Amsterdam – Zuidoost – Spałem na Murzynowie i żyję.

Amsterdam – Zuidoost – Spałem na Murzynowie i żyję.

zamieszczone w: Europa, Holandia | 0

Trochę czekałem z tym wpisem, bo temat jest mocno kontrowersyjny, szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę podtytuł tekstu. Ale uderzam w tej deseń, bo długo zastanawiałem się jak podejść do wpisu o Amsterdamie. Podobnie jak o każdym większym mieście, wszystko już zostało powiedziane i napisane. Trudno jest wymyślić coś nowego, a ja nie chcę na blogu przepisywać tekstów i suchych informacji. A skoro spaliśmy dość daleko od centrum, jak zwykle korzystając z Airbnb, okazało się, że jesteśmy pośrodku dzielnicy, w której biały człowiek nie należy do zjawisk tak popularnych, jak chociażby w Polsce, a nawet we Francji. I wiecie co – przeżyłem, a serce w przełyku miałem chyba tylko raz.

Przyznam bez bicia, że nie przepadam za takimi dzielnicami. Widziałem podobne twory wizytując Paryż, Londyn czy Berlin. I zawsze jest jakiś – nie do końca irracjonalny – strach. Bo mieszkając tam, nawet chwilowo, jesteś białym gościem w czarnej dzielnicy, który ewidentnie wygląda na turystę, zatem pewnie ma aparat, kartę kredytową, telefon i nie bardzo zna zasady panujące na dzielni. W przypadku Amsterdamu pomyliłem się. Ale po kolei.

Zuidoost powstało w latach 60. poprzedniego stulecia i miało być nowoczesnym osiedlem. Okazało się jednak, że Holendrzy, przyzwyczajeni raczej do kamienic, nie chcą mieszkać w kilkunastopiętrowych blokowiskach. Ceny czynszu spadały, a to przyciągało biedniejszych ludzi, szczególnie niedawno przybyłych dawnych mieszkańców Surinamu, który właśnie uzyskały niepodległość. Później dołączali do nich inni przybysze – z północnej i środkowej Afryki oraz Ameryki Południowej i Środkowej. Chyba nikogo nie zaskoczy, że wiązało się to z ogromną przestępczością i aktami wandalizmu. Kilkanaście lat temu naprawiono błędy przeszłości i część wieżowców wyburzono, zastępując je tradycyjnymi dla obrzeży miast Holandii (a przynajmniej Eindhoven, den Bosch i Amsterdamu, które widziałem) niskimi, dwupiętrowymi szeregowcami z czegoś przypominającego klinkier.

Ja trafiłem na stare budownictwo. Stare oczywiście w skali powyższej reformy. Na blokowisko, które liczy, lekką ręką, kilka tysięcy mieszkańców. I brzmi to dużo gorzej niż wygląda, bo kiedy wszedłem na swego rodzaju atrium, umiejscowione na czwartym piętrze naszego bloku, byłem z jednej strony zaskoczony pięknem i funkcjonalnością tego rozwiązania jeżeli chodzi o ilość światła w molochu. Z drugiej strony – nie do końca wiem jakie zasady tutaj panują, ale trawnik – z pseudojeziorkiem – nie wydawał się być wykorzystywany, mimo znakomitej pogody. Na parterze pełna gama sklepów, których nie uświadczysz w Polsce. I nie, nie chodzi o jakieś nieznane sieciówki – małe, prywatne sklepiki. Ale za to jakie! Żywność afrykańska z Ghany, Senegalu czy Maroko, żywność południowo-amerykańska i karaibska, Indochiny. Do wyboru do koloru. Zacnie.

Do tego przynajmniej raz w tygodniu przy pobliskiej stacji metra (dosłownie pobliskiej, leży jakieś 50 metrów dalej) odbywa się targ. Na targu wszystko, co widzimy wyjeżdżając poza Europę. Yam, pataty, maniok, kilka odmian bananów, galangal, imbir, habanero, jalapeno, okra, owoce morza. A wszystko w naprawdę przyzwoitych cenach, niektóre niższe nawet w porównaniu do Polski (mango!). Do tego oczywiście każda możliwa lewizna (ciuchy, biżuteria, okulary, kino i muzyka). I tutaj pierwsza pseudorasistowska obserwacja – o ile handlem żywnością zajmują się także biali, tak wszystkie podróbki są zdominowane przez ciemnoskórych. Psipadek? ;)

Spaliśmy u pary (Gio i Chernanna), którzy nie zajmowali się chyba niczym poza jaraniem zioła. Wracamy wieczorem z centrum – w chacie czuć gandzię, a oni siedzą i oglądają tv. Wstajemy rano i mamy w planie pojechać do serca Amsterdamu – w domu znów czuć ziołem. Znów wracamy – w drzwiach stoi jakiś wielki, czarny ziomek, rozmawia z naszym gospodarzem, od obu oczywiście czuć marihuanę. Szczerze – wydaje mi się, że ich dzień składał się tylko z jarania i pracy. I to na Zuidoost nie wydaje się ewenementem. Zapach marihuany czuć prawie wszędzie, przy każdej bramie czy pod sklepami. I za bardzo nikomu nie przeszkadza, że wszędzie są kamery, a na klatkach palić nie wolno.

I teraz zasadnicze pytanie i odpowiedź na nie. „No to spałeś wśród takiej dziczy i żyjesz? I nic ci się nie stało? Nie okradli? Nie pobili” No, nie. Za dnia to normalne osiedle, po którym snują się głownie kobiety z zakupami, poubierane dość często w tradycyjne dla swoich ojczyzn stroje. Przyznam jednak, że gdy wracaliśmy na godzinę przed północą, a życie towarzyskie skupiało się pod okolicznym kebabem i restauracją etiopską, trochę strachu było. Trzeba sobie jednak powiedzieć jasno, że wynikał on nie z koloru skóry potencjalnych adwersarzy, a z pobytu w nieciekawej dzielnicy. Jak widzisz kilku koksików z piwem pod sklepem, to nie ma wielkiego znaczenia czy są biali, czarni czy żółci. Pięść obijająca ci mordę i ręka wyrywająca aparat nie mają koloru.

Tak naprawdę z każdym dniem, a spędziliśmy ich tam pięć, czułem się coraz lepiej, coraz pewniej. I widzę, że kluczem do dobrego samopoczucia w Amsterdamie jest zmiana podejścia do sprawy koloru skóry, co dla wielu ludzi z Polski nie będzie łatwe. Do tej pory doświadczenia z multkulti mam z Paryża, Berlina i Londynu i Amsterdam jest do Londynu bardzo zbliżony. Zaryzykuję nawet, że bardziej liberalny. We Francji i Niemczech, chociaż władze próbują to ukryć, kolor skóry ma znaczenie, w szczególności w dzielnicach tego typu. A Holandii – ani trochę. Razem żyją Murzyni z Afryki, Arabowie, potomkowie Karibów, Azjaci i Żydzi. I może to ta marihuana, ale sprawiają wrażenie naprawdę, jakkolwiek to zabrzmi, zeuropeizowanych. Przeszli poprawnie proces asymilacji, mówią po holendersku, po angielsku, pracują… O właśnie! Przecież to jest klucz. Holandia ma średni socjal, więc stopa bezrobocia jest poniżej 5%. A we Francji 10%. A na bezrobociu nuda, a nuda prowadzi do kłopotów.

W ramach podsumowania – jeżeli nie szukasz konfliktu, to nawet takie osiedle nie sprawi ci kłopotów. Nie jest to wprawdzie miejsce, w którym będziesz czuł się zupełnie komfortowo, ale jeżeli jesteś podróżnikiem, to możliwość życia w takim miejscu, nawet kilka dni, jest ciekawą i nietypową przygodą.