Borjomi – źródło siły Stalina

Borjomi – źródło siły Stalina

zamieszczone w: Azja, Gruzja | 0

Podróż z Gori do Borjomi nauczyła mnie bardzo dużo o Kaukazie i Gruzji. Trasa z Gori miała być lekka, łatwa i przyjemna. Wyjechaliśmy lekko po południu i, jak zwykle, byliśmy spoceni jak dziwki w kościele, bo temperatura powietrza sięgała 35 stopni. Jedziemy, jest miło i przyjemnie i nagle, dosłownie dwa-trzy kilometry przed Borjomi zaczyna się ściemniać. Pojawiają się między nami głosy ‚będzie padać’. Jak niewiele wiedzieliśmy. Kiedy chmury przesłoniły niebo, z którego polał się wodospad wody, a widoczność spadła do kilku metrów. I, tak fantastycznie pasując do opisu Willema Defoe z „Boondock Saints”, przez kilka chwil nastał Armageddon. Ściana deszczu przełamywana z trudem przez snopy świateł nadjeżdżających z przeciwka samochodów oraz co jakiś czas ten krajobraz zagłady rozświetlany błyskami. Dookoła przerażone hukiem gromów krowy, bo przecież krowy w Gruzji są wszędzie. Poruszamy się może z prędkością 10-15 km na godzinę, bo należy pamiętać że tutaj nie ma pobocza i szerokich pasów – jeden błędny ruch i lądujesz w rowie albo w Kurze, w zależności z której strony wypadniesz z trasy.

WTEM! (Zastosowałem tutaj mój ulubiony dymek z komiksów, zawsze chciałem to zrobić, a nigdy nie było okazji) Lewa strona samochodu krzyczy ‚UWAGA!’ Bum-pierdut! Z lewej strony na kompletnej nieśmiadomce wychodziła przestraszona krowa i tylko dzięki naszej ograniczonej prędkości uniknęliśmy masakry. Zwierzę lekko zaczepiło łbem o samochód, odwróciło się i poszło w drugą stronę. Niestety, mam poważne obawy czy przeżyło tę noc. Zresztą kilkadziesiąt metrów dalej widzieliśmy już tylko kawał wołowiny. Tej krowy już nie było! Przestała istnieć! Odeszła na spotkanie ze swoim stwórcą! Opuściło ją życie , teraz spoczywa w spokoju! Strzeliła w kalendarz i śpiewa teraz w anielskim chórze ! To była eks-krowa! Odejście burzy trwało mniej więcej tyle, ile Tobie zajęło przeczytanie mojej mizernej próby wplecenia na blog odrobiny klasyki brytyjskiego humoru. Konsekwencje ulewy były jednak znacznie poważniejsze – cała północna część miasta była pozbawiona prądu.

Rzeka Kura rozdziela bowiem Borjomi na dwie części – bardziej turystyczne ‚centrum’ na południowym brzegu rzeki i typowo mieszkalną północ. Tu warto zaznaczyć coś, o czym chyba jeszcze nie pisałem. Umowa wynajmu samochodu z kierowcą w pakiecie wygląda tak, że kierowca sam sobie organizuje noclegi. Już pierwszego wieczora dowiedzieliśmy się jak to działa w praktyce – David spał z nami w zasadzie na krzywy ryj. To znaczy zawsze zabiegał o to, że on będzie negocjował noclegi i wszystko załatwi – w języku gruzińskim. Gdy w Borjomi mieliśmy namiary na swoje schronisko, strasznie się krzywił. I bierze nas na tę północną część miasta na oglądanie kwater. Pierwsza kiepska (20 GEL/osoba ze śniadaniem), druga lepsza – jest łazienka z prysznicem, cywilizowany kibel, jakieś tam jedzenie rano i wieczorem, cena nieco wyższa (80 Lari) i jeden problem – brak elektryczności. Kiedy będzie – nie wiadomo – może za chwilę, może rano. Krótka narada i jedziemy do centrum, gdzie w pierwszym hotelu z brzegu dostajemy pokój dwuosobowy za 35 Lari w całkiem przyzwoitym standardzie, czyli tak czy siak postawiliśmy Dawidowi nocleg ;) I żeby nie było, że mi żal dupę ściska o 5-10 złotych – chodzi o to, że przez barierę komunikacyjną i trochę inne wartościowanie pieniądza na linii Polska-Gruzja straciliśmy chyba ze dwie godziny. A Gruzja należy do krajów, w których Polak bardziej ceni czas niż pieniądze.

Ni stąd ni zowąd zrobił się późny wieczór, postawiliśmy jeszcze Davidowi kolację (a w ogóle David miał zdrobnienie – Dato – i tak do niego mówili wszyscy Gruzini) i trzeba było iść spać, bo plan na następny dzień był dość bojowy – zaliczyć kąpielisko z wodą Borjomi, przejść się parkiem narodowym, a potem dalej na południe. Zacznę od tej wody, która jest znana niemal na całym świecie, a którą poznaliśmy już wcześniej jako najlepszą metodę na zaspokojenie pragnienia. Od razu ostrzeżenie – to jest prawdziwa woda mineralna, a nie jakaś popierdółka jak niektóre polskie butelkowane Nestle czy inne Chujowianki. Bogata w minerały do tego stopnia, że jest słona. Kiedyś jak będziesz w jakiś delikatesach, sprawdź skład mineralny Borjomi i porównaj z np. Nałęczowianką. Szok, co? Porównywalnym antidotum na upały był chyba tylko sok z guavy w Tajlandii. Woda robiła furorę w Związku Radzieckim, była ulubionym napojem Stalina i do konfliktu gruzińsko-rosyjskiego stanowiła kilka % spożycia wody w Rosji.

O ile pamiętam, w Lonely Planet przeczytałem, że w pobliżu miasteczka znajduje się basen napełniony gorącą naturalną wodą mineralną. Skoro nie było okazji dłużej się popluskać w Batumi, tutaj postanowiliśmy sobie odbić co nasze. Jeden problem – rano było zimno. Nie, zaraz, było ZIMNO! Mieścina leży nadrzecznej górskiej dolinie, w której noc wcześniej miało miejsce załamanie pogody. Chociaż same Borjomi znajduje się na 800 m n.p.m., to już 30 km dalej w linii prostej znajduje się Bakuriani, najbardziej znany zimowy kurort w Gruzji, położony na 1700 m n.p.m., a także cały Mały Kaukaz. A że góry są wszędzie dookoła widać najlepiej na zdjęciach. No ale nic – ubraliśmy kąpielówki, wzięliśmy ręczniki i poszliśmy o 9 rano do lasu. To przecież tylko kilometr. Okazało się, że nie kilometr, tylko cztery. W dodatku raczej pod górę i po leśnej drodze nad rzeką. Ale moim zdaniem było warto. Nawet jeżeli higiena tego miejsca pozostawiała bardzo wiele do życzenia, a zapach także nie zachęcał. Za to było ciepło. Przez chwilę. Zupełnie jak z sikaniem w spodnie zimą. Powrót tą samą trasą w mokrych spodenkach nie należał już do najprzyjemniejszych odczuć, a trwał tyle, że z powrotem w miasteczku nie mieliśmy czasu na nic, poza drobnymi zakupami.

I to był w zasadzie koniec imprezy w Borjomi. Zaraz obok znajduje się jeden z licznych parków narodowych Gruzji. Bardzo przyjazny turystycznie, z możliwością wynajęcia koni, namiotów, kocy, śpiworów, a nawet przewodnika (ok 50 zł/doba). Trasa przez prawie cały park to jakieś trzy dni pieszej wędrówki. Nie do końca wiem dlaczego wśród atrakcji wymieniane jest potencjalne spotkanie z niedźwiedziem, ale jest :) Jednak po tripie do lasu i zdrowotnej kąpieli, co zajęło nam prawie trzy godziny, zdecydowaliśmy że odpuszczamy już park narodowy, tym bardziej że w planie mieliśmy najkrótszą, ledwie kilkukilometrową trasę.

Architektonicznie Borjomi to typowo gruziński miks fatalnie utrzymanych budowli z przeszłości z nowoczesną tanizną. Chociaż w kilku miejscach widać światełko w tunelu. Budynki z połowy XIX w., czasu kiedy powstało miasto, napędzane funduszami dynastii Romanowów, są częściowo restaurowane i na pewno znacznie podbiją atrakcyjność turystyczną, ale leżące przy ulicach ruiny przesłonięte folią, z powybijanymi szybami i powyłamywanymi drzwiami już nie zachwycają. Ale to jest problem wszystkich krajów dawnego bloku wschodniego – we Wrocławiu niektóre kamienice są w takim stanie, że remont kilkukrotnie przerasta koszt wyburzenia i postawienia budynku od nowa. Przebłyski nowoczesnej architektury są bardzo nieliczne (ale most, który skojarzył mi się z half-pipe’m wywarł na mnie świetne wrażenie), ale może to i lepiej? Nie ma nic gorszego niż zaciszna i zabytkowa starówka z nawalonymi żabkami, biedronkami, freshami i podobnymi śmietkami. Bo inaczej tego nazwać nie można – te wszystkie sieci swymi tandetnymi szyldami i krzykliwą kolorystyką niszczą przestrzeń publiczną w oczach każdego, kto ma chociaż odrobinę dobrego smaku. Ja nie śmiem się tytułować arbiter elegantiarum, ale gdy gdziekolwiek widzę badziewny szyld, a już nie daj boże neon zamieszczony na kamienicy, mam ochotę dokonać zamachu terrorystycznego.

Ogółem – to świetne miejsce będące bazą wypadową dalej. Żeby specjalnie tu przyjeżdżać? Z Kutaisi na pewno nie warto. Jeżeli podróżujesz na trasie Kutaisi – Tbilisi, to tylko 30 km od głównej autostrady, ale… nadal nie widzę celu poza chodzeniem po lasach. Chyba że ktoś jest maniakiem wody mineralnej i chce zobaczyć co, gdzie i jak. Poza tym nie ma nic ponadprzeciętnego na skalę gruzińską.

Zostaw Komentarz