Achalcyche – strzeż się pierwszych odruchów…

Achalcyche – strzeż się pierwszych odruchów…

zamieszczone w: Azja, Gruzja | 0

…bywają szlachetne. To oczywiście cytat z Talleyranda, który doskonale można parafrazować tutaj. Strzeż się pierwszej oceny zrekonstruowanego obiektu – bywa nietrafiona. W tym wpisie zamierzam dokonać na was małego eksperymentu, ale zaczniemy od drobnego wstępu. Achalcyche to malutkie (20 tys.) miasteczko w pobliżu granicy z Turcją, przez lata była częścią Imperium ottomańskiego, w chwili obecnej niemal w całości podzielone między społecznością gruzińską i ormiańską.

Zanim przejdziemy do kolejnej części wpisu, zapraszam do przejrzenia poniższej galerii. Zaczniemy od pięciu zdjęć. ładne, prawda? Zielone ogrody z kwiatami, widzimy pozłacaną kopułę meczetu, śliczna twierdza górująca nad miasteczkiem. Wewnątrz arkady, do pewnego stopnia przypominające Alhambrę :-) Tu wieża, tam wieża, w pełni kompletne i dostępne dla turystów mury obronne. Żal nie wejść. Zaraz po zakupie biletów, wydawało się że będzie to najlepiej wydane 5 GEL (8,25 PLN mniej więcej). Po wejściu na pierwszą wieżę nie było źle. Ok, wieża nieco pusta (używając eufemizmu, bo tak naprawdę zupełnie pusta) w środku, a widok z góry taki sobie. Ale idziemy dalej…

Im dalej w las tym więcej drzew i tym więcej pustych wież. W końcu trafiamy na większy budynek, który pełni funkcję muzeum regionu Samtskhe-Javakheti. Konia z rzędem temu, kto za pierwszym podejściem przeczyta poprawnie nazwę tego regionu. I pierwsza konsternacja – przed wejściem cennik, ale nie ma kasy. Tradycyjnie też dla biedniejszych krajów, cena dla turysty jest zupełnie inna niż dla miejscowego. Tym razem nie byłem bardzo zdenerwowany, bo różnica nie była aż tak wielka (Gruzini płacą symboliczne 1 Lari, obcokrajowcy znów dają piątaka), a poza tym nikt nie sprawdzał biletów, więc weszliśmy za darmo :). Muzeum jak to muzeum. jedno do czego mógłbym się przyczepić to oznaczenie eksponatów. Wyobraźcie sobie gablotę na całą ścianę, pod spodem tabliczkę z wyjaśnieniem: 1 – sztylet z X w., 2 – nóż z V w., 3 – łyżka z I w. i tak z 15 pozycji. Super! Szkoda tylko, że w gablocie już nie ma numerków. I ja mam się domyśleć czy gruzińscy muzealnicy znaczyli od lewej od prawej, od góry do dołu, po okręgu czy jeszcze inaczej. Ok, niby wszedłem za darmo, więc nie powinienem narzekać, ale niesmak pozostaje.

I tu dochodzimy do sedna. Nie tylko Achalcyche, ale całej Gruzji. Nie tylko rekonstrukcja zabytków, cała turystyka w Gruzji leży i kwiczy. Podobnie jak państwo polskie, by zacytować klasyka, istnieje tylko teoretycznie i jest to chuj, dupa i kamieni kupa. To co zrobiono z XII-wiecznym zamkiem od razu powinno podpaść pod prokuraturę i jako zbrodnię przeciwko kulturze i historii. Nie wiem w jakim stanie znajdowała się forteca przed rekonstrukcją (przypuszczam, że w niewiele lepszym niż Kherstivi, o której napiszę przy innej okazji), ale Gruzini nie powinni więcej zajmować się rekonstrukcjami. W jednym słowie można oddać cały proces – BETON. Beton jako materiał użyty od odbudowy i beton mentalny. Wykonanie możecie podziwiać na fotkach niżej, ale problem jest szerszy. Zrekonstruowany meczet wypadałoby w środku też zagospodarować. Gdy z zewnątrz obiekt jest ciekawy, a w środku wszędzie widzimy gołe ściany (i to często z cegieł pochodzących z wczesnego XXI w.), to odechciewa się turystyki.

Nie wiem dlaczego tak jest. Mam podejrzenia, że jest to efekt uboczny nieudanego projektu homo sovieticus. Pamiętajcie, że sowietyzacja Polski nie miała jednak takiej skali, jak sowietyzacja krajów bezpośrednio wchodzących w skład ZSRR. W Gruzji widać to do bólu. Miejsca publiczne to w większości jeden wielki syf. Będziecie mogli poczytać o tym przy okazji późniejszego wpisu o Kutaisi i okolicach, ale da się to zauważyć wszędzie. Śmieci na każdym kroku, ale brak kubłów, zasrane i krzywe chodniki, biegające bezpańskie psy, dziury w jezdni, brak oznakowania poziomego. To jeden poziom. Drugi to brak rozwoju turystycznego. Na najwyższej wieży twierdzy w Achalcyhe nie ma punktów widokowych. Zamiast zrobić podest, na którym można by stanąć, zrobić fotkę ze wspaniałym tłem, wyrwy na baszcie są na wysokości 140 cm i trzeba przeciskać rękę, żeby w ogóle cokolwiek cyknąć (co widać wyżej). Chcesz pójść do kibla? Nie da rady, trzeba było się odlać w domu. Chyba, że zdecydujesz się na samodzielną eksplorację, ryzykując wejście w zabronione miejsca. Ja tak znalazłem najlepszą toaletę w Gruzji. Wszedłeś na górę w 35-stopniowym upale i chciałbyś się czegoś napić? Ups! Spadaj na dół do wejścia, gdzie i tak zapłacisz dwa razy więcej niż w mieście.

I tutaj pozostaje ostatnie pytanie, które zazwyczaj zadaję przy swoich wpisach. Czy warto odwiedzić Achalcyche? Hmmm… Tak naprawdę przez to miasteczko i tak przejedziemy, jeżeli będziemy w pobliżu. W Gruzji nie ma dużej różnorodności jeżeli chodzi o drogi dojazdowe, stąd jadąc z Borjomi do Vardzi czy chcąc zobaczyć monastyr Sapara, przejedziemy przez Achalcyche. Można wysiąść, zobaczyć, zrobić check-in na fejsie. Jednak spędzenie tam nawet minuty dłużej niż 3-4 godziny to czas zmarnowany.

Zostaw Komentarz