Autor najczęściej oglądanych obrazów w Polsce

Autor najczęściej oglądanych obrazów w Polsce

zamieszczone w: Polska | 0

No właśnie, obrazy którego polskiego malarza są najbardziej znane? Matejko? Malczewski? Kossak? Grottger? Witkacy lub Beksiński? Pewnie jednego z nich. Ale gdyby policzyć obrazy, które najczęściej widujemy, odpowiedź byłaby zupełnie inna. Jest to Andrzej Heidrich, którego imię i nazwisko dla przeciętnego obywatela są znane odwrotnie proporcjonalnie niż dzieła, z którymi spotyka się prawdopodobnie na co dzień. Andrzej Heidrich jest bowiem projektantem polskich banknotów. I nieważne czy masz lat 20, 40 czy 60, z jego twórczością miałeś styczność niemal od urodzenia, bo pierwsze projekty spod jego ręki zostały zrealizowane jeszcze w latach 70. ubiegłego stulecia.

Nie piszę tutaj o tym od czapy, bo niespełna tydzień temu we wrocławskim Muzeum Historycznym otwarto wystawę poświęconą właśnie panu Heidrichowi. Jako kolekcjoner banknotów, nie posiadałem się z radości, bo była to dla mnie nie lada gratka. Swego czasu wystawa była w Warszawie (nie pamiętam czy w jakimś muzeum czy w siedzibie NBP), ale przecież nie udam się do stolicy specjalnie w tym celu. A skoro Mahomet nie poszedł do góry, to góra przyszła do Mahometa i byłem jedną z pierwszych osób odwiedzających tę wystawę. I jedną z niewielu w muzeum. To ogólnie smutny obraz społeczeństwa, które nie ma czasu by zasięgnąć tzw. kultury wyższej (bo chcę wierzyć, że jest to tylko i wyłącznie brak czasu, jak często bywa w moim przypadku, a nie brak chęci). Tym bardziej że ta kultura jest relatywnie tania. Muzeum Miejskie ze swoimi stałymi wystawami jest dostępne za darmo (1000 lat Wrocławia powinno być obowiązkowe dla niemal każdego mieszkańca miasta), a na wystawy specjalistyczne, jak ta poświęcona panu Heidrichowi, bilet kosztuje 15 zł. Normalny.

Pan Heidrich jest nie tylko autorem grafik do banknotów,  ale również współpracował przy książkach (Iwaszkiewicz, Kapuściński) czy znaczkach. Jedne z bardziej znanych serii znaczków z PRL – z dinozaurami – od której to serii zaczynało swoją kolekcję każde dziecko stanu wojennego, jest właśnie jego autorstwa. Podobnie jak projekty wielu odznaczeń i medali, dokumentów państwowych, a nawet ma współudział przy odświeżeniu godła państwowego. Poza banknotami na wystawie są też prywatne dzieła Andrzeja Heidricha – krój pisma, seria miniatur z polskimi pisarzami, dawnymi bóstwami czy autorska interpretacja pocztu królów polskich.

Ja, będąc banknotowym świrem, spędziłem w pomieszczeniu ponad godzinę, bo jest tutaj wszystko, o czym tylko mógłbym marzyć. Ewolucja i alternatywne wersje banknotów z czasów Rzeczpospolitej Ludowej, serie banknotów z miastami, które nigdy nie wyszły poza fazę projektów (i gdy się na nie patrzy, należy dziękować bogu), projekty bieżących banknotów, świetne projekty z lat 60., nawiązujące luźno tematyką choćby do emisji londyńskiej… A nawet projekty z polskimi ikonami socjalistycznymi – Witosem, Gomułką czy Daszyńskim.

Natomiast istotnym pytaniem jest –  czy to wystawa dla każdego? Czy przychodzący z ulicy przeciętny obywatel będzie zainteresowany. No i tutaj odpowiedź brzmi – raczej nie. A na pewno nie spędzisz tutaj więcej niż kilkanaście minut, bo w gruncie rzeczy jest to jedno pomieszczenie.

I dlatego zamierzam potencjalnego czytelnika rozsierdzić kolejnymi słowami – bo w ramach biletu na Heidricha, można jeszcze było zobaczyć wystawę szopek, która trwała tylko do 30.01.2016, więc już można ją uświadczyć tylko na zdjęciach lub czekać na powtórkę. Niestety, moje fotki są dość średniej jakości, gdyż w muzeum jest stosunkowo ciemno, a ja nie miałem przy sobie statywu. Szopki bożonarodzeniowe to bardzo wdzięczny sposób na zauważenie różnic kulturowych między ludźmi rozmaitych stron świata, bo pokazuje jak różne kultury pokazują to samo wydarzenie. I tak właśnie jest na przykład dzieciątko Jezus w jutrze, zamiast stajenki, w scence z Mongolii. Jest Jezus w tipi, rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, figurki z Kenii, Madagaskaru, Zambii czy Australii. A także ciekawostki w postaci scen umieszczonych w orzechu włoskim (owocu, nie rodzaju drewna), butelce po Johnnym Walkerze lub tykwie.

No i oczywiście klasyczne szopki, tak często widywane w kościołach. Swój własny pokój mają szopki krakowskie, bardzo kolorowe, chociaż moim zdaniem dość tandetne (tak, nawet ja potrafię przyznać, że coś zbyt kolorowego może być tandetą :)), ale są ruchome, zatem cieszyły się największym uznaniem dzieci. Cóż, ja mam bardziej konserwatywne podejście i znacznie bardziej przypadły mi do gustu typowe drewniane szopki oraz szopki skrzyniowe, często ocierające się o arcydzieło. Często też na bardzo niskim poziomie i zauważyłem normę, że im szopka nowsza, tym bardziej udziwniona i mniej ciekawa.

Czy wystawa będzie cykliczna? Szczerze wątpię, a szkoda, bo jest bardzo ciekawa. Szczególnie przedstawienie sztuki innych kultur. Obawiam się jednak, że zaraz odezwałoby się gęganie licznej grupy nowoczesnych cymbałów, którzy nie rozumieją, że kultura chrześcijańska jest spuścizną historyczną Europy czy tego chcemy, czy nie. I jak to jest, że dajemy na jakieś Jezuski, jak można kupić nowego iPhona 20-letniemu Syryjczykowi z Bangladeszu. Tak, jestem złośliwy :)

Zostaw Komentarz