Ciekawostki konsumpcyjne Sri Lanki (cz. I)

Ciekawostki konsumpcyjne Sri Lanki (cz. I)

zamieszczone w: Azja, Sri Lanka | 0

Dobra, zazwyczaj teksty zaczynam zgodnie ze wszystkimi kanonami języka polskiego oraz z Hitchcock’owską zasadą budowania napięcia. Dziś tak nie będzie! Spośród wszystkich szoków kulturowych, których doznałem w czasie swojej podróży przez Sri Lankę, największy był jeżeli chodzi o jedzenie. W każdym możliwym aspekcie – począwszy od podawania i obsługi klienta, poprzez wygląd kuchni w przeciętnym gospodarstwie domowym, aż po najważniejsze, czyli składniki i menu. A pierwszy szok (tak, szok jest tutaj najbardziej trafnym słowem, bo nie było to zaskoczenie czy zdziwienie, był to SZOK) miał miejsce już w kilkadziesiąt minut po opuszczeniu samolotu, kiedy po raz pierwszy wszedłem do supermarketu na Sri Lance.

Zacznę od czegoś, czego w supermarkecie NIE DOSTANIESZ. Osoby niepijące, które występujące u mnie opisy alkoholu odpychają, zapraszam do kolejnych akapitów, zaś miłośników złocistego płynu i bezbarwnego destylatu, zachęcam do dalszej lektury. Wchodząc do sklepu byłem głodny, owszem, ale przede wszystkim byłem spragniony. Na szybko oczywiście wziąłem soczek, ale by wprawić się w senny nastrój, zacząłem poszukiwać piwa. Koło wody mineralnej i napojów – nie ma. Koło soków? Nie ma! Psia krew… Gdzie może być? Lodówki z nabiałami? NO NIE MA! Ok, idę do ochroniarza (tutaj wtrącenie – każdy sklep samoobsługowy na Sri Lance ma swojego ochroniarza – zawsze sztuk jeden, który służy także do otwierania drzwi; z początku pękałem z dumy, bo myślałem, że traktuje się tutaj tak mnie, białego człowieka, dawnego władcę tej krainy i w głębi duszy myślałem, że Brytyjczycy dobrze wychowali sobie ten naród przy pomocy batów i armat; rasistowska bańka mydlana szybko pękła, gdyż drzwi otwierane są przed każdym). Gdyby ktoś zgubił wątek – poszedłem do ochroniarza spytać o piwo – nie ma. Ok, myślę, może nie dostali koncesji?! Tak, zbydlęcenie socjalizmem koncesyjnym wywarło i na mnie swoje piętno, do tego stopnia, że pomyślałem że w innych krajach także ktoś musi wydać ci pozwolenie byś handlował jakimś towarem. Jak się potem okazało, miałem rację ;)

W hostelu (mocno nadużywam tego słowa w kontekście lokalu, w którym przyszło mi nocować) okazało się, że aby kupić piwo, muszę iść w prawo, potem w lewo, potem w dół drogą jakiś 1km, potem w prawo i w sumie po jakiś dwóch kilometrach dojdę do supermarketu i tam jest piwo. Mi oczy wyszły tak, że było je chyba widać aż w Indiach. Byłem w stolicy ponad dwudziesto-milionowego kraju i mam iść taki kawał drogi po alkohol? To jakiś żart? No nie. Alkohol sprzedawany jest w bardzo nielicznych miejscach. I nie każdego dnia, bo na przykład w dni pełni księżyca, czyli buddyjskie święto, jest koniec mistrzostw – zakaz sprzedaży i podawania alkoholu. Może gdzieś w 5-gwiazdkowym hotelu ktoś się zlituje. A gdy już na sklep z alkoholem trafisz, sprawa nie jest wcale ułatwiona. Nie możesz sobie zobaczyć butelki, przeczytać co i jak. Staniesz przed zakratowanym barakiem, z jednym malutkim okienkiem, przez które przejdzie butelka i przez nie porozumiewasz się ze sprzedawcą. Jedyny „otwarty” sklep był w największym centrum handlowym w stolicy kraju. Napisałbym, że jak za komuny, ale chyba znacznie gorzej. Czy wpływa to na konsumpcję? Pewnie tak, bo mi się nie chciało jechać taki kawał drogi po piwo, a takich wygodnych jest na pewno więcej. Z drugiej strony…

Wcale nie żałuję. Spróbowałem chyba każdego dostępnego na Sri Lance i produkowanego lokalnie piwa, poza robionym na licencji Carlsbergiem i Guinessem i nie jestem pod wrażeniem. Moje krótkie przemyślenia odnośnie poszczególnych macie poniżej – ogólnie zaś – wszystko jest robione w trzech stylówkach. Lekki lager (4-4.5%) –  najbardziej zbliżony do klasycznego eurolagera i chyba najbardziej pijalny ze wszystkich, lager strong (8-9%) – z zaskakująco dobrze zamaskowanym alkoholem, przynajmniej w przypadku Baron’s Strong Brew, ukierunkowany chyba na człowieka, który chce się szybko sponiewierać, ale nie lubi destylatów. No i piwo ciemne (8-9%), czyli stout kawowo-czekoladowy, kompletna pomyłka w tropikach. Piwo o takim woltażu, z definicji mające rozgrzewać, pija się przecież głównie zimą czy jesienią. Tutaj żadnej z tych pór roku nie uświadczysz.

A odnośnie destylatu – zacytuję samego siebie: o matko! Pamiętam, kiedyś w Tajlandii kupiłem napój, który miał być piwem, bo butelkowany był w klasycznej europejskiej butelce po piwie oraz zamknięty na kapsel. W czterech chłopa nie stroniących od alkoholu, nie udało nam się skończyć nawet połowy butelki, nie ważne czy na czysto czy w jakichkolwiek drinach. Był to po prostu niepijalny bimber bardziej przypominający paliwo rakietowe niż alkohol w europejskim znaczeniu tego słowa. I tak w czasie i przestrzeni przenosimy się na Sri Lankę i mój jedyny wysokoprocentowy alkohol wypity na miejscu. Dlaczego tak, będzie w innym wpisie, a tutaj najlepszym tematem jest technologia produkcji. Otóż arak robi się z destylowania „toddy”, a toddy to wino palmowe, którego nie udało mi się nigdzie dostać. Niestety, przypuszczam że procesy chemiczne stoją na Sri Lance na tak niskim poziomie, że otrzymywany destylat jest ohydny. Owszem, ma moc i kopie (33.5% w butelce 180 ML, sprzedawane po 2€), ale nawet lane w stosunku 1:4 z colą, zapach coli jest skutecznie mordowany przez arak. Przebija się czysta chemia, benzyna, jakieś płyny do naczyń… Tragedia :( Ze Sri Lanki przywiozłem sobie jeszcze trzy butelki, które swego czasu sprawdzę ;)

Sam sobie zatem powiedziałem – nie, dziękuję. Jeżeli mam zapłacić 2-3€ za butelkę przeważnie ciepłego piwa, którego nie jestem w stanie w żaden sposób schłodzić, bo lodówka to towar niemal luksusowy, to w tej samej cenie wolę nabyć świeżo wyciskany sok z owoców. I tutaj jest właśnie kolejny szok kulturowy…

Do końca lutego żyłem bowiem w przeświadczeniu, że w Europie mamy wszystko. Jasne, nie wszystko rośnie, ale wszystko jest do dostania. Banany ze sklepu są obrzydliwe? No są, dla każdego kto kiedykolwiek pojechał do kraju gdzie można dostać świeże banany,pseudo europejski banan zagazowany chemią i importowany z Ameryki Południowej, nigdy nie będzie smakował tak, jak banan świeży. Ale jest dostępny. I też nie jest tak, że człowiek po raz pierwszy opuścił Europę i się dziwuje na widok niektórych roślinek. Jadłem już rzeczy, o których nie wiedziałem nic, ponad angielską nazwę. I tu jest ta granica, którą przekroczyłem pierwszy raz, bo na Sri Lance jadłem owoce, które nie mają angielskiej nazwy.

Na przykład nelli. Po łacinie phyllanthus emblica, a po polsku liściokwiat garbnikowy. Dopiero obszerne sprawdzenie wikipedii odsłania rąbek tajemnicy o tej roślinie. Kiedy natrafiłem na stertę tego na targu, z początku myślałem, że to agrest, może jakieś niedojrzałe pomidory. Podchodzę i pytam: „what is that?”. „Nelli. You want?” – szybko pyta sprzedawca. Ja oczywiście się bronię, bo przecież nie kupię kilku sztuk czegoś, o czym nie mam pojęcia ani jak zjeść, ani jak smakuje, a nawet czy nie jest przypadkiem trujące. Ale sympatyczny Syngalez nalega „Try, try”, po czym daje mi jedną malutką, zieloniutką kuleczkę. Oczywiście już czuję na sobie wzrok około dwudziestu osób i nie wiem czy zaraz nie zrobię z siebie idioty. Higiena? Jeżeli jesteś ciekawy świata, do czasu powrotu do Europy, słowo higiena musisz odłożyć na półkę. Skoro dostałem za darmo, to nie mogę nie zjeść na miejscu, bo przecież nie wypada. Może umyć? Jak? Gdzie? Trzeba poświęcić swój układ trawienny i włożyć do ust wszystkie możliwe tropikalne zarazki. Szybko przecieram w przepocone spodnie, w nadziei że mój prywatny brud jest mniej toksyczny od tego lokalnego i… O boże, jakie to kwaśne! Jakby jeść zupełnie niedojrzały owoc agrestu czy jeszcze zieloną porzeczkę. I, jeżeli wierzyć wikipedii, jest to prawdziwa witaminowa bomba, zawierająca dziesięciokrotnie więcej witaminy C niż grejpfrut czy pomarańcza.

Było nelli, to teraz… beli. Aegle marmelos lub wprost cudowna polska nazwa – kleiszcze smakowite. Swoje beli, jeszcze niedojrzałe, dostałem od kierowcy tuk tuka, który zaprosił nas do siebie do domu. Że jest niedojrzałe dowiedziałem się dopiero po powrocie do guesthousa, gdzie pani mi wytłumaczyła, że muszę poczekać jeszcze dzień lub dwa. Okej, skoro muszę :) A teraz coś, czego nie znajdziecie ani na polskiej wikipedii, ani na angielskiej, czyli historia beli prosto ze Sri Lanki. Beli jest istotnym owocem w kulcie hinduistyczno-buddyjskim, czyli tego dziwnego miksu religijnego, który panuje na wyspie. Jako święty owoc świętego drzewa, robi dobrze na serce, na skórę i w ogóle na wszystko. I jest pewną symboliką reinkarnacji. Owoc beli dojrzewa bowiem wystawiony na intensywne promienie słoneczne i wówczas jego jadalne wnętrze, do którego trzeba dostać się przy pomocy maczety, jest słodziutkie, gęste i sycące. Wystarczy jednak włożyć owoc do lodówki na kilka dni, by wnętrze z powrotem wróciło do bardziej kwaśnej i soczystej konsystencji. Nie jestem w stanie opisać jak beli pachnie – jeszcze przed rozłupaniem – słodko, trochę kwiatowo, nieco jak mango czy papaja. Rzadko jednak trafia się na owoc o tak intensywnym zapachu skórki. Z drugiej strony, może do jabłka czy gruszki jesteśmy zbyt przyzwyczajeni, by docenić ich aromat. Smak? Dziwny, bo w środku są pestki, otoczone bardzo słodkim, kleistym ‚miodem’ oraz jadalne, włókniste wnętrze, jak przejrzałe mango. Specyficzna rzecz, podobno świetna do koktajli.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, tak jak niedaleko pada woodapple od beli. Syngalezi mówią na to divul, jednak nazwa angielska jest mocno spopularyzowana. Polacy jak zwykle nie mogą być gorsi, mamy własną nomenklaturę i na drzewo rodzące te dziwne owoce mówimy feronia słoniowa. Nie bez przyczyny w wikipedii pod hasłem woodapple znajdziemy także beli, bo są dość podobne. Do otwarcia obu potrzebna jest maczeta, jak beli ma gęstą, włóknistą konsystencję, ale już smak jest zupełnie inny. Długo nie mogłem z niczym skojarzyć i nadal mam z tym problemy. Chyba najbliżej byłoby do mocno przejrzałego, nawet nieco gnijącego już agrestu. Tak, gnijącego, bo w opinii 100% przetestowanych Europejczyków, na próbce statystycznej czterech osób, ten owoc śmierdzi. Może nie jest to jakiś szczególnie uciążliwy smród, bardziej nieprzyjemny zapach, ale jednak. Trochę jak francuski ser pleśniowy. W ogóle z początku byłem przekonany, że to kokos. No bo takie wielkości właśnie kokosa bez skóry, w samej skorupie, brązowe. Szybko jednak każdy się śmieje i mówi, że to nie kokos. Tym niemniej – jeść tego się feronii słoniowej nie da, napój z niej niestety też ma ten charakterystyczny, mało przyjemny zapach. Lankijczycy się zajadają, ale dla mnie to jest w skali atrakcyjności nawet poniżej legendarnego duriana.

A dlaczego nie można tego owocu pomylić z kokosem? I tu znowu wychodzi ta przeklęta europejskość. Bo kokosy niekoniecznie są zielone, mimo że te, z którymi mamy do czynienia w Europie, są niemal wyłącznie tego koloru. Na Sri Lance dominują blado-pomarańczowe owoce nazywane dla obcokrajowców king coconut, a przez tubylców thembili. Jest kilka odmian tego kokosa, różnią się nie tylko kolorem, wielkością ale i smakiem. W przeciwieństwie do popularnego w innych krajach zielonego kokosa, king coconut nie ma prawie w ogóle jadalnego miąższu. Ile kosztuje kokos? No, jeżeli zapłacisz więcej niż 50 Rupii (jakieś 1,50zł) za sztukę, to dałeś się zrobić w balona. A nie jest wielkim problemem wynegocjowanie czterech za 150 Rupii (czyli równowartość 1€), szczególnie jeżeli jedziesz z kierowcą tuk tuka i jeden kokos jest dla niego. Kokos, zarówno king coconut jak i zielony, jest wszechobecny w kulturze lankijskiej – woda z niego używana jest w medycynie naturalnej oraz religii, a jej pozytywne działanie jest potwierdzone naukowo. Ponieważ powstaje w zamkniętym naczyniu jest sterylna oraz pełna elektrolitów, dzięki czemu stanowi bardzo zdrowy i skuteczny środek nawadniania organizmu.

I niech to będzie pewien symbol Sri Lanki – tutaj naprawdę trudno jest żywić się niezdrowo. Jasne, jest brudno, wszędzie pełno mrówek, a ludzie rąk chyba nie myją, ale jeżeli chodzi o menu, to trzeba się bardzo postarać, żeby trafić na żywność przetwarzaną. Jakieś konserwanty? Gdzie? Do czego, jeżeli wszystko jest świeże? Oczywiście – są soki z supermarketu, ale gdzie ich nie ma. Natomiast przy cenach panujących tutaj kupowanie soków w sklepie wynika tylko i wyłącznie z lenistwa. Zobaczcie na przykład sieciówkę ROOTS, sprzedającą właśnie soki z owoców i desery. To sieciówka mieszcząca się tylko w większych centrach handlowych, zatem raczej droga, przynajmniej na tamtejsze warunki, ale jeżeli ja mam zapłacić 8zł za jakieś 0,4l świeżego soku z granatu, to zrobię to kiedy tylko będę miał okazję. A był to najdroższy sok z cełego menu. Najzabawniejsze, że następny w kolejce był chyba sok z jabłek. Cóż, tutaj jabłoni nie ma, polską chlubę i dumę importuje się z Ameryki i Chin, więc i ceny są adekwatne. Natomiast szklankę soku z limonki czy innego popularnego lokalnie owocu dostaniecie bez problemu za nie więcej niż 100 Rupii.

Zmęczeni tekstem? A ja się dopiero rozkręcam :) Specjalnie podzieliłem wpis na dwie części, żeby nie zrobić natłoku wrażeń, smaków i opisów. Za kilka dni będzie zatem o lankijskiej kuchni, a tymczasem wracamy do owoców. Jambu, syzygium samarangense czy też rose-apple, a po polsku czapetka samarangijska to malutkie, czerwone owocki, które można by wziąć za truskawki rosnące na drzewach. Dopóki się ich nie spróbuje, bo wówczas doskonale rozumiemy angielską nazwę rose-apple. Kolor jest rzeczywiście różany, nie krwistej róży, bardziej właśnie różanego wina, zaś smak to klasyczne jabłko – papierówka. Kwaśne i soczyste. Co jeszcze z takich zupełnych unikatów? Jest Carambola, czy też starfruit, zawdzięczający swoją nazwę pięcioramiennemu kształtowi owoców. Soursop lub też falszowiec miękkociernisty, wygląda trochę jak przerośnięta gruszka z kolcami, w smaku zaś przypominający bardzo gęsty sok z ananasa. A prawdziwą perełkę, bo w kontekście tekstu o owocach ciężko powiedzieć o wisience na torcie, zostawiłem sobie na koniec.

Mangostan właściwy, w języku Syngalezów mangus, a purple mangosteen. Będąc na targu i kupując owoce, byłem przekonany, że właśnie staje się szczęśliwym posiadaczem marakui. Pokazuję, że chcę to, a pan na straganie uprzedza mnie, że to bardzo drogi owoc – nie pamiętam ile kosztował, ale za trzy sztuki mangostanu, kilka bananów, ananasa i coś tam jeszcze – bodaj arbuza – zapłaciliśmy bodajże 900 Rupii (20 zł), z tego lwią część rachunku zajęły właśnie mangostany, bo pozostałe owoce z tej listy na Sri Lance to iście groszowe sprawy, rzadko kiedy przekraczające 100 Rupii (2,5 zł) za sztukę, a częściej będące znacznie tańsze. Malutki, purpurowy owoc, wielkości mocno spłaszczonej piłeczki tenisowej… Co z nim zrobić, jak otworzyć, jak zjeść? Bo szybko doszliśmy do wniosku, że nie są to jednak marakuje i w sumie nie wiemy, co kupiliśmy :) No dobra, ryzyk fizyk, otwieramy. A w środku, za skórzastą skórką, niewielkie białe woreczki wypełnione gęstą substancją, która musiała być zesłaną przez bogów czystą słodyczą. Lepkie, bardzo słodkie, ale wyraźnie naturalnym owocowym cukrem, nie budzącego prawie żadnych negatywnych reakcji, bardzo aromatyczne, oczywiście słodkimi, ośmieliłbym się powiedzieć że miodowymi zapachami. Wspaniały owoc, podobno niemal nie do uzyskania poza Azją ze względu na sezonową naturę oraz kłopoty z uprawą. Cóż, nie pozostaje Wam nic innego, niż udać się do Azji :)

Oczywiście bez problemu i w niskiej cenie można dostać wszystko to, co jest importowane do Europy. Ananasy, znacznie mniejsze od naszych, ale znacznie bardziej słodkie, mniej soczyste i z mniej ‚ostrym’ środkiem. Malutkie arbuzy, mniej więcej wielkości piłki do szczypiorniaka, może nawet mniejsze? A do tego niesmaczne, bo mało soczyste, takie jakby spróchniałe, a próbowaliśmy kilka razy, więc nie była to kwestia egzemplarza. Rzecz jasna znajdziecie też miliony rozmaitych bananów, o różnych kolorach, wielkości, długości, grubości i, co najważniejsze, smaku. Avocado, serwowane głównie jako sok! Papaja jest dostępna w Polsce bez problemu – no, poza drobnym problemem dla portfela, ale nie próbowałem jej z europejskich marketów, stąd nie jestem w stanie ocenić i porównać smaku. Marakuja, odmiana w jasnożółtej skórce, ale nadal ze swoim świetnym, kwaśnawym miąższem. Jeszcze jak, jackfruit czy tam chlebowiec, z zewnątrz nieco podobny do duriana.

W domu kierowcy tuk tuka, do którego poszliśmy w gości, dostałem też kakaowiec. Koleś przynosi z „kuchni” jakiś owoc i mówi: ‚spróbuj’. ‚OK, ale co to jest?’ – pytam, chociaż w tym momencie byłem już dawno ponad limitem swojej tolerancji, jadłem już u niego praktycznie wszystko co mi przynosił, i było mi w zasadzie wszystko jedno. Mówi mi – ‚to czekolada (chocolate)’. Jak czekolada? Co jest! Czekolada rośnie przecież w supermarketach :) To oczywiście mało śmieszny żart, bo wiedziałem, że kakaowiec jest owocem, chociaż byłem przekonany, że rośnie tylko w okolicach Ameryki Południowej. A tymczasem proszę – dostaję owoc kakaowca gdzieś w domu w dżungli. Byłem totalnie zaskoczony smakiem, bo nie przypomina czekolady aż tak bardzo, jak się spodziewałem. Z drugiej strony, według Lankijczyków jadalne nie tylko nasionko, a właśnie ono miało klasyczny smak gorzkiego kakao.

No dobra, to teraz może kilka słów wyjaśniających czego nie ma, bo wygląda na to, że wszystko jest :) Nie ma cytryn. Są limonki, wszędzie i niemal za darmo, bo za woreczek płaci się jakąś złotówkę, ale zwykłej cytryny nie ma, chociaż do tego odniosę się przy okazji wpisu o herbacie. Nie było mango, ale to kwestia sezonu – zbiór mango zaczyna się pod koniec marca, a szczyt przypada na przełom kwietnia i maja. Wprawdzie były jakieś małe owoce, być może niedojrzałe mango, ale nadające się tylko do curry. Nie uświadczyłem też niestety dobrej guavy. A przynajmniej dopóki nie zrobione z niej koktajlu – wtedy rzeczywiście była wyśmienita.

Przyznam bez bicia, że w temat warzyw nie wgłębiałem się. Nie znam się na tym w Polsce, nie będę zatem udawał eksperta gdzieś w Azji. Zresztą, poza cebulą, nie ma żadnego warzywa, które jest bardzo popularne i niemal we wszystkim. Trochę inaczej jest z zieleniną lub jakkolwiek można to nazwać – może jako zioła, chociaż europejska definicja ziół jest chyba nieco inna. W supermarketach czy na targach są całe stoiska z rzeczami, które są niemal niemożliwe do zidentyfikowania w google. Liście thumba, liście aruna, szpinak drzewny, sarana, polpala… Generalnie pod takim stoiskiem człowiek czuje się jak dziecko we mgle. Na trzydzieści tabliczek z nazwami, jedyne które były mi znane to lemongrass i kolendra. Z chęcią napisałbym więcej, ale po prostu nie potrafię – jest to dla mnie kompletna czarna magia. Z pewnością jednak we wpisie o kuchni lankijskiej, który pojawi się za kilka dni, będę bardziej kompetentny. A na koniec jeszcze drobny bonus, część obiecywanych zmian na blogu :)

PS. Wesołych Świąt :)

Zostaw Komentarz