombach oraz małymi mieścinami z limitami rzędu 30 km/h. I tak naprawdę lepiej nadłożyć kilkanaście kilometrów i pojechać do Zgorzelca przez A4, wkurwiając się tylko czasem podczas spotkania jakiegoś szeryfa szosy. Ja miałem to szczęście, że najpierw swojego Batmobila skierowałem do Teplic, więc autostradą dojechałem niemal do Drezna, by potem odbić na południe przez Saksonię, gdzie samochodem po prostu się płynie. Jak to mówią – kto był, ten wie.

Tym niemniej zdaję sobie sprawę, że jeżeli mieszkasz na wschodzie czy północy – Czesi są dla Ciebie równie odlegli co dla mnie Litwini. We Wrocławiu jeszcze ze dwadzieścia lat temu, kiedy do dyspozycji były dwa kanały TVP oraz raczkujący Polsat, normą było oglądanie czeskiej telewizji (polska wieczorynka komponowała się z czeska, a CT Nova pokazywała soft porno już od 23:00), więc łapało się trochę języka, a Praga była jednym z bardziej popularnych kierunków turystycznych, więc często prezentami były u nas Lentilky czy czekolada Studentska. O mocniejszych prezentach wówczas nawet nie myślałem. W czeskie góry jeździ się na narty czy snowboard, a – już dużo później – do Harrachova by zobaczyć Adama Małysza.

Zresztą nie jest żadną tajemnicą, iż sam Wrocław przez wieki był czeski i znacznie bardziej pod wpływami naszych południowych sąsiadów niż polskimi, a wszystkie pozostałości w architekturze Wrocławia z czasów dominacji czeskiej zaginęły bezpowrotnie zniszczone przez wichry historii. Najważniejszym dowodem związków wrocławsko-czeskich jest Lew Czeski w herbie Wrocławia oraz sama nazwa, prawdopodobnie wywodząca się od X-wiecznego księcia Wratysława.

Trzeba też jednak pamiętać, że nas – Polaków, nie tylko Dolnoślązaków – Czesi nie lubią. Nie dziwi mnie to ani trochę  – rzadko kiedy między sąsiedzkimi krajami stosunki są pozytywne. Przez lata wytworzyły się tarcia przygraniczne, które skumulowały się w XX wieku. Byłem przekonany, że Czesi mają nam za złe rok 1938 i zajęcie Zaolzia, zupełnie zapominając o czymś tak istotnym w obecnym świecie jak propaganda. Czyli? Tak – praska wiosna. Osoby starsze będą wiedzieć, a osoby młodsze powinny się upewnić, że w prawie całej Polsce wśród ludności cywilnej poparcie dla wydarzeń w ówczesnej Czechosłowacji było ogromne. Z tym że przekaz dla Czechów jest jasny – armia polska spacyfikowała słuszną rewolucję. I poniekąd tak było, chociaż sami wiecie że armia ta działała z rozkazów moskiewskich. I, co ciekawe, taka świadomość panuje także wśród młodszych Czechów. Wprawdzie próbka statystyczna jest mała, bo dwuosobowa, ale… Ponadto jesteśmy podobno bardzo głośni i dzicy jako turyści. Cóż, tutaj trzeba się zgodzić, #cebula zobowiązuje i nie ma chyba ani jednego kraju na świecie, który o turystach z kraju nadwiślańskiego ma pozytywne zdanie.

Teraz tak – czy język polski i czeski są zbliżone? Odpowiedź może zabrzmieć – oczywiście, ale po co nam takie kłopoty, skoro żyjemy w czasie globalizacji i cały świat mówi po angielsku. No nie mówi. Wydaje mi się, że w Polsce znajomość angielskiego jest na znacznie wyższym poziomie, a może jest to kwestia pewności siebie. I nie pytałem wśród ludzi starszych – tutaj wszyscy rozumieją mniej lub bardziej niemiecki – ale młodzież nie mówi w ogóle w języku Shakespeare’a. Dopiero drugiego dnia spotkałem dziewczynę, która wiedziała o co chodzi – nawet w informacjach turystycznych nie idzie się dogadać. Z kelnerkami też jest niewiele lepiej. Tak, kelnerkami, bo tylko raz zdarzyło się natrafić na osobę płci męskiej parającą się tym – cytując Testosteron – nikczemnym zajęciem. Pozostaje zatem mówić po polsku, wierząc że się dobrze dogadamy, a z tym jest raz lepiej, raz gorzej. Czesi zamiast starać się używać słów-kluczy, widząc Polaków mówią niemal zupełnie płynnie i wyłapanie sensu stanowi czasem nie lada problem. Z drugiej strony – to fajny sposób na przełamanie lodów i zmianę relacji – jedna z kelnerek niemal padła ze śmiechu kiedy powiedziałem ‚kaczka’. Dlaczego? Kaczka (z takim miękkim cz) to czeskie zdrobnienie od Katarzyna, czyli jej imienia. Dla mnie był to tylko pyszny drób ;) Zresztą takich słów jest więcej… W Czechach lepiej niczego nie „szukać”.

Dobra, przejdę do smaczniejszej części tego wpisu. Zacznę od najważniejszego, czyli alkoholu. W Czechach mamy zerową tolerancję dla kierowców pod wpływem. Tak, 0,00% alkoholu na testerze. Sam dowiedziałem się o tym dopiero ostatniego dnia, więc niemal ciągle prowadziłem samochód po małym piwku (tak, uważam że 0.3l alkoholu o woltażu 4.5% nie wpływa negatywnie na moją percepcję czy czas reakcji, ponadto znam siebie i wiem kiedy nie powinienem wsiadać za kółko). A czy czeskie piwo kusi? Tak i nie. Ja, co zresztą staram się od jakiegoś czasu dokumentować, piłem już setki różnych piw i miałem już styczność z czeskim piwowarstwem. Zarówno koncernowym jak i rzemieślniczym. Pierwsze przewyższa polskie, drugie jest daleko za nami. Mniej popularne czeskie koncernówki są naprawdę niezłe w swoich kategoriach (czyli jako lagery czy tam dark lagery). Mówię tutaj o produktach Bernarda, Primatora czy Kozela. Na ‚legendarne’ Pilsner Urquell, Budweiser czy Staropramena po prostu szkoda wątroby. Naprawdę.

Wrzuciłem fotkę kilku rzeczy, których nigdy w Polsce nie widziałem, więc uważam za cenne łupy, z pewnością godne spróbowania. A przecież o to chodzi – żeby sięgać tam, gdzie wzrok, a w tym przypadku smak, nie sięga i odkrywać nowe. Trochę żałuję, że na ratebeer nie znalazłem żadnego lokalnego sklepu z piwem nawet w Libercu (piąte co do wielkości miasto w Czechach nie ma sklepu z piwem rzemieślniczym, sic!). Za to drogą kupna nabyłem trochę wina, bo okazało się że Czesi nie tylko robią własne wino, ale, podobno, jest ono nawet całkiem niezłe. Jeżeli okaże się to nieprawdą, wyjdzie na to, że Budka Suflera miała rację ;) W supermarkecie Globus (najtańszy, nie próbujcie nawet zakupów w Lidlu czy Billi) wydałem prawie 160€, więc łatwo zauważyć, że poza winem i piwem, musiałem wrzucić coś mocniejszego. Oczywistym wyborem była Becherovka – jeżeli chodzi o alkohol bardziej tradycyjnego czeskiego wyboru nie ma. Nie mogłem się także oprzeć absyntowi – poza klasyczną zieloną wróżką do koszyka powędrował także czerwony diabeł. Ciekawe co to będzie? Zaraz koło absyntów na półce było coś innego o mocy 72% – tatrzańska herbatka. Wprawdzie to produkt słowacki, ale pewnie niedaleko pada jabłko od jabłoni. Tak jak szybko paść można po tym pasterskim napoju :) W lokalną popitę też trzeba było zainwestować: kofola to czeski odpowiednik coca-coli, smakujący trochę jak płynne pierniki. Fofola wiśniowa i z misiem na etykiecie to już po prostu moja wrodzona ciekawość.

Tradycyjna kuchnia jest dość specyficzna. Przede wszystkim knedliczki z potrawami bazującymi na sosach. Jakże wielkim zaskoczeniem dla mojego podniebienia była svíčková. W Deczynie w restauracji menu dostałem oczywiście po czesku, ale prześliczna kelnerka zrozumiała kiedy głośno sugerowałem (jak mówisz do kogoś w języku, którego nie zna, zawsze mów głośniej – wtedy się denerwuje i bardziej stara zrozumieć ;P), że chcę coś z lokalnej kuchni. Mówi do koleżanki – svíčková. Chociaż było po 16, dostałem tradycyjny zestaw obiadowy, czyli dość cieniutkie kotlety z polędwicy wołowej w sosie śmietanowym z dżemem (potem się okazało, że to żurawina :)) oraz bitą śmietaną i knedliczkami. Czułem się jak Joey Tribbiani. Jak to smakuje? Same knedliczki to jakby kluski na parze pokrojone w kromki. Brzmi może absurdalnie, ale tak właśnie jest. Dlatego tak dobrze pasują do wszelkiej maści sosów. No i skutecznie zapychają żołądek. A kotlet z bitą śmietaną, bo przecież żurawina do mięsa to nic nowego? Specyficznie. Potem miałem długą dyskusję czy bita śmietana jest słodka – zdaniem Czechów nie jest… Knedliczki są także dodawane do gulaszu, podobno rdzennie czeskiej potrawy. Gulasz jaki jest i jak smakuje każdy widzi.

Smažený sýr to kolejna klasyczna pozycja, prosta do przyrządzenia także w domu. Kawałek sera w panierce z bułki tartej, serwowany z odrobiną zieleniny – tutaj nie ma żadnego kanonu. Często jako dodatek podawany jest sos tatarski albo majonez. Zazwyczaj serem jest po prostu edam lub hermelin (czeska wersja camemberta), chociaż zdarzają się i ostrzejsze sery. Z bardziej nietypowych dań jadłem kluski śląskie w sosie śmietanowym z wołowiną, słoniną i papryką. Było zaskakująco smaczne. Wśród zup zaskakuje chyba tylko rosół na wołowinie z kawałkami knedliczków.

Wśród deserów zupełnie nie ma niczego nadzwyczajnego, może poza jednym – rakvička. Eklerka, ale słowo to znaczy również trumienka i jest to specyficzna gra słów oraz wyglądu ciastka, które rzeczywiście ma kształt trumny (z jasnego ciasna), podawanej z bitą śmietaną oraz miodem lub czekoladą. To taka symbolika czeskiego podejścia do trudnych spraw :) A jak jest z cenami? Poprawnie. Powiedziałbym, że zbliżone do polskiego poziomu, może nawet nieco niższe. W dwie osoby można się spokojnie najeść i napić za 50 złotych w większości miejsc – jeżeli nie inwestuje się w nic mocno mięsnego, to nawet nieco mniej. Szczególnie ceny piwa bardzo pozytywnie zaskakują, nawet jeżeli zamiast piwa rzezanego dostaje się po prostu zmieszany ciemny i jasny lager, to za 1€ można takie faux pas wybaczyć.

Zostaw Komentarz