Browar Kamienica i turystyka piwna

Browar Kamienica i turystyka piwna

zamieszczone w: Polska | 0

W okresie wakacyjnym, gdy podczas jednego z weekendowych wypadów udałem się w niezbyt uczęszczanym, szczególnie latem, kierunków, czyli do Czarnej Góry i Stronia Śląskiego, naszła mnie nieodparta chęć na piwo. LO koncerniak z lokalnego sklepu nietrudno, ale już lepsze piwo w malutkich miejscowościach nie jest łatwą zdobyczą. „Ale zaraz, zaraz…” – się pomyślało. Przecież tutaj zaraz jest wieś Kamienica. I rzeka Kamienica. I, co najważniejsze, browar Kamienica, w którym piwowarem jest mój znajomy z podstawówki. No to ciaaach! Długo nie trzeba było się zastanawiać.

I tu zaczynają się kłopoty, bo o ile w mieście są taksówki, ubery, komunikacja itd., tak w górach… Samochodem nie możesz się wybrać, chyba że dysponujesz luksusem niepijącego kierowcy. A strońska policja lubi kontrolować niefrasobliwych miłośników napojów wyskokowych, co widziałem na własne oczy, stąd nawet po jednym piwku, z drogami, po których samochód jeździ raz na 5 minut, nie warto ryzykować. Piechotka? No, jeżeli skończysz biesiadę w okolicach północy i masz do przejścia kilka kilometrów, to nawet 700 m n.p.m. w lecie staje się mało przyjemną perspektywą. Czyli zostaje… rower. I teraz tak – wiem, wiem, wiem, nie wolno prowadzić roweru po alkoholu, stwarza się zagrożenie na drodze i w ogóle blablabla. Tyle teorii. Gdyby podsumować ile kilometrów zrobiłem po, co najmniej, jednym piwku, na pewno wyszłoby grubo ponad kilka tysięcy. Oczywiście nie mówię tutaj o stanie kompletnego nawalenia po litrze wódki, tylko właśnie jednym czy dwóch piwach. Ale przecież każdy zna swoje możliwości i, wierzę, ma świadomość, czy może wsiadać za kierownicę czy nie. Co diametralnie różni jazdę na rowerze po alkoholu z jazdą samochodem? Na rowerze stanowisz zagrożenie głównie dla siebie. Ok, tyle dziadkowych opowieści o alkoholu i prawie jazdy. Wracamy do turystyki. I piwa.

Bo w gruncie rzeczy, chciałem wykorzystać tę okazję do pokazania, co dobrego zrobiła piwna rewolucja w Polsce. Jak bardzo gonimy zachód, a może już nawet go przeganiamy, a także zastanowić się publicznie – co dalej. Zacznijmy od pytania – czy piwna turystyka sama w sobie ma rację bytu? Moim zdaniem – nie. Tak, jak na dłuższą metę sensu nie ma turystyka bazująca na whisky, o czym chyba wspominałem kiedyś w swoim wpisie. Zobaczysz jedną destylarnię, drugą, trzecią. Czym one się różnią? Ujęciem wody, kształtami destylatorów, składnikami i dodatkami, miejscem składowania beczek. Czym różni się produkcja piwa? W gruncie rzeczy – detalami w składzie. I tak jak bardziej zróżnicowane gorzelnie w Szkocji z czasem po prostu nudzą, tym bardziej znudzić musi na dłuższą metę turystyka nastawiona tylko i wyłącznie na zwiedzanie (mikro)browarów.

Cieszy natomiast, że nawet w pozornie obskurnych miejscach, możemy się napić dobrego piwa. Bo trzeba jednak pamiętać, że to napój o zupełnie innym profilu niż whisky i nie można go rozpatrywać w tych samych kategoriach. Gorzelnię jedziesz zwiedzić i, przy okazji, kupić butelkę do domu (z własnego doświadczenia wiem, że jest to nieopłacalne – destylarnie nie mają unikatowych wersji dostępnych tylko na miejscu, a ceny produktów nie są wcale niższe niż w sklepach specjalistycznych). Do browaru idziesz napić się piwa i, jeżeli jesteś zainteresowany, zobaczyć wnętrze. Ale nadal to piwo i jego spożycie stanowi główny punkt programu.

Kamienica to mała wieś z wyciągiem narciarskim, leżąca w masywie Śnieżnika i stanowiąca ciekawą alternatywę dla leżącej nieopodal i znanej w całej Polsce Czarnej Góry. Od razu napiszę – nie jestem narciarzem, nie znam się na tym, w gruncie rzeczy nie cierpię zimy i większości rzeczy z nią związanych. W szczególności zimna. Stąd moje dociekania na temat sportów zimowych ograniczę do słów: „jest wyciąg nariarski i 1,5 km tras”. I zawsze trochę z zazdrością patrzyłem na ludzi pijących piwko gdzieś tam w schronisku, w górach, w śniegu. Obrzydzało mnie jednak, że piją tego koncernowego pilsa, którego nigdy nie lubiłem i przez który dość długo w ogóle nie cierpiałem piwa. A tutaj proszę – zjeżdżasz sobie z nart i dosłownie 50m od wyciągu masz restaurację i browar.

Tylko trzeba sobie uczciwie nazwać rzecz po imieniu – to jest restauracja, a nie schronisko, gdzie się najesz za drobne. Jest elegancko, jest menu, kelnerki, bar. I to wszystko wpływa na cenę. Za obiad dla dwóch osób z napojem i deserem lub przystawką trzeba zostawić 70zł. Nie będę tutaj oceniał, czy to dużo, czy mało, bo nie każdy ma podobny portfel – jakościowo ceny są jak najbardziej adekwatne do tego, co otrzymujemy na talerzach. A zupa na ciemnym piwie z chorizo robi robotę tak bardzo, bardzo mocno i muszę ją gorąco polecić :)

Doszedłem zatem do głównej sprawy w browarze – piwa. Hmmm… Ujmijmy to tak – beer geek nie znajdzie tutaj praktycznie nic dla siebie, co z biznesowego punktu widzenia jak najbardziej rozumiem. Standardowo na kranach mamy do wypicia klasyczny pils (4%, 10 blg, typowa czeska desitka), czerwone ale (5%, 12.7 blg) oraz ciemne ale (6%, 14.7 blg) – najlepsze, nie tylko ze względu na moc czy woltaż, ale po prostu najbardziej złożone i smaczne piwo. Jasne, dalej przebija się głównie słodowość, ale są fajne nuty toffi i karmelu.

Jako odstępstwa dostępne są inne piwa, akurat latem trafił mi się świetny witbier, ale od czasu do czasu warzy się też IPA czy stouty. Nie będę szerzej wyjaśniał dlaczego taki, a nie inny jest wybór menu piwnego – adresatem jest człowiek, który pojeździł na nartach i chce się czegoś napić – nie można go zmuszać do piw mega goryczkowych bądź palonych, bo się tylko zrazi. Tym bardziej, że Browar Kamienica czerpie wodę z pobliskiego źródła, dzięki czemu jest bardzo miękka i uszlachetnia nieco goryczkę, nawet w pilsach. Gdyby możliwości przerobowe były większe, również ilość dostępnych stylów by się zwiększyła, co zresztą potwierdził mi piwowar.

Ale jest jak jest, targetem są piwni Janusze (bez urazy :)) i ja to jak najbardziej rozumiem. Trzeba się cieszyć z tego, co mamy. Że polskie piwowarstwo idzie w bardzo dobrą stronę. Jeszcze niecałą dekadę temu, szczytem możliwości były browary restauracyjne w centrach wielkich miast. Teraz możemy wstąpić do czegoś, co kwalifikuje się do miana multitapu, nawet w małej wsi przy stoku narciarskim. A może za 5 lat dostaniemy Pintę w Samotni? I właśnie o taką piwną Polskę nic nie robiłem!

Zostaw Komentarz