Andaluzja – Arabscy Hiszpanie

Andaluzja – Arabscy Hiszpanie

zamieszczone w: Europa, Hiszpania | 0

Wyjazd do Andaluzji był chyba najbardziej międzynarodową wycieczką, w której przyszło mi wziąć udział. Szczególnie ostatnia część, czyli wizyta na Gibraltarze. Hiszpanka, Włoszka, Grek i Polak (w postaci mojej skromnej osoby). A wszyscy na terenie terytorium o bardzo niepewnej sytuacji politycznej. Niby niepodległym, ale pod protektoratem brytyjskim, nie do końca uznawanym przez Hiszpanię, ale dające pracę setkom Andaluzyjczyków. I taki obrazek w zasadzie dobrze oddaje całą południową Hiszpanię. To miejsce bardzo multi-kulturowe, dzięki swojej historii i położeniu. Z wpływami arabskimi, hiszpańskimi, szczyptą brytyjskich i portugalskich. A wszystko w sosie upalnych temperatur i flamenco.

Zanim popełnię wpisy o poszczególnych miejscach, które odwiedziłem, postaram się o kilka uwag natury ogólnej. Warto je zebrać tutaj, by nie powtarzać za każdym razem. Bo tak jak Hiszpania jest różnorodna, tak Andaluzja już bardzo zróżnicowana nie jest. Informacje zawarte poniżej dotyczące polityki, kultury, historii, opinii o innych miejscach itp., są zaczerpnięte z pierwszej ręki. Dlatego są bezcenne.

Zacznijmy od tego, że Hiszpania kontynentalna dzieli się na regiony, które przez długi czas rywalizowały ze sobą, toczyły wojny i były osobnymi księstwami. To wykształciło silne poczucie tożsamości i duże różnice w kuchni, dialekcie czy nawykach. Andaluzyjczycy, Katalończycy i Galisyjczycy to niemal zupełnie odrębne narody, mocno szanujące swoją niezależność i historię, czasem dążące do niepodległości (jak np. Baskowie). Chyba najbardziej adekwatnym europejskim porównaniem byłyby kraje Wielkiej Brytanii. Za nazwanie Andaluzyjczyków arabskimi Hiszpanami pewnie dostałbym w mordę (zarówno od Arabów, jak od Hiszpanów), ale dla mnie jest to oczywiste skojarzenie i widać to głównie w architekturze.

Jest niepojęte, jak bardzo mało człowiek ma czasu. Tak chętnie odkupiłbym od kogoś kilka godzin każdego dnia. Z zazdrością patrzę na ludzi mających czas na sprawy kompletnie przyziemne. Na czytanie książek, na spokojne jedzenie, na regularne spotkania ze znajomymi, na wysypianie się… Mógłbym tak długo. I z żalem patrzę na siebie sprzed X lat, kiedy zmarnowałem kupę czasu na HOMM3, CM3 i różne inne bezproduktywne rozrywki.
I bardzo mnie smuci, że tak rzadko mogę dodawać tutaj wpisy, ale wybór lepszych fotek oraz stworzenie tekstu zajmuje trochę czasu. Dlatego czasem wrzucam niedokończone wpisy. Bez galerii, z urwanym tekstem, z wstawkami typu ‚tu będzie XXX’ albo ‚C.D.N.’. Cierpliwość nigdy nie należała do moich cnót.

Kuchnia na południu Hiszpanii potrafi rozpieścić, by jednak nie robić Wam smaku, zacznę od lubianego przez Polaków trunku, którego Hiszpanie robić nie potrafią. I nie mam na myśli wódki, choć to porównanie byłoby równie trafne. Piwo, czy jak wolimy cerveza, jest raczej produktem piwopodobnym. Ja już jakiś czas temu przestawiłem się na browary rzemieślnicze i koncernówki, nie różniące się między sobą smakiem, po prostu mi nie smakują i kompletnie nie mogę ich pić. Stanowi dla mnie olbrzymi kłopot zmęczyć butelkę Tyskiego, czy innego Żywca. A w Hiszpanii leją głównie takie właśnie bezwonne, bezsmakowe lagery. Tak naprawdę, jednym z lepiej pasujących do kuchni andaluzyjskiej piw była… Corona. Kultura picia piwa jest rozwinięta tak słabo, że przy zamówieniu w knajpie piwa, otrzymamy malutką szklaneczkę. Jeżeli chcemy coś większego, trzeba to zaznaczyć. Z drugiej strony, np. w Granadzie do szklanki piwa dostaniemy obowiązkowo (no, chyba że odmówimy) porcję tapas.

W przeciągu tygodnia, odwiedziłem kilka restauracji i barów i główna konkluzja jest taka – jeżeli nie lubisz owoców morza i ryb, nie spodoba ci się w Andaluzji. Prawie w każdym miejscu na 4 strony menu, jedna przypadała na napoje, jedna na mięsa (i zazwyczaj było na tej stronie dużo wolnego miejsca) i dwie na zwierzątka pływające. Trudno znaleźć króla potraw. Bardzo zapadło mi w pamięć pulpo gallego, czyli ośmiornica po galicyjsku. Talarki z ośmiornicy na talarkach z ziemniaków króciutko smażone w oliwie. Dosłownie uszy mi się trzęsły. Bardzo smakowało mi też puntillas, czyli smażone młodziutkie kałamarnice w bułce tartej. Z definicji nie jem młodych zwierząt. Nie wiem dlaczego. Nie przepadam za cielęciną czy jagnięciną, tutaj zrobiłem wyjątek i dopiero pod koniec talerza ruszyło mnie sumienie :). Poza dwoma typowymi sposobami przyrządzania (pieczenie i smażenie), większość połowów otrzymamy również w formie marynowanej lub wędzonej. Nie spodziewałem się, że aż tyle można przygotować z ryby.

Nie można zapomnieć o gazpacho. W Maladze i Marbelli podawanym jako napój w szklance. Byłem zaskoczony, święcie przekonany że to zupa typu chłodnik, ale wytłumaczono mi, że tutaj po prostu gazpacho podaje się w tej sposób. Dziwne. Można oczywiście zamówić paelle. Ale jedzenie paelli w restauracji trochę mija się z celem. Paelle przyrządza się zazwyczaj w olbrzymich ilościach i, będąc tradycyjnym daniem, jest dumą każdej gospodyni. Stąd na paelle lepiej załapać się do jakiegoś domu.

A jeżeli już musicie pić wódkę, to i przystawki się znajdą. Ja z Polski przywiozłem ‚żołądkową gorzką’, a na miejscu znalazła się również grecka rakija, stąd potrzebowaliśmy zagrychy. Jamón, salami i wędzone sery sprawdzają się w tej roli znakomicie. Za to gdy musicie coś do picia kupić na mieście, postarajcie się dowiedzieć co kupujecie. Ja, zwiedziony nazwą, postawiłem na litr zimnej horchaty, na podróż z Granady do Rondy i było to najgorzej wydane 5€ w moim życiu. Napój z byliny zwanej w Polsce (wg wikipedii) migdałem ziemnym, wybitnie mi nie smakował. Taka bardzo słodka i stosunkowo gęsta kawa zbożowa z mlekiem. Nie polecam.

Zatem czy w Hiszpanii łatwo przytyć? No nie. Po pierwsze, owoce morza są bardzo zdrowym i lekkim jedzeniem. Polecanym przez dietetyków i ważnym składnikiem wielu diet. Po drugie, podobnie jak Francuzi czy Włosi, Hiszpanie preferują jeść długo. Każdy, kto był we Francji na typowym domowym obiedzie, wie że posiłek i wino są tylko dodatkami do konwersacji. Jak powiedział Raj Koothrappali w jednym z odcinków tBBT ‚that is the difference between eating and dining‚. A po trzecie – desery są takie sobie (a ja jestem wybitnym znawcą deserów :)) i, poza flanem, który ma francuskie korzenie, prawie wszystkie ciasta bazują na migdałach. Są jeszcze churros, czyli takie smażone ciastka, prawdopodobnie robione z tego samego ciasta, z którego w Polsce robią pączki hiszpańskie (hmmm… może stąd nazwa :D), tylko dużo bardziej wysmażone. Ale coś co dla mnie, straszliwego łasucha i pasibrzucha, kwalifikowało się jako słodycz, dla Hiszpanów jest klasyczną potrawą śniadaniową. I bądź tu mądry…

Słyszeliście o kryzysie w Hiszpanii? Pewnie, że słyszeliście. Chcę wierzyć, że czytelnicy tego bloga, zarówno stali jak tymczasowi, mają jakieś pojęcie o wydarzeniach na świecie i świadomość otoczenia nieco większą niż, dajmy na to, rozwielitka. Lub ru-ru-rurkowiec. I widać na każdym kroku, że kryzys nie tylko był, ale nadal trwa. Niedokończone budynki, mnóstwo nieruchomości na sprzedaż, wszystko na dogodnych warunkach kredytowych. Dla przykładu mieszkanie w Alcaidesie, strzeżonym osiedlu przy kurorcie golfowym, z basenami, ratownikami i plażą oddaloną kilkaset metrów, to koszt rzędu 125 tys. €. Przy bardzo niskim oprocentowaniu, jest to inwestycja godna zainteresowania.

Gdzie jeszcze widać kryzys? Na ulicach. Hiszpanie żebrzą. I nie są to żebracy typowi dla innych państw i miast. Nie są to Cyganie czy drobne pijaczki. W Andaluzji widziałem wiele osób w podeszłym wieku (50-70), w nienagannym ubraniu – garnitur w kant lub elegancka spódnica z kartonową tabliczką i napisem, sugerującym że w życiu coś ewidentnie nie wyszło. Dla mnie świadczy to, że kryzys jest bardzo głęboki, skoro dotyka nawet osób na takim szczeblu drabiny społecznej. Z drugiej strony, wieczorami trudno było znaleźć puste knajpy czy bodegi. Tradycyjnie więc, bieda nie dotyka wszystkich.

A jak poruszać się po Andaluzji? Niestety, nie tak tanio jak po Włoszech. I w pociągach bilety kupujemy od konduktora, bo, jak widać na obrazkach poniżej, wszystkie kasy są nieczynne, a jedyny człowiek na informacji oczywiście nie rozumie po angielsku. Zresztą język Shakespeare’a to ogólny problem, szczególnie w sklepach lub punktach usługowych. Za to na ulicach, szczególnie wśród ludzi młodych, znajomość angielskiego jest bardzo zadowalająca. Wracając do podróżowania, ze względu na widoki za oknem, pociąg z Granady do Algiceras przez Rondę i Bobadillę jest absolutnym obowiązkiem i, w mojej opinii, jedną z najlepszych metod poznania Andaluzji. Cena? Pewnie koło 25€, ja podróżowałem częściami, więc nie wiem ile kosztuje bilet na całość. Do tego pociągi są w bardzo dobrym stanie, klimatyzacja działa nienagannie, jest czysto, nie ma tłoku. Po prostu ekstraklasa, a kilka widoków do zobaczenia poniżej. Autobusy to inna bajka. Jest oczywiście taniej, ale także komfort jazdy dużo niższy.

Poza pociągami i busami, możemy jeszcze skorzystać z promów. To najlepsza, jedyna, chociaż bardzo droga, metoda by dostać się do Afryki. Promy do Ceuty (hiszpańska enklawa) czy Tangieru (Maroko) przepływają codziennie z Algeciras, Tarify i Gibraltaru. A zamiast promu, można jeszcze użyć łodzi by wypłynąć na otwarte morze i obserwować wieloryby i delfiny. Ale to zupełnie inna historia…

Zostaw Komentarz