Arboretum w Wojsławicach

Arboretum w Wojsławicach

zamieszczone w: Polska | 0

Arboretum, ogród dendrologiczny, dendrarium (łac. arbor, arboris – drzewo) – miejsce, w którym kolekcjonuje i zwykle prowadzi się badania nad drzewami i krzewami. Przy arboretach działają często placówki naukowe badające morfologię, anatomię, ekologię, fizjologię i genetykę roślin drzewiastych oraz możliwości aklimatyzacji gatunków obcych. Arboreta funkcjonować mogą jako placówki samodzielne, ale stanowić też mogą część ogrodów botanicznych o wszechstronnych kolekcjach. Gatunki dawniej nasadzano w kolekcjach arboretów głównie kierując się względami estetycznymi. Współczesne kolekcje gromadzą różne gatunki według kryterium ekologicznego (tworząc grupy o podobnych wymaganiach siedliskowych) lub systematycznego (grupując gatunki i rodzaje spokrewnione).

Tyle teorii. Dlaczego nagle zaczynam pisać o Polsce i, w tym przypadku, Dolnym Śląsku? Bo, jakkolwiek banalnie brzmi ta odpowiedź, tak jest wygodniej. Tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Musiałem nieco zweryfikować swoje cele na rok 2015, dużo bardziej skupiając się na tak zwanym ‚robieniu hajsu’ oraz planując coś naprawdę wielkiego na rok przyszły (nie na tyle wielkiego, żeby już zaczynać planowanie, ale na tyle wielkiego, by odpuścić wielkie wycieczki w tym roku). A że zew podróżnika nadal woła, trzeba zacząć zwiedzanie miejsc bliższych. To taki paradoks i wstyd, że dużo lepiej znam wiele miejsc za granicą – choćby Maltę – niż własną Ojczyznę, a nawet tak bliski memu sercu zDolny Śląsk. Stąd też przygotowałem sobie taką drobną listę rzeczy koniecznych do zobaczenia mniej więcej w odległości stu kilometrów od Wrocławia, w szczególności, że Autostradowa Obwodnica Wrocławia jest już niemal w całości gotowa.

Bo trzeba wiedzieć, że głównym problemem przed rozpoczęciem wyjazdów jest zawsze brak chęci i szukanie wymówek. I dawniej jako usprawiedliwienie zawsze był brak samochodu, a gdy samochód już jest, to brak nieskrępowanego dojazdu. ‚A bo trzeba stać w korkach i marnować czas’, zupełnie jak w tym komiksie. Owszem, wyjazd na zachód przez Leśnicę czy przebicie się przez miasto by dotrzeć na wschód nadal nie jest przyjemnym doświadczeniem, ale trzeba przyznać, że w wiele miejsc wyjazd z Wrocławia jest już niemal komfortowy. Na przykład do Wojsławic niecałe 50 km można pokonać w 30 minut. Oczywiście w paru miejscach naginając przepisy dotyczące prędkości, do czego nie zachęcam i nie praktykowałem. A powyższe wyliczenia są oczywiście czysto teoretyczne :)

Na liście do zobaczenia są oczywiście także rzeczy już w życiu widziane, bo chyba nie ma osoby, która chodziła do szkoły we Wrocławiu i nie była na wycieczce w zamku Książ albo Szklarskiej Porębie czy Karpaczu. Mowa oczywiście o czasach, kiedy nie było ogólnego konkursu ‚kto pojedzie na bardziej ekskluzywną wycieczkę’ i w podstawówce nie jeździło się do Paryża czy Barcelony. Bo szkoła ma przede wszystkim uczyć, a nawet tego zadania obecnie nie wypełnia dobrze. Ale to zupełnie odrębny temat, a już i tak wystarczająco odbiegłem od tematu. Znów. Ale warto tu zaglądać, bo mam w planach odwiedzić także tak mało popularne miejsca jak sztolnie walimskie czy, korzystając z pomocy znajomego przewodnika, dużo mniej znane miejsca we Wrocławiu. Bo stolica Dolnego Śląska to nie tylko Hala Ludowa (lub Stulecia w zależności od waszych poglądów ;)), katedra i Aula Leopoldina. Nie każdy wie gdzie można znaleźć zaułek neonów albo wieżę magów.

Kto czyta częściej bloga, ten wie, że nie lubię tłumów. Stąd do arboretum udałem się łącząc trzy czynniki, które miały zapewnić mi ciszę i spokój. Po pierwsze – środek tygodnia – kiedy większość ludzi jest w pracy. Po drugie – wcześnie rano, co dla mnie było definiowalne jako wyjazd z Wrocławia około 10:30 :) W końcu, po trzecie – na początku sezonu. Chyba w kilka dni po oficjalnym otwarcie arboretum. Swoją drogą trochę mnie ciekawi czy jest możliwe wejście na teren ogrodu poza oficjalnymi terminami otwarcia, czyli połową kwietnia, a końcem października. A może inaczej – ile kosztuje? Czy wystarczy jeden uśmiech, czy może trzeba wysupłać Kazika Wielkiego, żeby przekonać kogo trzeba o możliwości wejścia. Bo nie wierzę, że się nie da. A musi być to ciekawe przeżycie.

Zatem jestem na miejscu. 15zł za bilet to spoko cena. Tak naprawdę jeżeli weźmiemy pod uwagę, że przy ciągłym zwiedzaniu najdłuższa trasa to około cztery godziny, a na teren można spokojnie wziąć kocyk, jakieś jedzonko i spokojnie rozbić obóz, to bez problemu można spędzić tutaj cały dzień. Dosłownie. Ja, krokiem niespiesznym, ale jednak dorosłego człowieka, zwiedziłem prawie wszystko zamykając się w nieco ponad trzech godzinach, ale trzeba oddać że w momencie mojej wizyty, wiele roślin było jeszcze przed okresem rozkwitu. Tak naprawdę są trzy dobre momenty by zobaczyć to miejsce – przełom kwietnia i maja, kiedy kwitną różaneczniki oraz olbrzymi (kilkanaście hektarów) sad z wiśniami i czereśniami i niemal teleportujemy się do kraju kwitnącej wiśni. Potem czerwiec z różami oraz lipiec z liliowcami. A na koniec, już jesienią wielka rabata bylin. Ja w tym roku zamierzam odwiedzić Wojsławice co najmniej jeszcze raz.

W ten oto sposób zbliżyliśmy się do najtrudniejszego elementu tego wpisu. Muszę napisać kilka słów o przyrodzie. Spróbować w słowa ubrać rzecz absolutnie nieopisywalną. Bo przecież słowa nie mają 32-bitowej palety kolorów. Nie da się opisać jak bardzo różnią się kwiaty wiśni czy czereśni, nie tylko odcieniami różu mieszającego się z bielą, ale także wyglądem. Na co dzień nie mamy czasu poświęcić uwagi takim detalom jak kwitnące drzewa owocowe. Jesteśmy zbyt zabiegani na takie detale ocierające się o sztukę. Dopiero w takim miejscu jest czas, chociaż oczywiście też trzeba mieć chęci, by w całości podziwiać otaczające nas piękno. Sad owocowy na wzgórzu, o powierzchni kilkunastu hektarów, z którego rozpościera się widok na Przedgórze Sudeckie, cały w rozkwitających drzewach. Okazy, których nie spotkamy w przydomowych ogrodach, niektóre bardzo gęste, prawie jak pierze. Feria kolorów i zapachów. Po prostu majstersztyk.

Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, bo nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił, to na pewno woda w stawach. Z jednej strony rozumiem, że są to obiekty małe i zamknięte i w zasadzie powinniśmy się cieszyć z tego co jest, bo widywałem stawy w dużo gorszym stanie, ale nie ma się czym zachwycać. W paru miejscach w pobliżu wody po prostu śmierdziało zgniłymi roślinami. Nie wiem czy jest to celowy zabieg by utrzymać pewien balans w ekosystemie czy może po prostu ktoś zapomniał usunąć z wody przekwitłe rośliny, które pod wpływem wiosennego słońca zaczęły wydzielać nieprzyjemne zapachy.

Poza roślinami, jest także stara wozownia i kilka innych budynków o charakterze historyczno-wystawowym, dotyczące tak rolnictwa i ogrodnictwa, jak i botaniki. W całości je, zupełnie świadomie, opuściłem, gdyż to zupełnie nie moja bajka. Poza tym jest sklepik, jest restauracja. W pobliżu jest także Niemcza, należąca do rdzennych miast Dolnego Śląska, z licznymi zabytkami, niestety w stanie pozostawiającym bardzo wiele do życzenia.

 

Dla mnie to jeden z punktów ‚must-see’ Dolnego Śląska, tak rzadko wymieniany w przewodnikach czy zamieszczany na mapach. Nad ogrodem botanicznym we Wrocławiu króluje niemal w każdym aspekcie (poza palmiarnią – prawda jest jednak taka, że namiastka dżungli na stu metrach kwadratowych to raczej średni żart). Jasne, dojazd wymaga samochodu lub roweru i żelaznej kondycji, ale to niewielka cena za atrakcje dla oka i ducha. Dużo ciekawsze miejsce niż niektóre wymieniane przez przewodniki zamki czy kościoły.

Zostaw Komentarz