Berlin – Browar Stone Brewing

Berlin – Browar Stone Brewing

zamieszczone w: Europa, Niemcy | 0

Nie będę ukrywał, że wizyta w browarze Stone była jednym z moich głównych celów w Berlinie. Dlaczego „wyrosłem” już z europejskich stolic i metropolii, wyjaśnię w zasadniczym wpisie, dotyczącym Berlina, gdzie nie obędzie się bez polityki. Tutaj zaś będzie niemal stricte o piwie, chociaż małej wojenki polsko-niemieckiej również nie unikniemy :) Śmiem twierdzić, że będzie to nawet wojna światowa, ale do tego jeszcze dojdziemy.

Stone Brewing, jak sami przyznają, dość długo szukało odpowiedniej lokalizacji w Europie, a wybór spośród prawie dwustu proponowanych miejsc, nie mógł być bardziej urokliwy. Marienpark to dawne centrum przemysłowe z samego początku XX wieku, którego sercem była gazownia. Na powierzchni ponad trzech tysięcy metrów kwadratowych, jej główny budynek mieści obecnie właśnie europejski oddział browaru Stone. Klasyczna czerwona cegła gazowni, bogate – jak na budynek przemysłowy – zdobienia, uzupełnione gargulcem – symbolem browaru Stone, to nie jedyne atrakcje Marienpark. Spod browaru da się zauważyć dwie wieże ciśnień (z początku i połowy XX wieku), dawny olbrzymi zbiornik gazu, o pojemności stu ośmiu tysięcy metrów sześciennych (większy, o pojemności 150 tys. został rozebrany), a gdzieś w oddali majaczy port, który od czasu wyłączenia gazowni, również stracił rację bytu.

Powstały za to nowe inwestycje: największe w Berlinie pole ogniw fotowoltaicznych, z prawie ośmioma tysiącami modułów, dające 2MW energii dziennie. Jest też linia produkcyjna firmy Dorrwerk, tworzącej chipsy z owoców i warzyw, a także magazyny DHL Deutsche Post. Poza tym ostatnim, wraz ze Stone, wszystko wpisuje się w ekologiczny nurt, który zresztą Stone mocno podkreśla na każdym kroku, i z którego jest dość dumny.

Lokalizacja ma jeden minus – to dość daleko od centrum. Choć, jak się przekonałem podczas pobytu w Berlinie, termin „niedaleko” nabiera w stolicy Brandenburgii nowego znaczenia. Otóż, jeżeli gdzieś masz dojechać w jakieś czterdzieści minut komunikacją miejską, to jest to niedaleko. Biorąc pod uwagę, że do Stone da się dostać za pomocą U-Bahna oraz dłuższego spaceru (jakieś 1.5 km), w skali Berlina można to zdefiniować nawet jako „dobrze skomunikowane”.

Skoro z zewnątrz wszystko prezentuje się tak atrakcyjnie, jak jest w środku? Otóż – jeżeli da się w to uwierzyć – jeszcze lepiej. To, co osiągnięto w hali głównej jest prawdziwym majstersztykiem, który potrafi docenić nawet taki ignorant w dziedzinie wystroju wnętrz, jak ja. Jeżeli napiszę, że to połączenie klimatu lasu elfów, coś na kształt Rivendell,miasta elfów z serii Heroes of Might & Magic, z prześwitującymi tankami browaru, to naprawdę nie przesadzę. Mnie urzekło, mimo kilku zbędnych elementów, a jeżeli regularnie czytacie bloga, lub znacie mnie, to wiecie, że w komplementach jestem oszczędny. Bardzo. Owszem, są elementy, które nie pasują i kłują w oczy. Ot, chociażby rowery, które, moim zdaniem, pasują w hali jak pięść do nosa. Psują one klimat jedynie odrobinę. Wieczorem, gdy słońce idzie spać, a jedynym źródłem światła są latarnie wewnątrz halo oraz ciepłe żarówki na konarach i wśród korzeni drzew, sprawiające wrażenie hasających świetlików, robi się magicznie. Drewniane i kamienne stoły, krzesła i akcesoria, a do tego stara cegła gazowni. Cudnie, część magii macie zresztą na fotkach.

Ok, do rzeczy, bo otoczka to fajna sprawa, ale chyba najważniejsze jest piwo, prawda? Ej, prawda? No właśnie, to chyba temat zasługujący na osobny post, bo sam w kilku miejscach swojego bloga się nad tym zastanawiałem. Tym niemniej, nawet najlepsza miejscówka bez wyboru na kranach nie byłaby warta odwiedzin. W Stone Brewing wybór mamy. I to jaki! 51 kranów. Albo 50, bo tyle jest w menu, chociaż barman poprawił mnie, że kranów jest 51. A w zasadzie, to nawet 102, bo krany są z obu stron baru :) Około dwadzieścia z nich przeznaczone jest dla browaru Stone oraz marki-córki, czyli „Arrogant Bastard”, zaś pozostałe to produkty ze znanych światowych browarów: Jopen, Pohjala, Lervig, Evil Twin, Omnipollo, To/Ol… Nie wiem ile beczek biorą od każdego z nich, ale tekst piszę dobre dziesięć dni po wizycie, a na niektórych kranach dalej wisi to samo. Ba! Na większości.

Tutaj chyba trzeba napomknąć o problemie, którego nie dało się nie zauważyć. Na miejsce dotarliśmy wprawdzie przed dniem roboczym, ale mocno przed 21:00, a tego dnia w „Stone” była impreza, dość szeroko nagłaśniana na facebooku. Tymczasem wewnątrz – pustki. Jakaś kapela brzdęka, dwóch gości siedzi przy barze, tutaj jedna para, tam inna. My byliśmy chyba najliczniejszą, bo pięcioosobową grupą. To pewnie w dużej mierze konsekwencja lokalizacji, bo nie sądzę aby Niemcy mieli coś do ceny. Chociaż 7-8 € za każde bez wyjątku piwo mocno bije po kieszeni. Tym śmieszniej, że to samo piwo dostępne jest w sklepie przy wyjściu w cenie 2€ za puszkę. Coś nie halo! Ale popróbowaliśmy. Na stół wjechało, o ile dobrze pamiętam, 15 piw, w większości w próbkach 0.15 l, chociaż zdarzyły się też 0.5l, niestety bez podpisanych pokali. Wrażeń smakowych możecie poszukać gdzieś po prawej, jeżeli już notatki spisałem do „dzienniczka piwnego”. Każdy dostał też szklankę wody – fajnie, ale wydaje mi się, że jeżeli już decydujemy się na taki gest, to dodatkowy dzbanek byłby również wskazany, szczególnie przy tylu piwach.

Obsługa w ogóle leży po całości. Zamówiłem sernik. Raz – dlatego, żeby spróbować tej zachwalanej i wykwintnej kuchni, dwa – sernik jagodowy z serem pleśniowym i jalapeno brzmi zachęcająco. A ja na słodkie zawsze mam ochotę. Smakowo było ok, ale bez szału, jalapeno na granicy wyczuwalności, sera pleśniowego nie było wcale, porcja jak dla ptaszka. Znaczy się gourmet :D Ale kelner przyniósł talerz, rzucił – dosłownie na stół, tak że cukier puder spadł z talerza i poszedł. Tak, nie bez przypadku nie wspomniałem o sztućcach. Sztućców nie było. Poradziłbym sobie bez widelca, ale nie wypada! Czekam. Przeszedł raz, drugi, trzeci. Ok, wkurwiłem się i go wołam. Nie lubię tego robić, ale cóż. „- Czy mógłbym dostać coś, czym mam ten sernik zjeść?” „- Ok.”. Po chwili przyszedł z widelcem, położył na stole. Ani proszę, ani przeprszam, ani smacznego. Hipsterka pełną gębą!

Przy płaceniu rachunku znów zgrzyt. Kelner – już inny, dużo bardziej sympatyczny – przynosi rachunek, decyduję się płacić kartą, idzie po terminal, ale jeden z nas wykazał się trzeźwością umysłu. Jednego z piw nie było i na stole się nie pojawiło. Za to na rachunku – jak najbardziej. „Oh, ojej, pomyłka, przepraszam, zapomniałem usunąć”. Pewnie tak by było i rozeszło by się po kościach, gdyby na stole nie został jego długopis. Wraca po chwili i mówi „hey, that’s my pen”, po czym kiwa palcem i dodaje „you Polish people!”. ?!?!?!!?!? Naprawdę. Jak Polak to już złodziej? Serio? Lokal fairtrade, ekologia, tolerancja, Berlin, karana mowa nienawiści, fajni uchodźcy, a Polak dalej jest złodziejem? Jakoś nie wydaje mi się, żeby wobec murzynów czy Arabów decydował się na podobne stereotypy. Ja wiem, miało być śmiesznie, ale wyszło żenująco. Ach! W międzyczasie na terminalu skończyła mu się rolka do drukowania i poszedł z moją kartą na zaplecze. Nie zmyślam! Tego się nie da zmyślić.

O czym jeszcze? Ach tak, sklep. Otwarty w godzinach bliżej nieokreślony. Podchodzę, pytam „- Excuse me, what time do you close? – Soon. – Soon like 5 or 15 minutes? – Yes.” Aha, no to się dogadałem. Na półkach sztosy. W dużej mierze prosto z siedziby głównej Stone, czyli z Kalifornii, co odzwierciedlają ceny, sięgające nawet do 90€ za butelkę 0.66l. Trzeba mieć fantazję i pieniądze, synku. Prawie kupiłem szkło, ale okazało się, że pani mi je zapakuje w papierek. To podziękowałem, zostałem z czterema puszkami, między innymi genialnym Xocoveza i Ruination 2.0. Ceny puszek 0.33l – dwa Euro. Wybornie, naprawdę. A do tego skusiłem się na leżakowany w beczkach po burbonie Arrogant Bastard Ale. Za 6 €, czyli też znośnie.

Ogólne wrażenia oczywiście pozytywne, głównie za wystrój wnętrz i wszystkie doznania, poza obsługą. Nie wiem, może to niemiecki standard, bo raczej po restauracjach w Rzeszy się nie stołowałem, ale tutaj moje rozczarowanie było kolosalne. Pod względem piwnym jest solidnie. I chyba też nic ponadto. Ale odwiedzić jak najbardziej warto.

Zostaw Komentarz