Chiang Mai – Pierwsze tropikalne zoo

Chiang Mai – Pierwsze tropikalne zoo

zamieszczone w: Azja, Tajlandia | 0

Oczywiście to tylko moje pierwsze tropikalne zoo, chociaż również pierwsze zoo w północnej Talandii. Po dwóch dniach szwendania się po okolicach Chiang Mai, zdecydowaliśmy się na odrobinę relaksu i szerszego poznania atrakcji samego miasta. A do finału zakwalifikowały się dwa pomysły – ogród botaniczny Królowej Sirikit i ogród zoologiczny. Nie ma co się oszukiwać, że rośliny były bez szans od samego początku. Tym bardziej, że zoo zareklamowało się bardzo dobrze w każdej ulotce, którą otrzymaliśmy na lotnisku. No i miało pandy!

Żeby nie trzymać nikogo dalej w niepewności, zaczniemy właśnie od tych sympatycznych stworzonek. Czemu pandy wielkie są uznawane za takie miłe, sympatyczne i przytulne? Może ze względu na tryb życia, do którego przyrównał się OSTR w wersie „jestem jak miś panda – jem, sram, zasypiam”. A może ze względu na pyszczek, który jest taki kochany i przytulaśny i słodziakowy i tititititi. Od pandy zresztą bierze się najseksowniejszy makijaż świata (tak, makijaż na pandę jest po prostu boski i nie, nie będę z nikim o tym dyskutował, gdyż uznaję to za aksjomat). Jeżeli ktoś, jak ja, nie ogląda za dużo National Geographic i podobny, a wiedza jest ulotna i odeszła w zapomnienie, może być nie lada zaskoczony widząc pandę na własne oczy.

Po pierwsze – pandy wielkie są naprawdę wielkie. Jakoś tak mniej więcej rozmiaru człowieka. Po drugie – to niedźwiedź i nie na darmo mówi się miś panda. Możliwość obejrzenia z bliska nasuwa oczywiste skojarzenia. To nie tylko genetyka, pandy w razie potrzeby potrafią żywić się rybami czy drobne gryzonie, co można rozpoznać po uzębieniu (fotki!). Ze względu na rozmiary dorosłe osobniki, nie mają naturalnych wrogów w środowisku, a obecnie polowanie na pandy jest w Chinach karane śmiercią. A w uporządkowanej Chińskiej Republice Ludowej, do skazywania i wykonywania kary śmierci za kłusownictwo podchodzi się dużo bardziej restrykcyjnie niż w Afryce.

W ogóle sama panda odgrywa bardzo istotną rolę w otwieraniu się Chin na świat. W czasach zimnej wojny i chińskiego izolacjonizmu, pandy – już wówczas na wyginięciu – były darami dla ogrodów zoologicznych na świecie. Ze względu na tę swoją nieuzasadnioną słodziakowatość w odbiorze kultury masowej, wszyscy chcieli mieć pandy, więc oficjeli prosili się chińskiego rządu, jednocześnie ocieplając relacje między krajami. Historycznie, już Boskie Imperium pod wodzą Wu Zetian wysyłało pandy jako dary, ale w epoce nowożytnej zwyczaj ten powrócił po wizycie w Chinach prezydenta Nixona. Od 1984 roku, Chiny zaczęły wypożyczać pandy do ogrodów zoologicznych na całym świecie na dziesięcioletnie okresy w cenie miliona dolarów za rok. Co trzydzieści lat temu mogło być znaczącym zastrzykiem finansowym, przy dewaluacji dolara i rosnącej gospodarce Chin, przestało mieć znaczenie i znów wypożyczenie pand jest gestem przyjaźni władz azjatyckiego hegemona.

Ten milion dolarów nie był jedynym obciążeniem dla ogrodu, który otrzymywał pandę. Pandy wymagają bardzo specyficznych warunków zarówno żywieniowych, jak i klimatycznych i ciężko się adaptują. W zoo w Chiang Mai, gdzie przetrzymywane (słowo o zabarwieniu negatywnym, ale jak najbardziej trafne ;)) są trzy pandy, wejście do monumentalnej, klimatyzowanej hali z pandami jest biletowane osobno (100 THB, mniej więcej 10 zł), a najśmieszniejszym widokiem nie są pandy, tylko Tajowie, którym przy 20 stopniach zaczyna być zimno :).

Program reprodukcji pandy wielkiej przynosi wymierne rezultaty. Od roku 1976, liczba pand na świecie – tak w niewoli, jak i na wolności – uległa niemal podwojeniu, ale… Tu będzie smutna konkluzja przypowieści o pandzie. I bardzo długa dygresja od konserwatysty, który kocha zwierzęta i uważa, że mają prawo być podane w bardzo smaczny sposób człowiek dojrzał by zachować jak najwięcej gatunków. Pandy są skazane na wymarcie. Tak, również ze względu na działalność człowieka, gatunku który nie potrafi kontrolować własnej populacji i coraz bardziej zaczyna przypominać Uroborosa. Całe szczęście, że ja samozagłady homo sapiens sapiens nie dożyję. Natomiast, wracając na ziemię, panda nie ma zdolności adaptacyjnych. Pozbawiona bambusa, który pożera w niezwykle nieefektywny sposób (przejmując tylko 19% wartości odżywczych), nie potrafi sobie poradzić. W dodatku ma bardzo skomplikowany proces rozrodczy. Pandy żyjące obecnie na wolności, są na wolności tylko pozornej, bo żyją w rezerwatach, pod ciągłą obserwacją zoologów. Jeśli… Nie, nie jeśli, KIEDY zabraknie kontroli ze strony wyższego ewolucyjnie gatunku, pandy wielkie przestaną istnieć.

Teraz należy zadać sobie pytanie czy wobec pandy i w ogóle każdego innego stworzenia powinniśmy stosować zasadę zachowania gatunku wszystkimi możliwymi, głównie finansowo, środkami. Nie wiem – przypuszczalnie jest to część procesu ewolucji, którego nie jesteśmy w stanie zatrzymać, natomiast – jako ludzie – bardzo przyspieszamy. Co zmieni te 100-200-500 pand żyjących i reprodukujących się w sztucznych warunkach? Że będzie można je obejrzeć w zoo? Wątpliwa przyjemność. Za 40-60 lat, o ile nie nastąpi wojna nuklearna, technologia pójdzie tak do przodu, że sztuczną pandę będzie można sobie oglądać z bliska na hologramie w domu. Człowiek, wirus, który zaatakował organizm planety ziemia, docelowo wytępi wszystkie gatunki, które nie przedstawiają walorów kulinarnych i rozrywkowych. A potem zniszczy samego siebie. Rzekłem.

Drugim z zagrożonych gatunków, które miałem okazję zobaczyć w zoo w Chiang Mai był orangutan. Ale zanim przejdę do przezabawnych scen, które pewnie w świetle powyższych scen należało by opisać jako okrucieństwo człowieka, kolejne wyjaśnienie. Zazwyczaj w ogrodach zoologicznych lub wszystkich innych namiastkach, w których napotkasz zwierzęta, widnieje tabliczka ‚nie karmić zwierząt’. W ogóle niedawno zobaczyłem, ponownie, komiks, po którym niemal turlałem się na podłodze ze śmiechu. Komiks przedstawia faceta, który zatrudnił się jako opiekun w zoo, podchodzi z taczką pełną warzyw pod wybieg dla słoni, a tam napis „nie karmić zwierząt”. Facet odwraca się i mówi sam do siebie „zajebista praca, 8:10 rano i już fajrant!”. W tle widać wściekłego słonia. Kurtyna! Żarty żartami, ale w Chiang Mai podejście jest zmienione o 180 stopni (lub o 360 stopni, jakby powiedział TW Bolek). Przy większości klatek są stoliki – samoobsługowe! wiara w ludzką uczciwość! – przy których można kupić rozmaite owoce do karmienia zwierząt (i turystów; banany w Tajlandii takie pyszne :)) za symboliczną cenę. Pod klatką pumy czy innego dzikiego kota, można było nawet kupić kawałki mięsa, chociaż tutaj karmienie ni było już samodzielne.

Moja opinia? Fenomenalny pomysł. Jeżeli starym koniom (i kobyle coby nie poczuła się pominięta) karmienie zwierząt sprawiło tak wiele radochy, to wyobrażam sobie jak muszą reagować dzieci. Słoniom (słoniom w Tajlandii poświęcę osobny wpis pewnego zimowego wieczora) daliśmy trochę bananów, ale sporo zostało, więc z nimi chodziliśmy. Podchodzimy do wielkiego zielonego wybiegu z olbrzymią, zgarbioną, włochatą, rudą kulą siedzącą tyłem i kompletnie nie zwracającą na nas uwagi. Teściowa? Tutaj? Stado małp zatem próbuje zwrócić na siebie uwagę innej małpy. W końcu orangutan się odwrócił i zaczął powoli, majestatycznie, jak przystało na jednego z bardziej rozwiniętych naczelnych, zmierzać w naszym kierunku. Po czym siadł przed fosą oddzielającą wybieg od ogrodzenia i gestem, którego nie dało się inaczej odczytać, kazał rzucić sobie banana do koszyczka, który właśnie zrobił w lewej dłoni.

Byłem zachwycony. We Wrocławiu, jedynym zoo, w którym widziałem orangutana, jedyna interakcja odbywała się przez szybę, gdzie był wgląd do betonowego sześcianu o wymiarach 10x10x3, który od niepamiętnych czasów (a za małolata chodziłem do zoo regularnie) funkcjonował jako dom tego ssaka. A tutaj…

Orangutan śmigał sobie po wybiegu rozmiarów boiska do piłki nożnej (ok, tylko orlika, ale nadal to wielki teren). Miał zieleń, miał drzewa, trawę, jakieś tam zabawki i przejścia. Jasne, to jest nadal tylko namiastka wolności, ale właśnie tutaj uwidacznia się przewaga tropików i ogromnych terenów podmiejskich nad ogrodem zoologicznym w centrum miasta. Miałem wrażenie, że planując zoo i rozmieszczając klatki, nikt się nie przejmował zajmowanym terenem. Trzeba 400 metrów kwadratowych na misia koala? Żaden problem. Przecież gdzie oko sięga poza ogrodem zoologicznym i tak jest dżungla. No i jeszcze jedno – zwierzęta żyją zazwyczaj w swoim środowisku naturalnym, bądź zbliżonym. W europejskich ogrodach mamy niewiele zwierząt żyjących stricte dziko w Europie. Bo większość albo udomowiliśmy, albo wytępiliśmy. No i sprowadza się lwy z afryki albo jakieś małpy z Indonezji, wrzuca do ciasnych klatek, gdzie do wyczekiwanej śmierci chodzą w tę i z powrotem na dwudziestu metrach kwadratowych. Smutne. Szczególnie wobec zwierząt o świadomości nieco bardziej rozwiniętej niż ryby.

Zwierzęta sprawiały wrażenie dużo bardziej żywych niż gdziekolwiek indziej w niewoli. Wszystkie. No, prawie wszystkie, bo dajmy na to lew tradycyjnie sobie drzemał. Coś się dzieje, jest na co popatrzeć, mieszkańcy zoo są szczęśliwsi. Wszyscy wygrywają, prawda?

Otwartymi ptaszarniami będę się zachwycał przy okazji ukończenia wpisy z Kuala Lumpur. Tak, nadal są drobne braki na blogu, na szczęście już prawie tylko incydentalne. Krótko – kolejne rozwiązanie, które mnie zachwyciło. Jeżeli ptaki potrafią ze sobą koegzystować, to zbudowanie jednego wielkiego pomieszczenia, po którym jako turysta poruszasz się w dowolny sposób jest po prostu majstersztykiem. Można się poczuć jak na kompletnie beztroskiej namiastce safari. Do czasu – moim limitem był pająk na pniu jednego z drzew. Po tym widoku, nic już nie było takie same i zrozumiałem jakie złudne było moje poczucie bezpieczeństwa. Bo czymże jest piękno papug wobec groźby utraty życia lub zdrowia psychicznego?

Co oczywiste, nie wszystkie ptaki znajdują się w tej wielkiej ptaszarni – te drapieżne musiały zostać w indywidualnych klatkach. Zaś tematycznie, kolejnym zaskakującym miejscem był pawilon z… jakby to określić… ozdobnym ptactwem hodowlanym? W Tajlandii nawet koguty są bajecznie kolorowe.

Przy okazji swojej pierwszej wizyty w Afrykarium i opisaniu swoich wrażeń na tym blogu, napisałem że byłem w największym akwarium w Azji. I pewnie część sobie myślała, że się prężę. Otóż nie. Zoo w Chiang Mai, przynajmniej jeżeli wierzyć ich stronie internetowej, może się poszczycić akwarium z najdłuższym tunelem na świecie oraz największym akwarium morskim w Azji. Nota bene, strona jest napisana w czystym HTML rodem z przełomu wieków. A wiecie dlaczego? Bo zoo jest prywatne i nie musi robić przetargów na uaktualnienie strony do najnowszej technologii żeby krewni i znajomi królika zarobili gruby hajs na obsłudze. Strona ma pełnić funkcję informacyjną i to robi. A że trochę kuleje to inna sprawa.

Przez ogrom terenu, na którym mieści się zoo, akwarium nie wydaje się tak wielkie. I obejmuje pełen przekrój podwodnego życia, tak w wodach słonych, jak i słodkich. Są oczywiście płaszczki, które można głaskać, chociaż oczywiście należy uważać na kolce jadowe na ogonie. W pawilonie umieszczono także drobniejsze gady i płazy, skorupiaki wodne, insekty i pajęczaki. I teraz tak – ja wiem, że Tajlandia to społeczeństwo, które styczność z pająkami i dżunglą ma niemal na co dzień, ale… Jak można zamykać jadowite pająki w klatkach zamykanych na skobel? Skobel, który każdy zwiedzający może sobie po prostu otworzyć ręką!? Jest oczywiście także sklep, bo jakże mogło by nie być i wystawa etnograficzna poświęcona wpływowi wody na rozwój Tajlandii.

Czy będzie niespodzianką, jeżeli napiszę, że zoo w Chiang Mai byłem absolutnie zachwycony? Chyba nie. Nie wiem, czy bardzo bym się pomylił, mówiąc że były to najlepiej wydane przeze mnie pieniądze w Tajlandii… Nie no, ok, były lepiej wydane, cofam to, co napisałem :). Tym niemniej, jeżeli będzie w Chiang Mai – zoo jest obowiązkową pozycją do zaliczenia. Chyba najważniejszą i najciekawszą w mieście, szczególnie jeżeli nigdy wcześniej nie mieliście styczności z ogrodem zoologicznym tego typu.

PS. Na sam koniec ogłaszam konkurs. Zadanie konkursowe jest proste – zidentyfikować jak najwięcej zwierząt na fotkach. Nagroda do uzgodnienia :)

Zostaw Komentarz