Chania – Sprężyna turystyczna

Chania – Sprężyna turystyczna

zamieszczone w: Europa, Grecja | 0

Szczerze mówiąc, to wpisy o Krecie, których nie będzie aż tak wiele póki co, powinienem zacząć właśnie od tego. Piąta co do wielkości wyspa Morza Śródziemnego (po Sycylii, Korsyce, Sardynii i Cyprze), stanowiąca wrota do Morza Egejskiego, a co za tym idzie Turcji, a także, w znacznie mniejszym stopniu, bazę wypadową na cały Bliski Wschód. Stąd, od kiedy człowiek zrozumiał, że kawałki drewna można połączyć, budować statki i handlować/wojować drogą morską, Kreta była kluczem dla pozycji mocarstw na wschodzie Morza Śródziemnego.

Pomimo tego, że w naszej erze, Kreta była częścią Grecji tylko przez ostatnie sto lat, duch w narodzie nie zginął. Setki lat rządów Imperium Osmańskiego, Cesarstwa Rzymskiego, a potem Bizancjum i Republiki Weneckiej, na pewno miały olbrzymi wpływ na kulturę – co widać chociażby w kwestii kuchni – ale w dużej mierze zarządzanie miało charakter administracyjny. Nigdy nie miało miejsca żadne ludobójstwo czy masowe zsyłanie obywateli, co nie powstrzymało Kreteńczyków przed licznymi powstaniami. Można myśleć o tym jak o Polsce w czasie zaborów.

Rozkwit cywilizacji na Krecie Grecy przypisują Herkulesowi, który zabił wszystkie zwierzęta z wyspy, które mogły szkodzić śmiertelnikom. Kiedy jeden zabobon zastąpił troszkę inny, Kreteńczycy zaczęli wierzyć, że rolę Herkulesa tak naprawdę odegrał święty Paweł apostoł, który rezydował na wyspie przez dwa lata. Same pozytywy dla dawnego homo sapiens sapiens – brak wrogów w naturalnym środowisku, idealny dla człowieka klimat śródziemnomorski i morze, które żywi.

Z przyczyn oczywistych zacznę od jedzenia. Żeby poznać kuchnię kreteńską, tak na szybko, bez wgłębiania się, bo na to trzeba pewnie tygodni, jeżeli nie miesięcy, wystarczy udać się do hali targowej oraz zamówić plater lokalnych potraw w jednej z knajpek w porcie weneckim. Taki talerz, nawet w wersji mini, starczy z powodzeniem dla dwóch osób, chociaż pewnie wszystko zależy od restauracji, w której zamówimy coś podobnego. Kuchnia bazuje na bakłażanach, pomidorach i serze. Przynajmniej takie jest moje odczucie, przynajmniej jeden z powyższych składników spotykałem wszędzie. Do obowiązkowych punktów wycieczki kulinarnej należy chociażby moussaka – zapiekanka ze spodem z bakłażanów, grubą warstwą mielonego mięsa z pomidorami oraz jeszcze grubszą sosu beszamelowego. Pomidory i papryka faszerowane ryżem, z fetą i mnóstwem przypraw. Dolmades – coś na kształt gołąbków z liśćmi winogron zamiast kapusty. Marynowana okra (a po polsku piżmian jadalny, tak też nie znałem wcześniej) nie zachwyca, ale jest prawie zawsze. Sałatka kreteńska jest lekką wariacją na temat tradycyjnej sałatki greckiej z dodatkiem nasączonego oliwą chleba, upchanego na spodzie talerza i bliżej nieokreślonym zielskiem jako dodatkiem. Chociaż pewnie co szef kuchni to obyczaj. Jeszcze dakos – taka grecka bruschetta. Ślimaków, w żadnej formie, nie próbowałem. Mało jadłem też owoców morza.

Desery to mój konik, więc i tutaj nie żałowałem sobie żadnych słodyczy. Przede wszystkim jogurt grecki – bez względu na to czy na ‚ciepło’ z miodem, orzechami lub jakimkolwiek innym dodatkiem, czy w formie mrożonej. W ogóle zdziwiony byłem, że tyle osób zamiast mrożonego jogurtu wybiera lody. Amatorka pełną gębą. Bakława być musi. To mój ulubiony przysmak, bez względu na szerokość i długość geograficzną i widoczny wpływ Imperium Osmańskiego na kuchnię Krety. Oczywiście w sklepach bez trudu dostaniemy tradycyjne batony z migdałów, orzechów czy sezamu. Chałwę, prawdziwie kremową, zupełnie inną niż produkty chałwopodobne dostępne w Polsce. No i rachatłukum, którego, jak i alkoholu i pacierza, nigdy nie odmawiam.

Nie tylko rybka lubi pływać, a w ciepłych miejscach trzeba się skutecznie nawadniać. O bardziej tradycyjnych destylatach możesz przeczytać w innej części tego bloga poświęconej właśnie alkoholom. Tamże o ouzo i tsikoudi, czyli kreteńskiej odmianie raki. W skrócie – ouzo to anyżówka i trzeba mieć upodobanie do tej przyprawy, by ze smakiem delektować się ouzo. Tsikouda to bimber bazowany na winogronach, znany w całym basenie Morza Śródziemnego pod różnymi nazwami (rakija, grappa, czacza). Podana mi herbata kreteńska to wywar z mięty z dodatkiem rumianku i kilku innych miejscowych ziół.

Siłą rzeczy, największą zaletą śródziemnomorskich kierunków podróży, a dla niektórych nawet warunkiem sin equa non, są plaże. To jeden z największych plusów Chanii. Dosłownie trzy-cztery minuty spaceru nad czystą, niemal całkowicie piaszczystą plażę bez tłumów ludzi. Oczywiście pod warunkiem, że nie wynajmiesz hotelu w centrum miasta. Początek maja, godzina 9:00, a na plaży byliśmy prawie sami. Zresztą zdjęcia mogą o tym zaświadczyć, nikogo nie wycinałem.

Nad morzem (i nie tylko, ale wspominam o tym tutaj przy okazji) napotkamy mnóstwo malutkich kapliczek nazywane proskynitária. Nie jest to tradycja tylko lokalna, ale spotykana w całej Grecji. W przeciwieństwie do naszych przydrożnych krzyży, przeważnie nie są to miniaturki upamiętniające smutne zdarzenia, a boską interwencję ratującą życie. Zresztą u nas też spotykane były kapliczki dziękczynne lub krzyże pokutne. Są one łącznikiem do starożytnych czasów, kiedy podobne miejsca najczęściej były ofiarowane Hermesowi. I chociaż starowierstwo należy już w całej Europie do cieniów minionych, to obyczaj pozostał. W każdej z nich znajduje się lampka oliwna, zazwyczaj ikona patrona i zdjęcie osoby, której kapliczka jest poświęcona. Czasem przy nich ktoś zostawi nawet ofiarę – kwiaty, ser feta czy kieliszek ouzo.

Skoro jesteśmy przy morzu, to nie można zapominać o pamiątkach, które kupimy z kutrów zacumowanych nad brzegiem morza w Chanii. Przeróżne muszle i muszelki, o niemal zerowej przydatności, a często wątpliwych walorach estetycznych. Jeden taki ozdobnik kupiłem już swego czasu w Tajlandii i mi w zupełności wystarczy. Do tej pory nie mam gdzie go powiesić :). Za to gąbkę warto kupić, tym bardziej jeżeli nie masz.

Cała przystań wenecka to najbardziej charakterystyczne miejsce Chanii. I centrum turystyczne, co jest jak najbardziej naturalne, bo dużo przyjemniej popijać ouzo czy zajadać się sałatką nad tak urokliwym brzegiem niż przy ruchliwych ulicach. Tak naprawdę analogiczne wrażenia estetyczne jeżeli chodzi o widoki na morze znajdziemy w kilku tawernach nieco dalej od portu, ale sam klimat jest nieoceniony. Drogę do fortu otwierają latarnia morska oraz forteca św. Mikołaja, do których można swobodnie dojść po wycieczce wzdłuż murów. A skoro Wenecja czasu renesansu była morskim imperium handlowym, to w przystani obowiązkowo musiały się znaleźć także stocznie czy arsenał. Tam, gdzie kiedyś cumowały galery wojenne, teraz najczęściej drobne kutry rybackie sprzedają pamiątki.

Już kilkaset metrów dalej napotykam się na pozostałość Turków – meczet Kioutsouk Hasan – obecnie przerobiony na galerię. A dalej jest już uczta dla ust i nosów, dzięki kilkudziesięciu kafejkom, chociaż przewijają się negatywne opinie, sugerujące konsumpcję w innym miejscu przystani, tym dużo chętniej uczęszczanym przez tubylców. Jest także muzeum morskie, podobno bardzo ciekawe, ale nie miałem czasu na atrakcje tego typu. I w tym przypadku bardziej czasu niż chęci, bo leżące nieco dalej od przystani muzeum archeologiczne komplernie nie znajduje się w spektrum moich zainteresowań.

Za to muzeum piłkarskiej greckiej drużyny narodowej – jak najbardziej! Takie miejsca, odkryte samemu, cieszą najbardziej. Bo tego muzeum nie znalazłem ani w googlemaps, ani w tripadvisorze, ani dzięki informacji turystycznej. Po prostu szedłem ulicą i, pewnie podświadomie, zobaczyłem futbolówkę. Płeć brzydsza ma to do siebie, że właśnie ten kawałek skóry potrafi wyczuć z daleka, w każdym miejscu na ziemi. Zresztą ma to swoje plusy, bo jak mawia stare powiedzenie – football is one of the best international languages, because once you kick the ball, you can communicate with anybody, anywhere in the world. Można się dogadać jako piłkarz, można też jako kibic. Ja w pierwszej roli spędziłem ledwie kilka lat i to na poziomie ledwie nieco wyższym niż międzypodwórkowy, za to w roli kibica spędziłem grubo ponad 75% swojego życia. I ten ogień gdzieś tam głęboko się nadal tli, chociaż moja ukochana Roma w Serie A coraz częściej gra tylko drugie skrzypce, a wrocławski Śląsk kocham za wspomnienia, ale gardzę za obecny sposób zarządzania.

Muzeum prowadzi prezes greckiego stowarzyszenia kibiców, który za narodową drużyną jeździ już grubo ponad 20 lat. Najcenniejszym eksponatem w muzeum jest chyba replika pucharu za zdobycie przez Grecję Mistrzostwa Europy w 2004 roku. Tego samego mistrzostwa, którym zabili futbol i spowodowali, że miliony kibiców przed telewizorami wydłubało sobie oczy. Ale zwycięzców się nie sądzi, a na trofeum nie ma wzmianki o okolicznościach w jakich zostało wywalczone.

Kościoły w Chanii nie zachwyciły. Może dlatego, że nie za bardzo miałem co zobaczyć. Kościół katolicki przypomina do złudzenia przeciętną polską parafię i zupełnie nie jest wart uwagi, Najbardziej podobało mi się patio przed nim. Prawosławna katedra jest, porównując do innych prawosławnych katedr, które widziałem, dość uboga. I tutaj pewien paradoks, bo przecież po chrześcijanach, w szczególności kapłanach tej religii, oczekuję ubóstwa, a kiedy już widzę skromny kościół, to narzekam… Do, podobno najpiękniejszego w Chanii, Agios Nikolaos, nie było mi dane wejść – z rana był zamknięty i ksiądz miał go otworzyć po 16:00, a przynajmniej tak mi doradzili tubylcy, a kiedy wróciłem właśnie o tej porze, okazało się, że ksiądz nie ma dla mnie czasu, bo musi iść do innych kościołów i żebym przyszedł jutro. Cóż, jutro byłem już w Polsce. Ale potencjalnego wejścia na minaret bardzo żałuję. Tego samego księdza spotkałem w pewnym przesunięciu czasoprzestrzennymi – kilka minut później i kilkaset metrów dalej, znów przypadkowo natykając się na malutki kościółek wenecki o fatalnym stanie zachowania. Wątpię, by była ta organizowana jakakolwiek msza, ale w tej chwili nie ma to najmniejszego znaczenia.

Bizantyjskie ruiny są ciekawe, ale niezbyt zachwycające. Dużo bardziej imponują liczne stare domy, utrzymane w starym stylu, a może raczej nie odrestaurowane z braku pieniędzy. No i oczywiście przyroda. Pomarańcze czy cytryny rosnące przy drodze to nadal dla Polaka zaskoczenie. Bo u nas nawet jak przy drodze rośnie śliwka, to ktoś przyjdzie i wszystkie owoce zje, nawet gdyby miał go brzuch rozboleć. Bo za darmo. Z ciekawostek warto jeszcze dodać, że większość Kreteńczyków gra w backgammona (wiki mówi, że po polsku to tryktrak), a ichni tradycyjni bohaterowie wyglądają jakby właśnie szli pod Samotną Górę stoczyć walkę ze Smaugiem…

A dlaczego w tytule nazwałem Chanię sprężyną turystyczną. Przed wyjazdem, posiłkowałem się przewodnikiem Lonely Planet z 2006 czy ’08 roku. I było tam napisane, że autobus miejski kursuje z lotniska w Chanii trzy razy dziennie. Minęła niespełna dekada i autobus kursuje co pół godziny od samego świtu niemal do północy. Można? Można. Turystyka to nadal najsilniejsza strona Grecji. A coraz bardziej rozwija się turystyka alternatywna – wiele ludzi nie chce pojechać do Aten i zobaczyć Akropolu, który jest jednym z najbardziej przereklamowanych zabytków świata. Zamiast tego lepiej udać się z dala od zgiełku. Na przykład na małą wyspę, gdzie 50 tysięcy mieszańców uchodzi za wielkie miasto, gdzie wystarczy wyjechać 20 minut za miasto by spotkać kozy na ulicach, by z plaży trafić prosto w góry, czasem pokryte śniegiem…

Chciałem tu napisać, że to inna Grecja, niż Grecja kontynentalna. Ale bym skłamał, bo jeszcze w Grecji kontynentalnej nie byłem. Powiem zatem inaczej – to inna Hellada :D niż sobie wyobrażałem. Taka bardziej… mitologiczna. Jasne – już straszliwie skomercjalizowana, ale jak ktoś sobie życzy prawdziwa turystyczna i cywilizacyjna dzicz, to zostaje mu chyba białoruska część czernobylskiej strefy wykluczenia. Tutaj jest jeszcze ok. I trzeba z tego korzystać. Jest ryanair, bilet to 400zł w dwie strony, a na miejscu noclegi drastycznie tańsze niż nad polskim morzem. Polecam!

Zostaw Komentarz